World Hydepark

O wszystkim i o niczym… Wolna Amerykanka

The NeverEnding Story

…HISTORIA NIGDY SIĘ NIE KOŃCZY…

Istniało od zawsze tajemnicze stowarzyszenie Skrybów którzy spisywali każdą historię, każde wydarzenie na papierze. Żyli na planecie zwanej Ziemia. Wraz z rozwojem cywilizacji ludzi rozwijali się oni. Aby stworzyć pełny obraz historii, linii czasu i przestrzeni zaczęli przechodzić do innych światów, planet, wymiarów, wszechświatów bowiem nasz wszechświat jest tylko małą cząstką nieogarniętej przez nikogo przestrzenii…Nawet przez nich, ale to się zmieni…Stworzyli na podstawie ludzkiej technologii ogromną bazę danych gdzie w plikach numerowali historię i czas…

PLIK#1050: PIEKŁO MANHATTANU

Dobijała godzina 23:45 dnia 22 grudnia 2007r. kiedy John Mercury zamykał swój sklep z książkami na 44 ulicy niedaleko Strefy Zero. Przekręcił kluczyk w drzwiach, otrząsnął się z śniegu i ruszył szybkim krokiem do swojego domu oddalonego o 300 metrów od sklepu. Opady białego puchu trwały nieprzerwanie od tygodnia. Spychacze pracowały, ale efektu nie było widać. Zaspy śniegu zalegały dosłownie wszędzie. Mimo tego w tą śnieżną, zimową noc na dworze znajdowało się dużo przechodniów. Większość z nich szła do sklepów lub załatwiała swoje sprawy. Zbliżały się święta. Bill przeszedł skrzyżowanie i jeszcze bardziej przyspieszył kroku, prawie że biegł. Po chwili poślizgnął się na lodzie i wyrżnął głową w chodnik. Powoli wstał, „zbadał swoją czaszkę”, otrząsnął się i teraz spokojnie szedł. Inni ludzie nawet nie zwrócili na niego uwagi. „Kurwa, ale ziąb…” – pomyślał Mercury. Wreszcie dobił do swojego bloku. Wyjął kluczyki i sprawnie otworzył ciężkie, zardzewiałe drzwi. Pchnął je mocno tak, że przywaliły w ścianę a huk rozniósł się po całej klatce schodowej. „Kurwa, jak nie odezwie się gospodarz to będzie pięknie…” Niestety jego myśl nie spełniła się. Po sekundzie, góra dwóch, usłyszał równie głośne:
KURWA JEGO MAĆ!!! Ja pierdole, co za kretyn tak napierdala? Człowieku, jest prawie północ, niektórzy chcą spać… – gospodarz stulił swój buracki ryj i trzasnął drzwiami od swojego mieszkania na drugim piętrze. I tak już popsuł do końca John’owi humor. Interes szedł fatalnie. Prawie żadnego klienta, a jeśli jakiś przechodzień wszedł albo natychmiast wychodził z miną zdziwienia oraz obrzydzenia albo tylko popatrzył co jest do sprzedaży i też wychodził. Tak rozmyślając dobił do swoich drzwi i sprawnym ruchem otworzył je. Przywitał go obrzydliwy widok…
Przedwczoraj postanowił trochę się wyluzować i zabawić więc sprosił starych kumpli na mocną libację alkoholową. Poszło kilkanaście litrów wódki, ze 50 piw oraz cały litr spirytusu. Przedpokój jak i cała łazienka była obrzygana i jebała niesamowicie. W salonie jedyną całą rzeczą był telewizor. Wieża Hi-Fi oraz radio nie nadawały się do użytku. Pierwszy oberwał butem, a następny zmasakrowała encyklopedia powszechna. Po okiełznaniu tego burdelu zmęczony John uwalił się do wyra wcześniej kładąc swojego licencjonowanego Walter’a P99 pod poduszkę oraz chowając do schowka pod biurkiem strzelbę automatyczną M1014 JSCS. Ostatnio w jego okolicy doszło do czterech niewyjaśnionych morderstw. Zawsze czuł się bezpieczniej z bronią w zasięgi kiedy w razie czego trzeba będzie wpakować ołów w jakiegoś mordercę. Zresztą z takiej odległości nikt nie miałby szansy… John w wojsku otrzymywał najlepsze wyniki z celności na bliskie jak i dalekie dystanse. Otrzymał nawet od sierżanta rekomendację do 122 Regimentu Piechoty Morskiej jako snajper. Ale kariera żołnierza nie pociągnęła go i stał się słabo zarabiającym cywilem. Powoli oddalał się w świat ciemności i wybujałej wyobraźni. Film się urwał…John pierwszy raz zasnął prawdziwie twardym snem. Wybiła północ, a za oknem można było zauważyć niebiesko-czerwony odblask, prawdopodobnie od policyjnego koguta, ale najwyraźniej nie jechał na sygnale, ponieważ w ciszy minął ulicę…
W tymże radiowozie siedział świeżo upieczony absolwent Akademii Policyjnej 20-letni Bruno Staskovic. Barczysty, silny, 100kg mięśni i 190cm wzrostu robi wrażenie na różnych bandytach lub ulicznych rozrabiakach. Jego przodkowie ze strony ojca pochodzili z Rosji, a matka była rodowitą Amerykanką. Obecnie cieszył się, że załapał się na nieźle płatny zawód. Nie żył ostatnio najlepiej. Ojciec zmarł tydzień temu, a matka leży w szpitalu. Jeśli nie uzbiera pieniędzy umrze w przeciągu miesiąca na rozwijającego się raka jelita. Być może dlatego był uważany za niemowę i mało rozrywkową osobę w akademii. „…przestań o tym myśleć, jesteś na służbie…” – mówił sam do siebie. Roztargnienie w jego zawodzie często oznacza śmierć. Jego partner jest na urlopie zdrowotnym więc dzisiaj patroluje solo. Na ulicy panowała iście egipska ciemność. Połowa latarni nie działała toteż Bruno włączył światła policyjne lecz bez sygnału. Zgłosił ten fakt do centrali:
Tutaj 0045, centrala zgłoś się.. – odezwał się do radia spokojnym głosem.
Tutaj centrala. Co jest Bruno? – usłyszał w odpowiedzi wśród zakłóceń i szumów.
Nic ciekawego. Na 43 ulicy prawie żadnego światła. Zgłoście to do elektrowni. Niech to naprawią. Okolica ostatnio nie jest spokojna. – nacisnął szczególnie na tą prośbę.
Załatwione. Oprócz tego coś jeszcze?
Nie, dziękuje. Cisza i spokój. Bez odbioru. – i Bruno najwyraźniej trochę bardziej spokojny wyłączył się i przełączył radio na zwykły kanał nadawania radiowozów. Wybiła pierwsza w nocy kiedy podjechał na parking McDonalda aby kupić coś do żarcia. W radiu nadal cisza, dosyć niezwykła nawet jak na tą godzinę i porę roku…
Co podać? – sprzedawczyni wyrwała Bruna z zamyślenia.
A tak… – zastanowił się i rzekł. – Będą duże frytki, hamburger oraz mała cola.
Razem 10.99$ – rzekła uprzejmym głosem sprzedawczyni.
Proszę bardzo – Bruno wygrzebał z portfela potrzebną sumę i odebrał swoje zamówienie. Wszystko poukładał i udał się na skrzyżowanie przy Strefie Zero, pamiątce po zamachach na WTC. Ruch na ulicach objawiał się tylko pojedynczą taksówką lub kilkoma samochodami osobowymi. Takiego luzu na ulicach Nowego Jorku Bruno nie pamiętał. Powoli ustawił się w jednej z bocznych uliczek czekając na jakiegoś pirata drogowego który pewnie zabiłby siebie oraz postronne osoby. Zgasił światła, oparł się wygodnie o fotel i czekał. Z już nabytego przyzwyczajenia położył prawą rękę na kaburze pistoletu.
Dobijała druga w nocy kiedy śnieg przestał sypać. Właśnie o tej godzinie niejaki Alan biegł przez Brooklyn Bridge jak to robił codziennie w nocy od kilku lat. W ten sposób trenował do Igrzysk Olimpijskich. Załapał się do reprezentacji krajowej z jednym z lepszych wyników. Był niezwykle wysportowany oraz miał końskie zdrowie. Mieszkał obecnie na 116 John Street. Na dzisiaj wyznaczył sobie trasę 50km. Do połowy mostu i z powrotem do domu. Obok niego co jakiś czas przejeżdżały samochody lub na chodniku przechodzili ludzie wyraźnie spieszący się. Im coraz dalej znajdował się od Manhattanu tym mniej przechodniów spotykał. Kiedy ogarnęła go pustka – nie licząc samochodów, ale również w limitowanej ilości – na chwilę przystanął i oparł się o barierkę. Spojrzał na rzekę, która już zaczęła zamarzać przy brzegu. Potem zwrócił swój wzrok na coś co wydało mu się dziwne. Około 100 metrów od niego, prawie że w centrum mostu, na kilku filarach zauważył kręcące się czarne sylwetki postaci. Jako że śnieg przestał padać zmrużył oczy i dokładnie przyjrzał się filarom. Ewidentnie coś tam było. Wyglądało jak ludzie ale co by robili w takim miejscu o takiej porze. Nie zastanawiając się za długo cofnął się o kilkadziesiąt metrów, wyjął komórkę i wykręcił numer 911.
911, słucham? – odezwał się głos operatora.
Chciałbym zgłosić „dziwną” sytuację na Brooklyn Bridge. – odpowiedział Alan.
W jakim sensie dziwną? – głos operatora lekko się zmienił.
Jestem przekonany, że na filarach mostu, gdzieś pośrodku, zauważyłem sylwetki ludzi. Ewidentnie kilku…Nie mam pojęcia co tam robią, ale poruszają się. – Alan rzeczowo i spokojnie przedstawił sytuację.
Jakoś ciężko mi w to uwierzyć, ale niech będzie…Obecnie nie mamy żadnych pilnych spraw na głowie, dodatkowo nie pada śnieg więc wyślemy radiowóz policyjny oraz helikopter. Mogę jeszcze tylko prosić o dane osobowe?
Oczywiście. Nazywam się Alan… – nie skończył powiedzieć kiedy usłyszał w telefonie szum i trzask. Połączenie zostało zerwane. – Cholerny złom… – rzekł sam do siebie. Począł chodzić w miejscu czekając na jednostki policji w nadziei, że operator naprawdę je wyśle.
Bruno Staskovic prawie, że zasypiał kiedy odezwało się policyjne radio. Na zegarze widniała godzina 2:30.
Tutaj centrala, 0045, zgłoś się… – operator mówił głosem w którym można było wyczuć kryjący się śmiech…
Tutaj 0045, zgłaszam się. O co chodzi? – odpowiedział Bruno jeszcze lekko zaspanym głosem.
Jakiś koleś na Brooklyn Bridge twierdzi, że widział na filarach jakieś sylwetki postaci. – teraz operator nawet nie udawał, że sytuacja go nie bawi – Osobiście uważam, że to żartowniś albo wariat. Ale jeżeli nie masz nic lepszego do roboty jedź to sprawdzić. Za jakieś 10 minut powinien wystartować helikopter.
Przyjąłem. Już tam jadę. Może wreszcie zacznie się coś dziać… 0045 wyłącza się. – i Bruno odłożył krótkofalówkę podpiętą do radia. „Czego to ludzie nie wymyślą…Ale przynajmniej wreszcie się ruszyłem” – pomyślał. W 10 minut udało mu się dobić do mostu, teraz tylko musiał znaleźć tego gościa. W międzyczasie helikopter z kamerą na podczerwień wystartował z dachu komisariatu policji w NY. W końcu Bruno zauważył kolesia machającego do niego ręką. Zatrzymał radiowóz na poboczu aby nie zagradzał drogi, sprawdził broń i wziął potrzebne dokumenty do spisania delikwenta, jeśli to był żart.
Dobry wieczór – podał rękę policjantowi Alan.
Witam. Czy to pan zgłosił jakiś „dziwny incydent”? – zapytał się rzeczowo Bruno.
Tak, to ja. Na filarach zauważyłem jakieś sylwetki.
Sylwetki powiada pan…„Chyba naprawdę to wariat…”Dobrze, może mi pan pokazać gdzie to było?
Oczywiście, Proszę tędy. – i Bruno ruszył za Alanem do miejsca w którym ten zauważył coś dziwnego na filarach. Zatrzymali się przy barierce gdzie ewidentnie było widać na chodniku ślady stóp.
Dobrze, pan tu był. A gdzie dokładnie pan to zauważył? – zapytał się Bruno.
Alan nic nie odpowiedział tylko wskazał palcem na filary. Bruno spojrzał w tamtą stronę i rzeczywiście…Coś ujrzał. Dokładnie cztery sylwetki postaci które znajdowały się na filarach ale o 250 metrów odległych od niego. Natomiast na tym filarze na którym – według Alana – byli wcześniej teraz znajdowały się przyczepione do nich, cztery czarne pudełka które co sekundę migały czerwonym światełkiem. Bruno nie miał wątpliwości co znajdowało się w tych pudełkach… Jednocześnie w tej samej chwili przyleciał helikopter policyjny i zawisł nad ich pozycją lecz potem natychmiast ją zmienił i ustawił się tak, że oświetlił ten filar z sylwetkami. Przez te pięć sekund Bruno ujrzał czterech silnie zbudowanych ludzi z hełmami przez co nie było widać ich twarzy oraz ubranymi w coś, co przypominało kombinezony bojowe…Ostatnią rzeczą jaką zobaczył była rakietnica Stinger oraz broń maszynowa wyjmowana przez tych „ludzi”, kimkolwiek oni byli…
Pilot w próbie szaleńczego uniku ostro przechylił gałkę w lewo i do przodu oraz maksymalnie przyspieszył ciąg wirników. Dosłownie o kilka centymetrów minął się z stalowym przedmiotem na moście. Drugi pilot wyłączył światło i próbował skontaktować się z komisariatem policji. Alan cofnął się do tyłu i rzucił się na glebę oczekując na rozwój wypadków. Bruno w tej samej chwili wyjął swój pistolet, przymierzył i wystrzelał cały magazynek w te filary. Załadował ponownie ale szybko padł na ziemię ponieważ odpowiedź ogniowa z ciężkich karabinów maszynowych była miażdżąca… Kule latały dosłownie wszędzie. Podziurawiły barierki, konstrukcję mostu, na szczęście minęły Alana oraz Bruno. Policjant tylko podniósł głowę i zobaczył snop światła kierujący się prosto na helikopter który leciał na Statuę Wolności. Rakieta uderzyła dokładnie w zbiornik paliwa powodując niesamowicie głośną i widowiskową eksplozję. Płonący wrak spadł z hukiem do wody. Alan zaczął się czołgać aby wycofać się z tego piekła. Bruno wystrzelał następny magazynek i ukrył się za radiowozem. Wślizgnął się do niego, włączył koguta i syrenę a następnie dorwał radio. Mówił szybko, głośno ale operator jakoś go rozumiał.
Tutaj 0045, mówi Bruno, potrzebujemy natychmiastowego wsparcia! Powtarzam, natychmiastowe wsparcie… Przyślijcie tu co najmniej oddział komandosów. Ci goście mają broń przeciwlotniczą oraz maszynową! W dodatku zaminowali ładunkami filary…
Bruno, oceń sytuację i ewakuuj wszystkich cywili w pobliżu. Jak najszybciej postaramy się zablokować most oraz wysłać oddział komandosów albo SWAT… – operator też był zdenerwowany. Jakiś oddział paramilitarny, w dodatku groźba ataku bombowego na Brooklyn Bridge… – Wytrzymaj tam… – te 30 sekund później dla Bruna wydawały się całą wiecznością. Słyszał jak operator wywołuje wsparcie, potem bierze magazynek do pistoletu, czołga się do bagażnika i wyjmuje strzelbę. Odbiega na jakieś 20 metrów kiedy kolejna seria z maszynówy rozerwała bak paliwa i radiowóz wyjebało w powietrze. Bruno poleciał kilkanaście metrów odrzucony eksplozją, a Alan w ostatniej chwili ukrył się za kolumną wspierającą most. Wrak z hukiem spadł i „zrobił’ zasłonę dymną. Alan błyskawicznie podbiegł do leżącego policjanta i przeniósł go kilkadziesiąt metrów do tyłu. Bruno otrząsnął się z szoku i rozkazał cywilowi:
Natomiast stąd uciekaj! Wiej, ale już… Nie jest tu dla ciebie bezpiecznie.
Alan posłusznie obrócił się i pobiegł sprintem do Manhattanu. Czuł, że to będzie jego życiowy bieg. Tymczasem Bruno stanął o własnych nogach, zebrał z jezdni pistolet i strzelbę, załadował i cofnął się o 20 metrów ostrzeliwując te filary chociaż wiedział, że z mizerną skutecznością. Gdzieś w oddali wśród wiatru zdawało mu się, że słyszy syreny radiowozów i wirnik helikoptera. Spojrzał na zegarek. Wybiła 3:30.
Jack wyrwany z głębokiego snu w pierwszej chwili nie mógł pojąć co się dzieje. Usłyszał potężny huk i trzask ale nie był pewny czy to się stało we śnie czy na jawie. Lecz kiedy kilka minut później usłyszał jakieś zamieszanie na ulicy i wycie syren policyjnych wiedział, że coś się stało. Zapalił światło, szybko przebrał się, wziął ze sobą pistolet oraz aparat cyfrowy, chociaż sam nie wiedział po co. Zamknął swoje mieszkanie, sprawdził drzwi i wybiegł na ulicę. Spotkał dosyć sporo ludzi, którzy również jak on chcieli sprawdzić co się dzieje. Jako że od Brooklyn Bridge dzieliło go tylko kilka przecznic i żaden wieżowiec nie zasłaniał widoku widział po części sytuację na moście. Dochodziły go nawet częściowo odgłosy strzałów. Kiedy prawie wbiegał na most ujrzał kulę ognia i usłyszał kolejny huk. „O Boże…” Przebiegł kolejne 200 metrów lecz mając pistolet w pogotowiu. Zobaczył biegnącą ku niemu sylwetkę.
Kto idzie? – Jack wycelował w tą postać.
A to teraz ważne… Kurwa, most jest zaminowany ładunkami wybuchowymi! A jakiś policjant tam został i próbuje „ich” zatrzymać.
„Ich”, znaczy kogo?! – Jack lekko opuścił broń.
Cholera, sam nie wiem. Naprawdę, dzieje się coś niedobrego… Ale nie idź tam, za chwilę mają przybyć posiłki…
Pierdole posiłki… – i Jack najszybciej jak mógł udał się na centrum mostu gdzie zastał leżącego policjanta. Na szczęście nic mu nie było. – Pan idzie ze mną, uciekajmy stąd!
A co ty tu robisz? Kim jesteś? – Bruno wydał się zdziwiony.
Nazywam się Jack Mercury, prowadzę sklep przy 44 ulicy. Zresztą to teraz nie ważne. – ukucnął obok policjanta chowając się za kawałkiem metalowej konstrukcji mostu. Ponownie ci „ludzie” otworzyli ogień ale tym razem strzały dochodziły nie z filarów a już z jezdni.
Kurwa, jak oni przeszli? Lepiej się stąd wycofać. Ty Jack, idziesz pierwszy, wracaj na początek mostu, za chwile zrobi się gorąco – Bruno zauważył też mimo tego chaosu, że Mercury ma własną broń. Najważniejszą rzeczą jaką zauważył było to, że czerwone światełka zaczęły szybciej migać. Usłyszał ten charakterystyczny dźwięk.
Kiedy Bruno i Jack wstali i ruszyli biegiem do Manhattanu do wybuchu dzieliło ich tylko dziesięć sekund. W tym samym czasie Alan cholernie zmęczony, usiadł na ławce niedaleko wjazdu i nawet nie miał siły patrzeć. Sytuacja naprawdę staje się dziwna. Nie wiedział absolutnie co robić. Ruch na ulicach zrobił się jakby większy, wyraźniej było słychać syreny radiowozów. Alan wstał i powoli podszedł do skrzyżowania przed mostem. Z jego lewej jak i prawej można było ujrzeć liczne czerwono-niebieskie światła, a zza wieżowców wyleciał śmigłowiec, ale Alan za bardzo nie mógł go rozpoznać. Spojrzał na zegarek, wybiła 4:00.
Równo o tej godzinie eksplodowały ładunki na Brooklyn Bridge. Wybuch był wręcz monstrualny i niczym fale pochłaniał pojedyncze segmenty mostu. Kula ognia wzniosła się ponad 300 metrów nad ziemię i była widoczna z każdego miejsca w Nowym Jorku. Bruno i Jack mimo iż znajdowali się prawie na końcu mostu zostali wyrzuceni prawie, że na ulicę pod koła radiowozów. Całe miasto jakby zamarło czekając co się wydarzy dalej. Wszystkie jednostki medyczne, straży pożarnej, wojska i policji stacjonujące w mieście zostały postawione w stan najwyższej gotowości. Alan wrócił do swojego mieszkania po przesłuchaniu, a Jack i Bruno zostali jeszcze na dłużej aby porozmawiać z szefem policji. Dobijała piąta rano kiedy rozpoczęli swoją rozmowę.
Witam was. Jestem Adam McCartney, szef policji w NY. – rzucił na powitanie dosyć wysoki, ale szczupły mężczyzna, prawdopodobnie koło 50.
Ja jestem Bruno Staskovic, świeżo upieczony absolwent Akademii Policyjnej.
Nazywam się Jack Mercury, sklepikarz, dawniej prawie że strzelec wyborowy. – dodał Jack.
Panowie. Wiecie że nie mamy czasu na pogaduchy, więc od razu do rzeczy. Na czym stoimy i co zagraża miastu? – było ewidentnie widać, że temu gościowi zależy na szybkim poznaniu sprawy.
Sami za bardzo nie wiemy – zaczął Bruno. – Wygląda mi to na zwykłą grupę paramilitarną lub terrorystyczną z pokaźnym uzbrojeniem. Wysadzili już Brooklyn Bridge. Nie złapaliśmy ich i nie wiemy co zamierzają dalej.
A to ich uzbrojenie…
Mnóstwo ładunków wybuchowych, ciężkie karabiny maszynowe i chyba jakaś broń rakietowa. – wciął się Bruno przerywając szefowi.
Tak…zestrzelili helikopter policyjny. Drugi ich nie znalazł… – przerwał i dokończył – Powiadomiłem Biały Dom. Taki akt terroryzmu nie może ujść płazem. Za godzinę przylecą dwa F-16 do patrolowania przestrzeni powietrznej.
Wtem do sali wpadł zdyszany funkcjonariusz policji. Widać było z twarzy, że ma pilną sprawę do przekazania.
Co tym razem? – zaczął szef chociaż powoli się domyślał.
Policjant złapał oddech i począł mówić szybko lecz wyraźnie.
Sytuacja robi się gorsza z minuty na minutę. Przed chwilą eksplodował Manhattan Bridge, zanim wszedłem usłyszałem wieści o kolejnym zniszczonym moście.
Starają się nas odciąć od głównego lądu?! – Bruno nie krył zaskoczenia. Po co mieli by to robić?
Chyba tak.– odparł szef. Podszedł do TV, wziął pilota i włączył kanał CNN. Szedł w systemie alarmowym. Dwoje reporterów w studiu w Waszyngtonie monitorowało sytuację.
„Mamy niepokojące wieści z Nowego Jorku. To miasto padło ofiarą kolejnego potężnego zamachu terrorystycznego. Według naszych reporterów zniszczono już Brooklyn oraz Manhtanan Bridge. Prawdopodobnie zrobiła to jakaś nieznana grupa paramilitarna. Zniszczyli już jeden policyjny śmigłowiec. Chwila… – nastała cisza kiedy ktoś z obsługi technicznej wręczył nowy materiał. – Właśnie dostaliśmy kolejną wstrząsającą informację. Boening 747-600 został zestrzelony przez rakietę przeciwlotniczą i uderzył w most Georga Waszyngtona. Nieznana liczba ofiar. Mamy też niepokojące wieści z Bronxu gdzie całkowicie padł system energetyczny i komunikacyjny. Absolutnie nie wiadomo co się dzieje…” Telewizor odmówił posłuszeństwa i ekran pokrył się czarnością.
Właśnie, kurwa wszyscy sobie zadają pytanie, co się kurwa dzieje? A za cholerę, nikt nic nie wie, co się dzieje… Nikt nie zna jebanej odpowiedzi – powiedział Jack. Wszyscy bez jednego słowa, bez powodu, udali się na dach komisariatu aby obserwować sytuację. Ta była krytyczna… Smugi dymi i ognia. Jakieś wraki…Non stop wyją syreny alarmowe…Na dole słychać było zdenerwowanych ludzi kręcących się w tę i z powrotem. Nikt nie miał absolutnie pojęcia co się kręci i jak mają się zachować. Wokół nich rozpętywało się piekło. Główne środki komunikacyjne zostały zniszczone. Droga
[ucieczki]
ewakuacji wiodła przez Bronx z którym też stracono kontakt. Wygląda na to że NY zostało osaczone. Tyle, że Jack i Bruno nie mieli pojęcia co ich złapało w tą sieć. Byli pewni, że już tak się stało i tylko czekają na przybycie wygłodniałego myśliwego. Mercury mimowolnie spojrzał na zegarek. Stali już od 30 minut na mrozie, wybiła 5:00.
Radziłbym abyśmy weszli do środka, na dworze jest jednak -10 a nie chciałbym odmrozić sobie palców. – rzekł McCartney. Wszyscy zeszli na parter gdzie mieścił się główny hol. Oprócz przybyłych w budynku przebywali jeszcze radiooperatorzy w liczbie sześciu oraz kilku funkcjonariuszy, którzy dostali rozkaz pilnowania komisariatu. Szef porozmawiał jeszcze chwilę z Jackiem i Bruno i poszedł do swojego gabinetu załatwić jakieś pilne sprawy. Jack postanowił pokręcić się chwilę w okolicy komisariatu, a następnie pojechać na lotnisko J.F.K. o ile jeszcze jest całe. Bruno jako policjant dostał rozkaz patrolować wschodnie wybrzeże miasta na południe od George Washington Bridge. Dostał nowy pojazd w trybie awaryjnym i natychmiast ruszył na patrol.
Tymczasem Alan znajdował się pod swoim blokiem pakując rzeczy do samochodu. Ucieczka do jakiegoś lotniska i próba wyrwania się z tego piekła zagnieździła się w jego głowie i nie opuszczała od pierwszego ataku. Kiedy zaatakowano WTC część ludzi uciekała z Manhattanu właśnie przez mosty. Teraz gdy najszybsza i najlepsza droga ucieczki została odcięta co pozostaje? Jego 5-letni GMC Yukon powinien w kilka godzin uwinąć się z trasą i zmieścić jego wszystkie ważne rzeczy. Założył jeszcze łańcuchy na opony, aby całkowicie zminimalizować ryzyko wpadnięcia w poślizg a w konsekwencji wypadku. Dochodziła 5:30 kiedy wreszcie ruszył spod swojego domu. Ludzi na ulicach było zdecydowanie więcej niż ostatnim razem. Większość z nich zachowywała się w miarę spokojnie a to idąc gdzieś do sklepu, a to pakując rzeczy do samochodów lub też patrzyli na re wielkie i liczne smugi dymów unoszące się nad miastem. Sygnalizowały one strefę zagrożenia, dawały znak że dzieje się źle… Po kilkunastu minutach Alan wpakował ostatnią walizkę, usiadł na miejscu kierowcy, odpalił silnik i ruszył w stronę lotniska. Opady śniegu które wznowiły się zmieszały się z dymem, tynkiem i czym tam jeszcze z eksplozji. Po ulicach oprócz przechodniów kręciło się mnóstwo żołnierzy, policjantów a na ulicach co chwila Alan mijał karetki, radiowozy i wojskowe hummery. Kiedy zatrzymał się na skrzyżowaniu przy banku federalnym spojrzał się w górę. Na niebie latało mnóstwo helikopterów, w większości stacji telewizyjnych jak przypuszczał. Chociaż wydawało mu się, że widzi też wojskowe transportowce. Zielone światło… Alan szybko ruszył chcąc jak najszybciej dostać się do celu podróży. Włączył radio i zaczął manipulować częstotliwościami aby złapać jakiś kanał informacyjny… Zatrzymał się na 234.7.
…dochodzą nas ciągłe niepokojące wieści z Nowego Yorku, miasta które musi zmierzyć się z największym atakiem terrorystycznym w historii. Dwa F-16 wysłane z bazy w Waszyngtonie właśnie powinny przelatywać nad miastem… – Alan pochylił się do przodu i rzeczywiście, ujrzał sylwetki dwóch samolotów mknących w przestworzach. – Służby ratunkowe mają pełne ręce roboty. Szpitale i przychodnie są zapełnione. Wszystkie jednostki policji zostały wysłane na miasto. Nie ma żadnych nowych wieści o atakach. Natomiast, nadal nie udało się nawiązać kontaktu z Bronxem. Wszelkie próby telefonowania lub jakiegokolwiek innego sposobu kontaktu nie przyniosły skutku. 20 minut temu od północnej strony wyruszył konwój wojskowy. Od tamtego czasu konwój nie odpowiedział… – Alan wyłączył radio. Wybiła 6:00 a on właśnie dobił do lotniska…
O kurwa… – Alan dobił do swojego celu, ale niestety ten widok przebił jego oczekiwania. Myślał że to z powodu senności ale eksplozje i smugi dymu były prawdziwe. Pół lotniska skąpane było w falach ognia. Główny terminal w połowie miał zawalony dach. Dosłownie wszędzie były jakieś dziury, ogień, wybuchy, wraki… Każdy pas startowy został poważnie uszkodzony. W takich warunkach nie było mowy aby Alan wyrwał się z tego piekła samolotem czy nawet helikopterem. Panował totalny chaos. Z piskiem opon próbował wykonać skręt w lewo przecinając skrzyżowanie przed parkingiem, ale nie zdążył… 18 kołowiec za którego kółkiem siedział kierowca z kulką w głowie staranował samochód Alana tak że ten wpadł na lekkie wybrzuszenie na drodze… „Kurwa, chyba jakieś śmieci…” – przemknęło mu przez głowę zanim samochód wyskoczył w powietrze, przekręcił się o 180 stopni i przywalił w sklepową futrynę przy okazji zabijając złodzieja, który akurat chciał skorzystać z okazji. Siła uderzenia sprawiła, że Alan stracił przytomność…
Dosłownie o kilka minut za Alanem znajdował się Jack Mercury, który również udawał się na lotnisko, ale na piechotę. Dosłownie cztery minuty temu kiedy chciał kupić leki w aptece naprzeciwko swojego domu ten eksplodował na kilkaset małych części. Prawdopodobnie coś pękło w instalacji gazowej… Stracił cały dobytek. Ale skoro nic go nie obciążało tylko pół godziny biegiem zajęło mu dojścia do lotniska nie będąc jakoś zaczepianym. Okolica wydawała się być spokojna. Przynajmniej na jakiś czas. Co prawda gdzieniegdzie walały się wraki oraz zmasakrowane ciała, ale służby porządkowe jak i ratownicze starały się robić co można aby posprzątać ten bajzel. Kiedy doszedł do skrzyżowania 45 i 66 spojrzał w stronę lotniska. Dym, ogień…Nic ciekawego.
I jedyna droga ucieczki poszła się jebać… – powiedział sam do siebie. – Bo teraz jak mam wydostać się z tego zasranego piekła…Mosty zniszczone. Metro pewnie też. A nie będę zapierdalał przez wodę do Liberty Island albo do Alcatraz… Hmmm… – coś przyszło mu na myśl. Akurat obok niego wolno przejechał radiowóz. Jack dogonił go i zaczął mówić…
Panie władzo. Panie władzo… A to ty Bruno. – Jack był cholernie zaskoczony widokiem znajomej gęby.
Tak, to ja. Dostałem wezwanie do tych okolic. Wiesz co się stało z lotniskiem…Nikt nie wie co się dzieje… Właściwie mnie to nie dziwi. Wracając do tematu, o co chodzi?
O możliwą drogę ucieczki.
Słucham. – Bruno wydał się zainteresowany.
Wojsko. Na razie przyleciały tylko dwa F-16 ale w wyniku takiego zagrożenia chyba przylecą Blackhawki aby nas uratować.
Być może…W eterze nic nie złapałem. Może teraz… – Bruno zaczął majstrować przy radiu i po chwili złapał częstotliwość jakieś jednostki wojskowej powietrznej. Jack wsunął głowę do radiowozu aby bacznie się przysłuchać.
„Próba łączności. Tango Delta zgłoś się.”
„Tango Delta zgłaszam się. Słyszę cię głośno i wyraźnie.”
„Osprey Black zgłoś się.”
„Tutaj Osprey Black, grzejemy silniki.”
„Doskonale. Heaven Guard, zgłoś się.”
Cisza…
„Heaven Black. Tutaj CEZAR-1, zgłoś się…”
„Tutaj…Heaven Black…mamy cholerne problemy…z radiem…Słaba łączność…Odbiór.” – wśród trzasków można było ledwie dosłyszeć słowa chyba pilota.
„Zrozumiałem Heaven Black. Postarajcie się to naprawić. Robicie za osłonę powietrzną.”
Po 40 sekundach ciszy w eterze ponownie odezwał się CEZAR-1.
„Do wszystkich jednostek. Tutaj CEZAR-1. Rozpoczynamy operację Emergence Day. Powtarzam, operacja Emergence Day ruszyła. Heaven Black, ruszajcie natychmiast i na przód konwoju powietrznego. Osprey Black, ruszaj pięć minut po grupie osłony. Twój LZ to Battery Park, natomiast EP znajduje się w naszej bazie. EP2, w razie jakiś kłopotów, jest na polach na północny-zachód o Elli’s Island. Tango Delta, ruszacie na końcu, dokładnie o 6:35. Wasz LZ jest w przy zamku im. Clintona. EP w bazie. EP2 na Liberty Island. Bez odbioru. Niech Bóg będzie z wami…” – operator zakończył wydawanie rozkazów.
„I lecimy w piekło…” – można było dosłyszeć w eterze.
Jack i Bruno z uwagą przysłuchiwali się rozmowie. Po skończeniu zastanawiali się do jakiego LZ się udać.
Mamy 6:20. Za 15 minut będą przy zamku Clintona, to na południe od nas. Natomiast za kilka chwil będą w Battery Park. – zaczął Bruno. – Myślę, że lepiej abyśmy się udali do zamku. Nie wiem czemu, ale mam złe przeczucia co do Battery Park.
Ehh…jak chcesz. Mi tam wszystko jedno. Za dużego wyboru nie mamy. Oby tylko ta osłona nie nawaliła. Jeśli ci goście mają ciągle rakiety Stinger marny nasz los. – skończył Jack i wsiadł do radiowozu, który ruszył z piskiem opon do zamku Clintona. Po drodze mijali miejsca wypadków, radiowozy, karetki, rumowiska…wszędzie ciała…wszędzie… Tylko co kilka minut widzą wojskowe hummery oraz żołnierzy z małego garnizonu stacjonującego na północy Nowego Yorku. Nie odzywają się. Droga zajęła im 10 minut. W końcu docierają do zamku, ich celu. Jack przerywa milczenie.
Hej Bruno, nie dziwi cię to, że tyle trupów leży na ulicach? Przecież nie było ataku wewnątrz miasta.
Owszem. Ale nie chcę wiedzieć co ich zabiło. Mamy szczęście, że to nie my. – Bruno uciął rozmowę.
Właśnie, szczęście…
Bruno zatrzymał auto przy wejściu do zamku. Obaj wysiedli i obeszli budowlę. Po krótkiej chwili usłyszeli łopot maszyn lecących dosyć nisko nad wodą. Na szczęście grupa Tango Delta bez przeszkód dotarła do swojego LZ. Składała się z dwóch Blackhawków II generacji mogących pomieścić do 30 osób wraz z załogą. Lądowisko było płaskie i bez żadnych przeszkód terenowych. Kiedy maszyny dotknęły ziemi z ich wnętrz wyskoczyły trzy osobowe grupki komandosów, wśród nich medyk. Bruno oraz Jack podeszli do oficera. Oprócz nich nikt nie pojawił się przy zamku.
Panowie tylko dwaj? – oficer z lekka był zaskoczony.
Na to wygląda, że tak. Bruno Staskovic, oficer policji w NY. – rzekł Bruno.
A ja jestem Jack Mercury, sklepikarz. – dodał Jack.
Tylko wy wiedzieliście o akcji ratunkowej? – w głosie oficera można było wyczuć lekki niepokój.
Tak. Przez radio w radiowozie złapaliśmy rozmowę pilotów i jakiegoś dowódctwa. Ja na wojsku się nie znam więc do końca nie wiem jak to nazwać. – powiedział Bruno.
No dobrze. Wsiadajcie. Czekamy jeszcze dwie minuty. Komandosi, obrona okrężna. Meldować o wszystkim co się rusza. – za to oficer wsiadł za Jackiem do Blackhawka i zaczął rozmawiać przez radiostację.
Tutaj Tango Delta. Dotarliśmy do LZ. Na razie mamy tylko dwóch ocalałych. Policjant i sklepikarz. Zostajemy jeszcze dwie minuty. Odbiór.
„Przyjąłem Tango Delta. Oprócz tego, jaka sytuacja? Odbiór”
Cicho i spokojnie. Odbiór.
„To dobrze. Grupa Heaven Black melduje o licznych źródłach ciepła w kanałach i w metrze. Dodatkowo, w okolicach waszej pozycji. Bądźcie czujni. Bez odbioru.”
Przyjąłem CEZAR-1. Wyłączam się. – ale oficer zostawił radio. Chwilę potem cisza w eterze znów została przerwana.
„Tutaj Osprey Black. Mamy 42 ocalałych z czego połowa jest ciężko ranna. Ja wracam do bazy. Drugi zostaje jeszcze 60 sekund i stąd wyrywa. Sytuacja jest gorąca…”
„Osprey Black, wyjaśnijcie dokładnie. Co się u was dzieje?”
„Liczne eksplozje pod ziemią. Lekkie wstrząsy. Komandosi musieli też zlikwidować kilku gości którzy zwariowali. Strzelali do wszystkiego co się rusza. Ale to nie była ta grupa paramilitarna… Osprey Black 1 wyłącza się. Odlatujemy stąd. Szykujcie szpitale. Over and out.”
Minęły dwie minuty. Doszło jedynie pięciu cywilów, bez żadnych ran. Komandosi oprócz nich nie zauważyli niczego podejrzanego.
OK panowie. Odlatujemy stąd. Dowódca do pilotów, ciąg maksymalny i kierunek północny zachód do EP.
Ponownie Jack i Bruno usłyszeli łopot i hałas silników. Obaj zajęli miejsca w środku helikoptera aby mieć widok na miasto. Po kilku sekundach maszyny wzbiły się od ziemi i ruszył do bazy. Ciszę w maszynie przerywały tylko trzaski dochodzące z radia. Jednakże około 6:50 kiedy Jack i Bruno znajdowali się już w Hudson radio ponownie się odezwało.
„CEZAR-1 do wszystkich jednostek. Meldować swój status.”
Tutaj Tango Delta. Jesteśmy cali i zdrowi.
„Tutaj Osprey Black 1. Jesteśmy już w Hudson. ETA 5 minut”.
„Tutaj Heaven Black. Właśnie lecimy nad Liberty Island i robimy zwrot do bazy.”
„Tutaj CEZAR-1. Przyjąłem. Co się dzieje z Osprey Black 2? Osprey Black 2, zgłoś się.”
Cisz trwała przez 10 minut i mimo wielokrotnego wywoływania jednostka nadal nie odpowiadała. Operator westchnął i rzekł:
„Straciliśmy Osprey Black 2. Nikt ich nie widział?”
„Nikt” – rzekli wszyscy piloci.
„Heaven Black, czy możecie na chwilę wrócić do LZ Osprey Black?”
„Przyjąłem CEZAR-1. Ale podlecimy tylko na odległość kontaktu wzrokowego. Nie zaryzykuje maszyny. Odbiór.”
„Przyjąłem. CEZAR-1 wyłącza się. Powodzenia.”
Jack kątem oka zauważył jak helikoptery bojowe zawracająca w kierunku tego piekła. Natomiast grupa Tango Delta wylądowała w bazie ratowniczej. Wszyscy ocalali wysiedli z maszyn. Rannych zabrano do szpitala polowego. Komandosi udali się do swoich namiotów aby odpocząć i m.in przeczyścić broń. Natomiast Jack i Bruno wraz z oficerem weszli do namiotu dowodzenia całą operacją. Oficer zasalutował dosyć wysokiemu, puszystemu kolesiowi przy radiostacji.
Witam majorze.
Witam. Jaka sytuacja w Nowym Yorku?
Beznadziejnie. Lotnisko całkowicie zniszczone. Liczne rumowiska, wszędzie smugi ognia i dymu. Liczne skupiska ciepła w metrze i kanalizacji. Mnóstwo ofiar. My uratowaliśmy tylko siedmiu ludzi. Ci dwaj przybyli do LZ jako pierwsi. Niestety, straciliśmy Osprey Black 2, który według raportów miał na pokładzie 12 osób. Teraz Heaven Black poleciał ich szukać.
Rozumiem. A wy dwaj…coś wiecie więcej o sytuacji? – major zwrócił się do nich.
Tak… – odparł Bruno. I opowiedział całą sytuację od początku czyli detonacji mostu, zniszczeniach, tej grupie paramilitarnej i na koniec o ewakuacji. Major skwitował to: – No to kurwa mamy niezły burdel… Na razie czekamy na posiłki. Okrążamy cały teren. Bronx nadal nie daje znaków życia. Okolica jest objęta kwarantanną. Jesteście wolni.
Jack i Bruno pochodzili po obozie, a następnie udali się każdy w swoją stronę. Bruno jako policjant dostał przydział do patrolowania drogi przy zniszczonym moście Georga Washingtona i wsparcia stacjonujących tam wojsk zapakowaną bronią. Natomiast Jack po kilku godzinach zdołał się dodzwonić do swojego kumpla mieszkającego w Jersey City. Dość powiedzieć, że był on cholernie zdziwiony, ale i szczęśliwy, że jego ziom żyje. Jack dotarł do miasta około godziny 13:30…

CIĄG DALSZY NIEDŁUGO

 

PLIK #2300: INCYDENT W BLACK MESA

Słońce niemiłosiernie grzało tego dnia. Na niebie żadnej chmurki, a wilgotność bliska zeru. 23 lipca 2000r. swoją pracę rozpoczął David Jones na stanowisku strażnika części południowej kompleksu badawczego Black Mesa w Meksyku głęboko gdzieś w pustyni. Właśnie dotarł do swojego posterunku który od głównej części kompleksu oddalony był o całe 12km. Dodatkowo był to jeden z sektorów. Kolejny znajdował się w górach na południe od Monterrey, natomiast jeszcze inny pod wyspą Isle Maria Madre. To tyle ile wiedział David. Tyle ile powiedział mu pracodawca. Nie miał pojęcia co robią w tych kompleksach ale jak się głęboko zastanowił, nie miał najmniejszej chęci wiedzieć. Podszedł do czteropiętrowego budynku z dużym napisem „Black Mesa Security Outpost”. Natomiast na drzwiach pisało „Authorized Personel Only”. David zapukał kilka razy zanim inny strażnik mu otworzył.
Dzień dobry.– rzekł strażnik kiedy go ujrzał.
Dzień dobry. Oto moja karta dostępu. Dostałem przydział do was. David Jones. – odpowiedział.
Marc Twain. Chodź, pokażę ci zbrojownię. Weźmiesz stamtąd swój kombinezon oraz służbowy pistolet – Glock 17.
David poszedł za Marc’iem. Po minięciu wielu pokoi i pokonaniu kilku schodów dotarli do zbrojowni dwa pietra pod ziemią. Windy nie było. Zbrojownia nie porażała swoim ogromem. Kilka szatni, strzelnica i łazienki. Nic specjalnego. Kiedy David załatwił co trzeba udał się na drugie piętro do głównego holu, gdzie większość strażników odpoczywała. Minęły trzy nudne godziny w których czasie David poznawał innych strażników, potrenował na strzelnicy i miał wartę na zewnątrz. Jedynie w kierunku Black Mesa udał się mały konwój wojskowy. Totalna nuda…
Chwilę po 15:00 jednak zaczęło się coś dziać. I to cholernie niedobrego. Nagle na głównym korytarzu włączył się alarm, a chwilę później ziemia zatrzęsła się w posadach. Wszyscy strażnicy zameldowali się przy głównym wejściu, gdzie czekał już kapitan. Absolutnie nikt nie miał pojęcia co się dzieje.
Wy dwaj, pilnujecie głównego wejścia. Wasza czwórka na zewnątrz i sprawdzić okolicę. Bierzcie KM z zbrojowni i zamontujcie go przy przejściu. Lufa w stronę bazy. Kolejna dwójka idzie na dół do centrum komunikacji i próbuje skontaktować się z strażnikami w bazie. Ty i Marc – wskazał na Davida i jego kolegę. – Wraz ze mną. Zrobimy mały zwiad w kierunku kompleksu. Ciekawe co tym razem ci naukowcy odpierdolili?
Reszta strażników zajmowała swoje pozycje i przetrząsała cały budynek aby żaden wróg ich nie zaskoczył. Natomiast wyznaczona grupa udała się powoli wzdłuż drogi w kierunku Black Mesa, sektor H2. Ponura cisza. Żadnego wycia wiatru albo choćby cienia od morderczego Słońca. W powietrzu można było wyczuć jakąś katastrofę. Coś niedobrego wydarzyło się w kompleksie, David był tego pewny. Przeszli kilkaset metrów i znaleźli się przy małej stacji transformatorowej, transportującej prąd do bazy, jednej z wielu w tym kanionie. Tyle że ta zamieniła się w ruinę. Nic tylko zgliszcza. A dookoła co rusz wyładowania elektryczne. Kiedy kapitan powoli zbliżył się do stacji wyładowania spotęgowały się się i przed nimi pojawił się najprawdziwszy obcy. Przynajmniej taka pierwsza myśl przeszła przez głowę Davida.
Co to kurwa jest?! – wrzasnął kapitan i wyciągnął służbowego Glocka. Nie zdążył wystrzelić. Obcy skumulował wyładowania elektryczne i puścił je wąskim strumieniem wprost w ciało kapitana, które w jednej chwili sparaliżowała i upadło na ziemię. David wraz z Marc’iem na szczęście zdołali na czas wyjąć i odbezpieczyć broń i bez wahania wystrzelali całe magazynki. To „coś” padło po kilkunastu strzałach obryzgując drogę zieloną krwią.
Szybko David, pomóż mi wziąć kapitana. Jeszcze żyje. Ale jest w krytycznym stanie. – Marc doskoczył do leżącego kapitana. Najszybciej jak mogli przenieśli kapitana do ich posterunku, który na szczęście nie miał spotkania z tymi stworami. Błyskawicznie zaniesiono kapitana do skrzydła medycznego, natomiast do Davida i Marc’a podszedł zastępca kapitana.
Możecie mi powiedzieć CO TAM się stało? – gość był trochę poddenerwowany.
Chyba pan nie uwierzy. – powiedział David.
Gadaj, nie pyskuj. – teraz zastępca naprawdę się wnerwił.
Więc, doszliśmy do stacji transformatorowej, która była zniszczona, ale wokół co rusz były wyładowania elektryczne. Kiedy kapitan zbliżył się o kilka kroków przed nami zmaterializowało się to coś…Chyba jakiś obcy…Jeden Bóg wie co to mogło być…
Chwila. Ale jak się zmaterializował? – dopytywał się oficer.
Wyładowania skupiły się w jedno miejsce i już…
No dobrze. A potem?
Kapitan krzyknął, wyjął swój pistolet ale nie zdążył wystrzelić. Ten obcy poraził go prądem. My na szczęście zdążyliśmy nafaszerować go ołowiem zanim i nas sparaliżował. Po zajściu wziąłem kapitana i z pomocą Marc’a zaniosłem tutaj.
Kurwa…Ale się porobiło. Budynek jakby coś jest już przygotowany do obrony.
Nagle do głównego holu wbiegł zdyszany strażnik, złapał oddech i zaczął mówić:
Sierżancie, powienien to pan zobaczyć…
Co się znowu dzieje? – odburknął strażnik.
Kamery w centrum komunikacji coś złapały i nie wygląda to dobrze.
Sierżant już nic nie odparł tylko pobiegł za gościem do centrum komunikacji. Marc w międzyczasie poszedł odpocząć do swojego pokoju więc David sam poszedł za tym oficerem. Po kilku minutach biegu przez korytarze dotarł do centrum, które w obecnej sytuacji było jedynym połączeniem ze światem i kompleksem Black Mesa. Drzwi były otwarte. David spokojnie wszedł do pomieszczenia. Mnóstwo ekranów, kilkaset na bank. Pośrodku czterech strażników monitorowała sytuację. Ponad nimi krążył sierżant przyglądając się ekranom. Na ścianach większość z nich nie działała. David podszedł do jednego z działających ekranów i ujrzał kawałek korytarza. Ledwie dostrzegł napis na ścianie: „Lamda Labs – sector F”. Przez ten korytarz powoli szli dwaj naukowcy i strażnik z wyciągniętą bronią. Prawdopodobnie wyszli cało i teraz próbują znaleźć drogę ucieczki. Ekran na chwilę miał zakłócenia ale gdy obraz wrócił trzy ciała leżały bezładnie na podłodze w kałużach krwi. W międzyczasie pełniący obowiązki kapitana coś powiedział dyżurujących w centrum i czym prędzej udał się do głównego holu. David za nim.
Wszyscy do głównego holu meldować się! – rozkazał sierżant kiedy doszedł do holu. Kilkanaście sekund później przedstawiał zgromadzonym zarys sytuacji.
Panowie. Na początek powiem, że sytuacja jest naprawdę niedobra. Jest fatalna. Jak zobaczyłem w centrum komunikacji kompleks Black Mesa jest opanowany przez dziwne stwory, prawdopodobnie obcych którzy przybyli tutaj przez otworzony portal. Nie mają przyjacielskich zamiarów. Wyżynają w pień każdego napotkanego człowieka. Ponad połowa personelu bazy już nie żyje. My nawet jeśli byśmy chcieli jesteśmy słabsi liczebnie i w wyposażeniu. W takim wypadku postanowiłem zadzwonić do prezydenta Stanów Zjednoczonych. – na te słowa część miała minę dość zdziwioną. – Tak, mamy taki telefon. Powiadomię go o zaistniałej sytuacji i potrzeby niezbędnej pomocy wojskowej. Jesteśmy jedyną placówką która może wykonać tego typu połączenie. – sierżant skończył gadać i wszedł za biurka recepcji. Odwrócił się do ściany gdzie była twarda, wenecka szyba. Wyjął kluczyk i otworzył schowek. Postawił telefon na biurku i wykręcił telefon. David stał najbliżej i najlepiej słyszał co prezydent mówił.
„Halo? Kto mówi?” – ciężko było wyczuć w jakim nastroju jest prezydent.
Tutaj sierżant Jack Smith, pełniący obowiązki dowódcy w posterunku 16, na południe od kompleksu Black Mesa. Sektor H2.
Nastała chwilowa cisza, ale po chwili prezydent odpowiedział.
„Rozumiem. Wiem gdzie jest Black Mesa. I o którym sektorze pan mówi. Co się stało, że korzysta pan z linii alarmowej?”
Sam do końca nie wiem jednak wygląda na to, że… – i sierżant opowiedział wszystko to co widział i usłyszał od Davida. O tym incydencie, o możliwej inwazji obcych na kompleks przez otwarty portal. Prezydent uważnie wysłuchał każdego słowa Jack’a. Następnie odpowiedział:
„Niech Bóg ma nas w opiece. Posłuchaj mnie…To jest jedna z najbardziej pilnie strzeżonych tajemnic wojskowych jednak w takiej sytuacji i tak klauzula tajności jest gówno warta. W tej części bazy Black Mesa od wielu lat prowadzone były badania nad przejściem między wymiarowym, teleportami, technologią dla wojska. Dzisiaj miał się odbyć kulminacyjny test i pierwszy człowiek miał przejść do tamtego wymiaru. Jednak najwyraźniej coś poszło nie tak i teraz te stwory – jak powiedziałeś – zajmują całą bazę i zabijają personel. Gorzej, że już zaraportowano pierwszy portal – mały – który otworzył się na Saharze. Jeśli tak dalej pójdzie czeka nas inwazja. Jak najszybciej wyślę oddziały wojskowe i ratunkowe. Sytuacja musi być opanowana. Los świata od tego zależy.”

Jedna odpowiedź to “The NeverEnding Story”

  1. Sklep komputerowy z tanimi czesciami komputerowymi:
    sklep komputerowy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: