World Hydepark

O wszystkim i o niczym… Wolna Amerykanka

Sesja „The Thing” vol.3

Posted by mrcollector w dniu Styczeń 7, 2007

Agnes Katzeberg

Z wielkim oporem ruszyła spowrotem. Miała ochotę wyrzucić porucznika przez okno, wiedziała, że miał rację, ale co jest ważniejsze? Ludzkie życie czy wezwanie helikopterów? Może faktycznie wezwie pomoc, ale jeżeli będzie za późno dla tego mężczyzny? Powinni zrobić wszystko, aby go uratować. Skoro porucznik uważa, że narazie nie jest potrzebna przy nim… to wróci do maszyn.
Agnes rozmyślała próbując nawiązać łączność z bazą poprzez sprzęt w pomieszczeniu. Zastanawiała się co właściwie przytrafiło się temu rannemu i czy morfina mu pomoże. Od czasu do czasu spoglądała na działania Lany i porucznika. Czuła się nieco winna, że także nie próbuje pomóc.
Całkowicie milcząc próbowała uruchomić sprzęt…

Sprzęt nie dał się za żadne skarby uruchomić i z nikłym klnięciem pod nosem myślałaś, że szlag trafił tę rupieciarnię jak i wszystko w tej bazie badawczej. Z pozoru milczące przyciski, które powinny wręcz świecić, a strzałki kręcić się wydawały się nietknięte. Sprawa musiała siedzieć głębiej i tak oto zauważyłaś, że stołki wzdłuż ścian, na których były panele lecą na blaszanych szafeczkach pod sobą. Są one poskręcane śróbkami i gdybyś mogła się dostać do środka to może udałoby ci się zobaczyć co jest przyczyną chwilowej awarii.

Travis Christie

Kiwa głową – Co racja to racja. Mamy zadanie i nie polega ono na pilnowaniu jednego człowieka. Znajdźmy mu bezpieczne lokum i zostawmy… będziemy go odwiedzać z jedzeniem i aby pomóc mu załatwić co ważniejsze sprawy… no i zabierze nam to o wiele mniej czasu i wysiłku niż ciągłe pilnowanie – gdy pomyślał sobie, że mógłby zostać zamknięty, sam, w jednym z tych pomieszczeń aż dreszcz mu przeszedł po plecach…

Jesus Mendoza

Pomysł zamknięcia Radzyminskyego wydał się Mendozie najrozsądniejszym rozwiązaniem.
Dobrze, zamknijmy go. Tylko gdzie? W jadalni leży trup po sekcji, a łazienka jest zakrwawiona. Może na górze widzieliście coś czystego? I potrzebne będą klucze. Zaraz, przecież w szafie były jakieś klucze, Travis, chyba ty je wziąłeś.

 

Agnes Katzeberg

Mechanik rozejrzała się. Widząc panele spróbowała najpierw sprawdzić czy da się do nich dostać. Wyjęła śrubokręt i spróbowała zarówno przejść do paneli podchodząc do szafeczek jak i rozkręcić ich obudowę. Agnes próbuje otworzyć panele…

Randolph Clare

Zastanówmy się przez chwilę czy gdzieś nie widzieliśmy pomieszczenia spełnającego nasze wymogi? – zwracam sie do obecnych

Po chwili namysłu

Chyba wiem gdzie mozna go zamknąć , Jesus zostań z nim jeszcze na chwilę a ja z Travisem pójdziemy sprawdzić ok?

Udajemy sie do magazynu gdzie porucznik znalazł poćwiartowane zwłoki w worku na śmieci.

Travis Christie

Przeszukuje kieszenie. Po chwili z jednej z nich wyjmuje trzy kluczyki – Ta. Mam. Zaraz zobaczymy co tam jest i wrócimy. Tylko nie szalej tu sam – mruga Jesusa i uśmiecha się. I rusza za Clare’m

Travis, Jesus oraz Clare szybko ruszyli po schodach niosąc ze sobą skomlącego Radzymskiego, który ślinił się za każdym razem jak dostawał dziwnego tiku głowy skaczącej na szyi. Szyja była niczym sprężyna wrażliwa na mordercze myśli. To co się działo w jego umyśle było czystym więzieniem. Światem ucieczki przed najgorszym z koszmarów. Koszmar, który nigdy się nie kończył. Jedynym lekarstwem była litość osoby, której opętany nigdy nie pozna. Ta litość miałaby się wykazać chęcią zabicia opętanego…
Weszliście po drżących schodach do sali pełnej komputerów, przepalonych obwodów i porozrzucanych papierów, instrukcji, dyskietek i śróbokręców. Znalazły się nawet gdzieniegdzie odłamki szkła.
Mendoza sprawdził wszystkie klucze na drzwiach do śmierdzącego magazynu przepełnionego odorem rozkładu. Rozkładu, którego smród i związki wodoru i siarki potrafią zabić.
Sprawdził pierwszy metalowy i pozpolity klucz, który wyglądał na niemal nowy. Nic się nie działo poza trudnym wciskaniem go w coś twardego, ale ustępującego. Potem bardziej niebieskawy klucz, też się nic nie działo. Następnie ostatni, lekko pozłacany miedzią.
Ząbki na trzemieniu klucza zachaczały o co kolejn ząbki śrób. Usłyszeliście znajomy dźwięk trzasku przy całkowitym włożeniu klucza. Powoli przekręcił dłoń…

Zadziałało i metalowy zasuwak wychodził i się chował, a klucz siedział sobie spokojnie w zamku, ale za cholerę nie chciał z niego wyjść.

Pozostałe klucze pokryte były skrzepem… krwi…

Randolph Clare

– Co do cholery skąd na kluczach krew?– zapytałem obecnych

A tak wogóle to dawajcie go tu wkładamy go do środka i zamykamy drzwi i przekręcamy klucz

Potem zobaczymy co dalej

Travis Christie

Spogląda na Clare’a. Czuł jego podenerwowanie – Zaraz to zrobimy… ale sprawdźmy co z tą krwią – celuje karabinem w drzwi – Niech któryś to otworzy… wolę nie ryzykować że ktoś na mnie wyskoczy z Bóg wie czym i mnie pochlasta. No i świr, świrem ale z drugim go tam nie zamknę – ciało mu lekko drżało, czuł napięcie narastające w całym kompleksie

Randolph Clare

-Ok
-Jesus ty z prawej ja otwieram drzwi i pilnuje z lewej a ty Travis miej oko na Radzymińskiego [/i]- może masz rację z tym pomieszczeniem chyba coś tam może być

Jesus Mendoza

Mendoza zdjął z ramienia swój karabin i odbezpieczył go. Następnie podszedł do drzwi z prawej strony i przyklęknął na jedno kolano. Uniósł karabin i przycisnął jego chłodną kolbę do policzka, jednocześnie kierując lufę tak, aby mógł widzieć przez drzwi lewą stronę pomieszczenia.
Mendoza gotów. – rzucił krótko.

I Randolph na pozycji szybko machnął drzwiami, które ze skrzypem się otworzyły. W pomieszczeniu ciemno jak to porucznik sprawdzał.
Czuć było potężny odór. Jednak nie było nigdzie Czegoś. Czegoś czego się obawialiście nigdzie nie było. Tak się przynajmniej wam wydawało.

Randolph Clare

Nic szczególnego sie nie wydarzyło -pomyślałem
A czego do cholery miałes oczekiwać , gromady wściekłych kosmitów -zganiłem się w myślach

Już głośno powiedziałem – bierzemy latarki i idziemy sprawdzić pomieszczenie

Jeżeli nic w środku nie będzie wietrzymy pokój i wprowadzamy tam Radzymińskiego

Jesus Mendoza

Mendoza aż zachwiał się, gdy fala odoru dotarła do niego. Nie opuścił jednak stanowiska, tylko przesłonił rękawem lewej ręki usta i nos. Jego prawa ręka wciąż trzymała karabin.
Co za smród. Przecież on się tam udusi. – powiedział.
Mendoza, wciąż z rękawem przy nosie, przesunął się bliżej drzwi i zajrzał do środka.
Nie mam latarki, Travis masz pożyczyć?

 

Travis Christie

Kręci przecząco głową – Nie nie mam. Ale rzeczywiście ciężko było by go tu zamknąć… – otwiera zaciśniętą rękę, gdzie ma pozostałe dwa klucze – Poszukajmy innego miejsca – zaciska dłoń i chowa klucze do kieszeni

Randolph Clare

-Chyba masz rację poszukajmy innego pomieszczenia , a drzwi zostawię otwarte niech sie przewietrzy bo w najgorszym razie będziemy zmuszeni niestety go tu zamknąć robiąc mu otwory powietrzne w drzwiach -ostentacyjnie unoszę lufę km w górę

Travis Christie

Spogląda na Clare’a – To jest kiepski pomysł bo… a. Zapach się raczej nie wywietrzy. B, zmarnujesz amunicję – potrząsną głową – ruszajmy

Randolph Clare

Ok przekonałeś mnie ale…………..tylko na jakiś czas

Ruszamy dalej po kompleksie szukać pomieszczenia zamykanego na zamek

Jesus Mendoza

Mendoza opuścił broń, wstał i z ogromną ulgą oddalił się od pomieszczenia. Potworny smród wyciskał mu łzy z oczu i zatykał oddech, wiec rozkoszował się teraz możliwością odetchnięcia czystym powietrzem.
Dobrze, ruszajmy – powiedział.
Niezbyt delikatnie podniósł Radzyminkyego na nogi i popchnął w stronę schodów. Sam ruszył za nim, podtrzymując aby tamten nie upadł, ale bez zbytniej troskliwości.

Rozglądnęliście się ponownie po wszystkich pomieszczeniach. Po przeciwnej stronie do śmierdzącego magazynu znajdyawała się maleńka przebieralnia. Pomieszczenie jaśniejsze i cieplejsze, gdzie razem z porucznikiem Danielem O’Mannleyem znaleźliście zaschniętą krew na ubraniu tuż przy drzwiach. Było to gruby kożuch, grubszy od waszych polarnych sfeterków. Światło dobywało się z tylko jednego małego okna tuż pod sufitem.

Randoplh Clare

Ok no i chyba znaleźliśmy przytulne gniazdko dla niego – z usmiechem wskazuje na pomieszczenie i na Radzymińskiego

Dawaj go tu Jesus , zamykamy go i wracajmy do reszty grupy

Jesus Mendoza

Sprawdź najpierw czy klucz pasuje.
Mendoza wszedł do pomieszczenia. Od razu zwrócił uwagę na plamę krwi na podłodze.
Czy w tej bazie nie ma jednego czystego pomieszczenia? – mruknął do siebie.
Mendoza ominął kałużę zakrzepłej krwi i wszedł głębiej do pomieszczenia. Gdy zauważył okno zadumał się, zastanawiając się czy fakt, że w pomieszczeniu jest okno, może stanowić jakieś zagrożenie dla Radzyminkyego. W końcu kto wie, co taki świr może wymyśleć.

Travis Christie

Uśmiecha się lekko – To jak chłopaki, zostawiamy go tu? – rozgląda się po pomieszczeniu – Nie ma tu zbyt wielu rzeczy o które zrobi sobie krzywdę… chyba

Travis wyjął złączek kluczy na paru ogniwach i poszperał w zamku pierwszym srebrzystym – lekko zabrudzonym. Najwyraźniej roztocza założyły we wszystkich jego zakamarkach wielkie imperium. Haczenie ząbków i charakterystyczny dźwięk merdania w zamku. Nakle suwak sie poruszał to w jedną, to w drugą stronę. Z drzwiami wszystko było w porządku.
Chwyciliście Jacka, a raczej powłokę skóry jaka z niego została. Co przerażenie potrafi zrobić z ludzkim umysłem? Przybyły dawne wspomnienia, które przez lata wpychał do głębin podświadomości? Przeszłość zawsze cie dorwie bez względu na to jak bardzo starasz się o niej zapomnieć.
Wcześniej czy później…

podpor. Lana Smith

Pani Doktor spojrzała na porucznika. Nie miała wesołej miny. Prawde mówiąc to małował się na jej twarzy smutek.
-Nie sądzę by morfina pomogła, sir – wydusiła z siebie wreszcie. Przejechała mężczyźnie po twarzy, zamykajac mu oczy – Za późno. – Doktor zaczęłą pakować apteczkę. – O nie wiele za późno…
Podporucznim wstała. Słowa nie były potrzebne. Nie trudno się było domyśleć, co się stało.

Porucznik spojrzał na drobną panią medyk bezradnie i ze złamanymi nadziejami i upadłymi chęciami w umyśle. Wojna to gra kul i ostrzy… wojna była wszędzie i miała jeden cel. Dla braku jakichkolwiek korzyści ginęli ludzie. Nadal giną.
Omenem takiej żądzy krwi jest prośba o dobicie. Prośba o skrócenie cierpień. – Trzymam to Boże! – wykrzyknął bezsensownie człowiek – Nie dam kurwa uciec! – wszechobecny pot, przekrwione bandarze i posiniała twarz.
Mężczyzna sięgnął lewą luźną i wyflaczałą ręką do kieszeni. Jego koścista dłoń ściskała teraz odbespieczony dziewięcio-milimetrówiec. Zwykłą klamkę mającą na koncie sporo śmierci.
Daniel na widok lufy broni skierowanej w głowę mężczyzny wzdrygnął się i wykrzyknął z zaskoczenia – Nie!- odruchowy okrzyk po czym spokojniej zaczął gadkę – Nie rób tego… wyratujemy cię. – odparł spokojniej jednak głos ciągle mu drżał od strachu i emocji. Dzierżyciel broni przyłożył ją do głowy i odparł – Czuję to Coś… achchh..cholera! – wydarł się z bólu pod koniec i zakaszlał sucho wysiewając sporo zarazków na pomieszczenie oklepywane z zewnątrz kulami śniegu. Powoli naciskał na broń i sina, blada twarz robiła się lekko różowawa. Trzęsąca się jak osika pomarszczona skóra z potem i łzami… łzami paniki i strachu. Pod nosem mruczał łacińskie teksty, które po trochu rozumieliście jako łaskę i błaganie o zbawienie. – Panie żałuję! Chryste wybaw, Ojcze przenajświętszy… usłysz…

Trójka opon mózgowych starła się w walce trwającej ułamek sekundy z dziewięcio-milimetrowym pociskiem. Miękkie różowe i pofałdowane mięso rozbryzgało się z warstwami krwi na martwą i chłodną ścianę.

Jezu… – wyszeptał porucznik…

Randolph Clare

Wtargaliśmy Radzymińskiego do pomieszczenia położyliśmy w kąt pomieszczenia i spokojnie wychodzimy z pokoju.
Zamykamy drzwi na klucz i rozgladam się po obecnych z pytaniem zapisanym w wyglądzie twarzy. – I co dalej koledzy

Agnes Katzeberg

Kiedy Agnes była pochłonięta pracą wydawało się, że nic nie powstrzyma jej przed ukończeniem jej. Tymczasem dramatyczne i przerażające sceny rozgrywające się dosłownie za jej plecami wywołały u niej natychmiastowe przerwanie pracy i wręcz paniczny lęk. Obserwowała każdy ruch rannego mężczyzny, atmosfera coraz bardziej stawała się napięta, aż do chwili wystrzału…
Na ten głośny dźwięk Agnes krzyknęła przeraźliwie. Stała niczym słup z wyjątkowo przerażonym wyrazem twarzy… zielone oczy świdrowały mężczyznę i zawartość jego głowy na ścianie – Boże…! – wyszeptała bliska płaczu. Agnes nie wiedziała co robić… spojrzała na porucznika badawczo… – Ja tego nie zniosę! – uniosła się w przerażeniu.
Zaczęła kręcić głową i szlochać… zachowywała się jak każdy nieprzyzwyczajony do takich makabrycznych widoków człowiek. Przerażona nie chciała na nic patrzeć, ani nikogo słuchać… cicho błagała, aby wszyscy dali jej święty spokój…

Drgający Jack został położony w końcu ciasnego pomieszczenia. I modlić się pozostało, aby nie obudziła się w nim kaustrofobia. Zatrzaśnięte drzwi były znakiem oddzielenia go od was… na czas dłuższy. A przekręcenie klucza dla wielu byłoby intrygującym czynem.

Jesus Mendoza

Mendoza odetchnął z ulgą, gdy drzwi zatrzasnęły się za Radzyminskym. Właściwie to śmieszne, zdrowy, silny mężczyzna boi się zaślinionego gościa, który jest strzępkiem nerwów i cieniem samego siebie. Ale Mendozie wcale nie było do śmiechu. Widział już, co tacy ludzie potrafią zrobić. Jak pozornie bezbronny facet przewraca tuzin zdrowych żołnierzy i z obłędnym błyskiem w oczach wysadza się granatem wraz z nimi. Mendoza nie miał zamiaru oglądać tego po raz kolejny. Z uśmiechem sięgnął po krótkofalówkę.
Bzz … Panie poruczniku, … bzz … tu Mendoza, … bzz … zamknęliśmy Radzyminskyego … bzz … w jakiejś, eee … bzz … przebieralni. Czekamy na dalsze rozkazy. … bzz … Over.

Co zrobiliście? – zapytał porucznik przerażony tym co się tutaj działo i zdziwiony zachowaniem podopiecznych – On potrzebuje fachowej pomocy. Nie wydawałem żadnego rozkazu, aby go zamknąć w pomieszczeniu! – był bardzo zły – Natychmiast go wyciągnijcie, najlepiej na łóżku w pobliżu pomieszczenia ze śluzą. Musi mieć najwięcej świeżego powietrza. Szczególnie ozonu podczas zamieci. Macie być cholera przy nim cały czas! – bez odbioru – i wyłączył nadajnik, który i tak trzeszczał od warunków pogodowych jakie tu mieliście, lecz żołnierze dobrze wiedzieli jaka była twoja opinia. Nerwy oraz wszeobecny stres przeszły same siebie i na szyi porucznika pojawiły się grubo żyły. – Lana! – odparł – Sprzątnij to. – wskazał na zwłoki po czym podszedł prędko do Agnez – Czy to urojstwo działa panno Katzberg? – nie mogąc się powstrzymać trzasnął ściśniętą dłonią o blat stołu zapchanego panelami do urządzeń optycznych.

Agnes Katzeberg

Niestety bezpieczniki wysiadły – odpowiedziała drżącym głosem i wycierając oczy, starała się opanować, jakoś zmienić sposób myślenia – Cholerne bezpieczniki… panie poruczniku – wymamrotała i wzięła głębszy oddech – Trzeba wyjść i to naprawić… – spojrzała na porucznika – I już się za to zabieram… – wzięła swoje narzędzia i ruszyła w stronę wyjścia z zamiarem znalezienia bezpieczników ciągnących energię z jakiegoś generatora – Modlić się, żeby przyczyna niesprawnego sprzętu nie leżała gdzieś dalej niż tylko w bezpiecznikach… – powiedziała wychodząc. Ręce jej drżały, ale silniejsze opanowanie Lany i porucznika działało na nią kojąco. Starała się nie patrzeć w stronę zwłok, nie zwracać uwagi na paskudnie obryzganą ścianę… i działania Smith *Zająć się pracą… zająć się pracą… tylko dzięki temu nie zwariuję…!* myślała Agnes szukając bezpieczników. Jej wzrok był spokojny, ale wewnątrz burzyła się w niej wręcz zwierzęca panika *Chcę stąd uciec! Mam dość!* rozpaczliwe głosy w głowie nie dawały jej spokoju… Coś było w bazie, coś się zdarzyło… coś przez co ten człowiek popełnił największy grzech, samobójstwo… – Cholerne bezpieczniki… – wyszeptała Katzeberg.

Travis Christie

Słyszał głos porucznika, ale nie chciało mu się w to wierzyć… spojrzał na Jesusa – Powtórz co powiedział porucznik… chyba mi się przesłyszało – zachwiał się lekko – Nie jestem pieprzoną niańką… a mam pilnować śliniącego się idioty do jasnej… argh – był wściekły a może podenerwowany. Prawdopodobnie ilość emocji które wywoływało to miejsce, robiła swoje z psychiką

Randolph Clare

Chyba go poje..ło , czy on upadł na głowe
-Qrw. powiedz że to ci się przesłyszało albo to ja już dostaję w głowę , Trzech zawodowych żołnierzy niańczy jakiegoś pojebusa , który nigdy nie był normalny a
co dopiero teraz – bardzo zbulwersowany zwracam się do Travisa i Jesus

Czy wy przypadkiem nie uważacie że Radzymiński stanowi dla nas zagrożenie , zwracam sie do chłopaków z strasznie szelmowskim uśmiechem

My możemy już nie wrócić doi domu z tego gówna bo nikt nie wie o co chodzi , wszędzie tylko same trupy i krew a ja mam tu jakiegoś świra pilnować jakby nie mógł tu sam zostać

A może to już nie nasz porucznik z nami rozmawia , przecież jasno mu powiedziałem wychodząc : Panie poruczniku , obiecałem Mendozie że wrócę do niego i pomogę mu przy Radzymińsim.Trzeba skutecznie się nim zająć , zabezpieczyć go przed zewnętrznym środowiskiem jak i przed sobą samym.- zwracam się do dowodzacego

Jak tylko załatwię tę sprawę do przyjdziemy tu Razem Z Mendozą i możemy dalej prowadzić poszukiwania

-Na co on wyraźił zgode , co on Qrwa myśli że ja nogi na loteri wygrałem

Strasznie zdenerwowany pluje na podłogę i siadam koło drzwi odbezpieczając karabin

Jesus Mendoza

Mamy wyciągnąć go z zamknięcia, położyć do łóżka i zaśpiewać kołysankę. A, i zapewnić fachową pomoc. – w głosie Mendozy można było wyczuć wściekłość.
Fachowa pomoc, nie ma co. Wybrał najmniej odpowiednich do tego ludzi. Mnie uczono zabijać, a jak ktoś jest ranny to się woła: Medyk, medyk! Czy tego porucznika to już całkiem poje..ło. Może to miejsce jest nieco upiorne, ale przez takie zachowanie oficer tylko traci szacunek ludzi.
Jakto nie nasz porucznik, a kto, może księżycowy ludek? Dalej Travis, otwieraj te cholerne drzwi, rozkaz to rozkaz.
Mendoza mógł się nie zgadzać z rozkazem i do woli go sobie komentować, ale jeszcze nigdy w swojej karierze nie złamał oficerskiego rozkazu.

Randolph Clare
-No dobra Jesus co chcesz z tym pojebańc.. zrobić?

Jesus Mendoza

Co ja chcę z nim zrobić? – w głosie Mendozy znów można było usłyszeć nutki wściekłości – Ja tu ku…wa nie mam nic do gadania.
Cała ta sytuacja doprowadzała Mendozę do pasji. A może to miejsce tak na niego działało. Postanowił jednak zapanować nad sobą.
Zrobimy to co kazał porucznik. Weźmiemy go i położymy do łóżka, porucznik wspominał, że koło śluzy powiny być jakieś. Zresztą wyście już tam byli, powinniście wiedzieć. Travis – otworzyłeś już te drzwi?

 

Randolph Clare

Mam to w dupie – byłem już zupełnie wśiekły i bliski niesubordynacji
Jak chcecie to go bierzcie ja do tego ręki nie przyłoże
Mówiąc to wstaje i przygotowuje się do ruszenia w drogę

Jesus Mendoza

A rób jak uważasz.
Mendoza był już nieźle wkurzony. Wpadł do przebieralni, chwycił Radzyminskyego za „szmaty” i niemal wyrzucił go z pomieszczenia. Sam wypadł za nim, chwycił za kurtkę na plecach i na wpół pchając, na wpół niosąc, przetransportował po schodach na wyższe piętro. Tam, niezbyt delikatnie, pchnął go na najbliższe łóżko (oczywiście to z czystych łóżek).
Uff, trochę mi ulżyło – mruknął do siebie.

Randolph Clare

Podczas całego przenoszenia Radzymińskiego nie odezwałem sie ani razu .

Gdy już Radzymiński znalazł swoje miejsce w łóżku zastanawiam się co teraz dalej, czy w trójkę będziemy tu siedzieć , a może tamci potrzebują pomocy?.

Lojalnie was uprzedzam – zwracam sie do chłopaków – że jeżeli Radzymiński moim zdaniem zacznie stwarzać dla nas realne niebezpieczeństwo to nie zawacham się go zastrzelić jak psa– odparłem juz nieco spokojniejszy tonem

Jesus Mendoza

Masz moje błogosławieństwo – czy im się wydawało, czy przy tych słowach twarz Mendozy rozciągnęła się w nikłym uśmiechu – Dobrze, czas złożyć raport.
Bzz … Panie poruczniku … szszsz … tu Mendoza … bzzz … Radzyminsky leży w łóżeczku … ziziziz … tylko, że żaden z nas nie wie … bzzz … jak się nim zająć. … szszsz … Przydałby się nam medyk. Odbiór.

 

Przez chwilę z nadajnika nie wydobywało się nic i gdy już miałeś ochotę go wyłączyć wśród trzeszczenia usłyszałeś głos porucznika – Dobrze, że to zrobiliście. Wielu z was ma rodzinę, żonę i dzieci więc nie mówcie mi, że nie wiecie jak się kimś zaopiekować. – odparł beznamiętnie starszy stopniem oficer – Słodka blondynka to nie jest, ale narazie musi wam wystarczyć. Zaraz tam przyjdziemy. – bez odbioru – – skończył porucznik odsuwając siebie i Lanę od zwłok mężczyzny, od którego nic się nie dowiedzieli.
Zaś Mendoza, Ralph i Travis zostali sam na sam z zasypiającym Jackiem…

Agnes Katzeberg

Tymczasem Agnes, która jakiś czas temu wyruszyła na poszukiwania zepsutych bezpieczników znalazła je i naprawiła. Wracając tą samą drogą, przez mróz panujący na zewnątrz kompleksu nie zwróciła uwagi na to jak zatrzasnęła drzwi wychodząc…
Co jest?! – szarpnęła za klamkę od drzwi – Otwórzcie drzwi! – Agnes zapukała mocno, ale przez panującą wokół zawieruchę jej krzyk mógł być tak samo jak pukanie, mało słyszalny. W taki mróz i mocno padający śnieg ciężko nawet użyć narzędzi, aby dostać się do środka. Agnes miała problem i wydawało się, że jedyne co może zrobić… to mocno uderzać pięściami o drzwi…

Travis Christie

Siada na ziemi i zamyka oczy… ta sytuacja zaczyna go przerastać… oraz przerażać. Czuje się zagubiony… jego towarzysze przeszli jakąś metamorfozę… zezwierzęcenie… nie obchodziło go to. Był zmęczony chciał spać…

podpor. Lana Smith

-Cholera! – wymknęło się jej – Sir, nie jestem psychiatrą. Nie umiem pomóc Radzymińskiemu. Jakbym wiedziała jak pomóc, to bym już dawno to zrobiła. Nie jestem nawet wstanie postawić diagnozy! Dla mnie to beznadziejny przypadek.
Lana stanęła opierajac się o cokowiek co było za nią.

Jesus Mendoza

Tak jest – rzucił Mendoza do radiotelefonu, upewniwszy się wpierw, że jest wyłączony – Ja mu zaparzę ziółek, a Clare upiecze ciasteczka.
Mendoza spojrzał na Radzyminskyego. Leżąc na łóżku wyglądał jakoś tak niewinnie i bezbronnie. Widok ten „rozbroił” nieco Mendozę. Opuścił lufę swojego karabinu, przeszedł kilka kroków i usiadł na jednym z wolnych łóżek. Mimo wpół leżącej pozycji, nie spuszczał wzroku z Radzyminskyego, a i jego ręka wciąż spoczywała w pobliżu spustu.

Agnes Katzeberg

*Jedyna nadzieja w tym, że w końcu zauważą brak mojej obecności…* pomyślała Agnes pozostawiona sama sobie na mrozie. Dziewczyna rozpaczliwie zaczęła rozglądać się za jakimś innym, bardziej oryginalnym wejściem do budynku. Może uda jej się wejść gdzieś indziej, byle by nie siedzieć dłużej tutaj.

Przepełniony ponadto emocjami i dawką stresu Jack zasnął niewinnie kuląc się w łóżku. Niczym w przypadku drącego się w niebogłosy niemowlęcia tak samo i tutaj ucieszyło was, że macie wreszcie spokój.
Travis przykucnął i oparł się o łóżko tuż obok Radzyminskiego. Musiał przy nim czuwać, taki był rozkaz. Szalony rozkaz? A może przełożony nie wie co robi? A może to tylko wyobrażenia wyssane z palca i wzorowane na filmach s-f gdzie główną rolę pełnił sławny alien, u którego dało się wyszczególnić wyjątkową dbałość o zęby.

Lana, która już praktycznie zrobiła to co mogła i olała resztę rozkazów dała sobie spokój dając do zrozumienia porucznikowi, że cała załoga chce się stąd wyrwać i to jak najszybciej.

Kiedy rzypomniało im się, że kluczem do dania dyla z tej stacyjki jest skontaktowanie się z bazą. Agnez powinna niebawem wrócić.
Racja…
Słabe trzaski wydobywały się z drzwi wyjściowych do wieży radarowej. Mechanik ma problem z powrotem na pokład.

Travis Christie

Powoli otwiera zmęczone i obolałe oczy. Spogląda po towarzyszach. Czeka na jakąkolwiek reakcję z ich strony… na jakąkolwiek racjonalną reakcję… „Czemu tutaj… nie chcę… to miejsce, źle na nas wpływa„… znów przymyka oczy. Chce spać, ale nie może, coś nieustannie plocze się w jego głowie, otwiera nagle oczy – Udało się wreszcie nawiązać kontakt?

 

Randolph Clare

Poprzez siedzenie przez dłuzszy czas w jednym miejscu normalny człowiek trochę by wyluzował ale nie ja jestem tak wkurzony że z chęcią bym komuś przyłożył . – pomyślałem gdy z odrętwienia wyrwał mnie głos Travisa.
Z wyrażnym wysiłkiem spojrzałem na niego ale sie nie odezwałem

Jesus Mendoza

Mendoza rozluźnił się nieco widząc śpiącego Radzyminskyego. Z nudów zaczął rozkładać i składać swój karabin, tak jak uczono go na szkoleniu. Lecz jego czujny wzrok i tak co chwila wędrował w kierunku śpiącej postaci.

Lana Smith

Zaczęła zmierzać w stronę drzwi, przez które jakiś czas temu wyszła Katzeberg.
Czy on… – wskazała na zwłoki – …powiedział coś zanim tu przyszłam ?
Podeszła do drzwi, w które ktoś najprawdopodobniej pukał, otworzyła je. Spojrzała na zziębniętą Katzeberg.
Naprawdę, nie pomagasz próbując zrobić z siebie mrożonkę… – powiedziała bez emocji.
Czuła się bezradna i źle jej z tym było. Nie dawała jednak oznak tego.
Wróciła do zwłok i zaczęła z dystansu przyglądać się im. Po głowie chodziło jej wiele myśli, ale starała się nie dopuszczać do siebie wizji zakończenia życia w tym ponurym miejscu. Zaczęła przypominać sobie to, co widziała podczas ‚prowizorycznej’ ? sekcji *O czym ja myślałam… Przecież jakby ktoś próbował wysadzić kogoś… od wewnątrz to dookoła byłoby pełno porozdzieranych brakujących tkanek miękkich… to raczej wyglądało jak… – złapała się za czoło i zamknęła oczy, poczuła się nagle dziwnie słabo, ale to był tylko chwilowy stan – … Jakby ktoś albo coś usunęło je ostrym narzędziem… jednak poszarpana rana bardziej wskazywała na … wygryzienie… – powiedziała to cicho, sama do siebie i sama nie mogła uwierzyć w to, co mówi.
Ale, po co ktokolwiek by to robił… – powiedziała już normalnie spoglądając znowu uważnie na zwłoki, ze szczególnym uwzględnieniem okolic pasa. *‚Uciekajcie, albo się dowiecie wszyscy…Na sobie’ – te słowa nie dawały jej spokoju.

Agnes Katzeberg

Dzięki – Katzeberg skwitowała Lanę, nie miała najmniejszej ochoty na żarty *Przecież jeszcze przed chwilą nie mogłam otworzyć tych cholernych drzwi… otwierane od środka…* pomyślała Agnes, gdzieś w jej głowie myśli tłukły się ze sobą dawając dziewczynie do zrozumienia, iż najwyższa pora stąd uciekać…

Bezpieczniki naprawione panie poruczniku – spojrzała na mężczyznę, jej głos był bezceremonialny, zimny i pusty jak miejsce, w którym się znaleźli.

Drzwi z niesłyszalnym skrzypem otworzyły się w krainę świstów. Niesamowity przymrozek. Aż sam kożuch na Agnez zaczął się trząść z zimna. Daniel przez dłuższą chwilę przyglądał się zmarzniętej i niewinnie wkulonej w skórę pani mechanik. Zupełnie jakby zapomniał, że obok znajdują się zwłoki.
Przyżegnał się nad samobójcą. Widać iż był w wielkim zakłopotaniu i nie mógł już dalej udawać twardego porucznika. Zaciągnął zwłoki w kąt.
Zajął się korbką obok sprzętu nadajnikowego i szybko wyjął stary mikrofon z kablem, który obrośnięty był mchem pokrywającym taśmę izolacyjną w wielu miejscach.
Widać dawno nie było tu żadnej grupy od wymiany, a i wilgoci tu nie brakuje.
Antena widocznie nadal działała. Porucznik zaczął monolog i w naiwności swej wierzył, że ktoś to usłyszy. – Tu zero, zero, zero, jeden, pięć. Grupa eta z sił rezerwowych wywiadu. Mówi major Daniel O’Mannley, zagrożenie drugiego rzędu. Proszę o natychmiastową asystacje. – bez odbioru – – Nadzieja matką głupich… Powtórzył ten sam komunikat na wyższej częstotliwości i jeszcze raz. Nie otrzymując odpowiedzi ze złością uderza o blat. Stoi zgarbiony nie mogąc patrzeć na dwie panny w pomieszczeniu. Czyżby poczuł ten wstyd, który pojawia się przy bezradności przełożonego? Nadzieja umiera zawsze ostatnia…

* * *

Wśród trójki strażników pilnujących Radzymińskiego zaczął się unosić nieprzyjemny zapach… moczu.

Lana Smith

Po raz kolejny, może to z nerwów, znudzenia albo przez intuicje, podeszła do zwłok.
Teraz już w pełnym opanowaniu zaczęła przyglądać się im.
Czy mógłby mi ktoś tu pomoc, chce przyjrzeć się lepiej jego ranom… ale trzeba go przekręcić na plecy, żebym mogła to zrobić… spojrzała na pozostałych.

Agnes Katzeberg

Niechętnie spojrzała na zwłoki mężczyzny, co też za tajemnice skrywał w tej chwilli jego mózg… – Pomogę ci – odrzekła po chwili zastanowienia. Powoli zbliżyła się do Lany, był to może wynik spokojnej natury Agnes, a może porządnego mrozu, który jeszcze przed chwilą miała okazję zapoznać ze swoją skórą.

Kobiety wolno przewracały mężczyznę na plecy.

Nie Anges. – odparł pewnie porucznik – Ty już spełniłaś swe zadanie. – dodał, a te słowa były naprawdę miłe i pocieszyły cie. Wreszcie jakieś uznanie po środku lodowej pustyni – Usiądź i zajmij się tym sprzętem. – wskazał na radiową aparaturę składającą się z nadajnika i sprzętu odbiorczego, a także ekranów do wizji, sensorów…

Sam podszedł do zwłok. I sprawnie przewrócił zesztywniałe cielsko jak metalową belę. Ten pokaz siły zaimponował obu paniom, które chodź w wojsku od paru lat, dawno nie widziały takiej męskości w ciężkich warunkach. Czerwony na twarzy wstał i począł przyglądać się pracy Agnes co nieco ją krępowało.

Zwłoki mężczyzny mówiły same za siebie. Niesmaczny widok bladej twarzy był niczym w porównaniu do oczu… Pustych białek, które dalej miały za sobą pustą przestrzeń.

Najprawdziwszy mózg ociekał z krwią na ścianie…

Lana Smith

Schyliła się nad zwłokami. Sprawdziła puls, choć to było działanie typowo odruchowe, nikt z takimi uszkodzeniami mózgu nie przeżyje… Ewidentnie był martwy. Rozpięła grubą kurtkę, jaką miał na sobie denat i ubranie pod nią.
Przed śmiercią… – zaczęła powoli – …wyraźnie cierpiał z powodu bólu umiejscowionego partii brzusznej… Widzieliście jak trzymał się za brzuch? – zapytała na koniec, ale jakby nie do końca oczekiwała na odpowiedź.
Przyłożyła obie dłonie do brzucha. Ucisnęła palcami, aby przebadać jamę brzuszną.
Nie wiem jak to zinterpretować… – powiedziała – …wyczuwam dziwne skurcze i niejednostajne pulsowanie tej części jamy brzusznej… – zabrała ręce – Jeszcze czegoś takiego nie widziałam… nie wydaje mi się to normalne…

Agnes Katzeberg

Dziękuję – odparła porucznikowi. Następnie według rozkazu zasiadła przy aparaturze. Jednym uchem słuchała co mówiła Lana, zaś całą resztę swej uwagi skoncentrowała na sprzęcie przed sobą. Gdyby nie fakt, iż jej praca była cały czas nadzorowana poczułaby się niemal jak na zwyczajnym domowym przeglądzie urządzeń elektronicznych.

Katzeberg sprawdzała przewody, podłączenia i przyciski. W głębi siebie zaczęła nienawidzieć to miejsce…

Co jest Lana? – zapytał porucznik zaniepokojony twoimi słowami. Wszystko go interesowało, a już na pewno wasze bezpieczeństwo. Podszedł z twarzą pełną niepokoju i przykucnął obok ciebie przy zwłokach. Mina symbolizowała oczekiwanie na odpowiedź. – Słucham? – żądał wyraźnie wyjaśnień.

* * *

Agnes zaniepokojona burdelem jaki panował w przewodach z nerwami wszystkie je odłączyła i postanowiła jak pedantka je poukładać. Po dłuższej chwili natrafiła na kable, które pokryte były czymś gęstym i mało widocznym i nie do wytarcia. Śluzem, maścią…

* * *

Radzyminsky nawet zaczął się turlać po ziemi na plecach. Patrząc prosto przed siebie omiatał wzrokiem zszarały od tytoniu sufit. Bełkotał, aż w ustać wśród śliny panowało bulgotanie. Nie wiedzieliście co robić. Baliście się…
Przewrócił się na lewy bok i zwymiotował chyba wszystko co zostało mu w żołądku…
Okropny widok.
Po szybkim zajściu Radzyminsky ciężko dyszy. Wydawało się wam iż powiedział szeptem coś w stylu „Kurwa mać”. Chyba jedyna radosna dziś wiadomość. Najczęściej używany przez niego zwrot wybił się na szczyt myśli w jego mózgu przepełnionym adrenaliną i innymi substancjami lęku.

Travis Christie

Pociągnął nosem. Następnie rozejrzał się po sali, jakby rozbudzony nieco nieprzyjemnym zapachem –Który… – powiedział nieco zirytowany i zniechęcony. Tak naprawdę chyba też znał odpowiedź, bo jego wzrok padł na pilowanego przez nich człowieka.

Randolph Clare

Co za kutas – – wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Nie dość że gnijemy w tym syfie i pilnujemy tego gnoja to jeszcze zasmrodził całe pomieszczenie. Juz nie potrafiłem skrywać irytacji i podenerwowania. Może też i trochę strachu. Wszystko skupiało się na leżącym człowieku. Podnoszę się z miejsca i idę do drugiego pomieszczenia ale w taki sposób żeby mieć cały czas na oku Radzymińskiego.

Agnes Katzeberg

Ble… – wyrwało się Agnes kiedy natrafiła na dziwny śluz pokrywający kable – Panie poruczniku, mamy tu coś dziwnego – powiedziała powoli przyglądając się przewodom. *Chyba nie używali tego do konserwacji? To nie jest normalny smar* dziewczyna zastanawiała się nad sensem nacierania przewodów takim paskudstwem.
Wygląda jak jakaś maź – powiedziała do zebranych w pomieszczeniu – To nie jest smar – wzruszyła ramionami. Agnes było teraz zimno i zdecydowanie nieprzyjemnie, poliki piekły ją od mrozu, a palce pomimo, iż były na nich rękawice porządnie zmarzły na powietrzu… i to: dziwne paskudstwo pokrywające kable. Katzeberg przeszły dreszcze.

Lana Smith

Jeszcze nie wiem… – odpowiedziała niepewnie. – Co to ma być ?! – prawie krzyknęła i odsunęła się od zwłok.
Nie mam pojęcia, nad czym oni tu pracowali… Gdyby była to kobieta to nic dziwnego… ale to jest FACET… a TO COŚ kopnęło ! – powiedziała zszokowana do porucznika, cały czas nie spuszczając ze wzroku denata.

Porucznik odskoczył bezwarunkowo przestraszony agresją i strachem Lany. To musiało być coś poważnego. Zdał sobie sprawę. – Cokolwiek… to jest… – zastanawiał się jak to określić. Czyżby zaczął wierzyć? – Wyrzucimy te zwłoki na mróz. Zrzucimy z dachu. Pomożesz mi w tym Lana. – zdenerwował cie rozkaz zetknięcia się z mrozem, ale kto mu pomoże jak nie ty? – Ty za nogi. Ja za bark…

Lana Smith

Wstała i wyprostowała się. Po głowie chodziło jej tysiąc myśli. Dopiero po chwili doszło do niej, że słowa porucznika to nie prośba, a rozkaz.
Dobrze… ale najpierw daj mi broń… albo sam to zrób…

Jesus Mendoza

Mendoza skrzywił się, kiedy pomieszczenie wypełnił odór moczu. Nie odezwał się ani słowem, ale przestał bawić się karabinem i z większą uwagą spojrzał na Radzyminskyego. Gdy ten rozpoczął swój „taniec” na podłodze, Mendoza odsunął się jak najdalej od niego, kierując w stronę chorego lufę swojego karabinu i uważając, by mieć czyste pole do strzału.

Plusk!

Usłyszeliście pluśnięcie we na płytkach na podłodze. Tuż przy posiniałej twarzy Radzyminskiego. Dziwny, podróżny, flegmowaty na kształt glisty ludzkiej kształt wystrzelił w stronę ciemnej toalety.

Mendoza pół przerażony poczuł jak zabolały go końce wszystkich członków i kończyn od tego poteżnego impulsu. Serce szybciej było. Ułamek sekundy później nacisnął spust. Pociski odbiły się od płytek.

Coś schowało się za drzwiami.

Krzyk Radzyminskiego. Krzyk bólu.

Ta akcja trwająca krócej niż sekundę wyrwała z drzemki Travisa i Randolpha.

* * *

Przecież masz broń… – odparł porucznik dotykając twego prawego boku. Wiedział gdzie trzymasz pistolet. Mimo iż chciał ci to wszystko uświadomić, ten dotyk spowodował u ciebie ciepły dreszcz czułości. Idiotyczne uczucie szybko minęło.

Lana Smith

Odruchowo spojrzała na porucznika. Na chwilę zapomniała, po co w ogóle potrzebowała broń…
…Aaa… Tak wiem… – sięgnęła ręką do prawego boku i odsunęła rękę porucznika. – …To pewnie… przez ten stres… – dokończyła spuszczając wzrok na zwłoki, ręką dotknęła rękojeści jakby jeszcze raz chciała upewnić się czy broń tam na pewno jest.
Po krótkiej chwili ciszy podeszła do zwłok od strony stóp i lekko się schyliła.
Wynieśmy TO na zewnątrz

Porucznik pewnie pochwycił delikwenta za barki i zajął się jego wynoszeniem pierwszy wchodząc na oblodzone schody. Miał taką siłę iż właściwie nie musiałaś mu pomagać, ale gwoli spełnienia obowiązku doniosłaś te zwłoki pod drzwi. Wejście drgało i trzęsło się pod naciskiem wiatru i śniegu. Mróz przesiąkał przez stalowe płyty i kożuch do waszej skóry, zaś to…
Świst niczym złowieszczy szept przesiąkał powietrze. Porucznik poczuty do obowiązku powiedzenia czegoś w stypie westchnął i zamknął oczy poddając się refleksji. Poczułaś, że wypadałoby również to uczynić. Po minucie ciszy odparł. – Dzielny człowiek. – Jego spojrzenie było spokojne, lecz brwi lekko dygały. Otworzył w milczeniu drzwi na świat mrozu. Lodowate i żrące powietrze szczypało was w resztki odsłonionej skóry. Porucznik wyciągał ciało, aby połączyło się z ziemią. – Gdybyśmy wiedzieli co siedziało w jego głowie… – w tym momencie klatka piersiowa zwłok wypukliła się i usłyszałaś chrzęst i pęknięcie kości. Coś pod skórą podeszło bardzo szybko aż do gardła. Sina głowa napęczniała i w tym momencie klatka piersiowa i gardło pękło tryskając spektakularnie krwią we wszystkie strony. Kożuch jak i twarz Lany był obity krwią i resztkami narządów wewnętrznych. Przez moment wydawało ci się iż znowu ciało na ciebie spojrzało…
Usłyszeliście… odgłos zwierzęcia…
Było to połączenie odgłosu małego jastrzępia połączone ze skrzekotem żaby, poprzez skowyt wilka, na pisku nietoperza kończąc. Serce biło coraz szybciej. Z trudem zaczęłaś łapać oddech, a każdy kolejny był coraz trudniejszy. Ciężko przełykasz ślinę niemal się krztusząc. Ręce niemal odmawiają ci posłuszeństwa, a nogi paraliżują. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz. Coś ci nie pozwala, dusisz się… Drżenie wentylatorka wydaje się docierać jakby z zaświatów. Słyszysz tylko jego echo. To co znajduje się przed tobą jest zasłonięte przez łzy. Widzisz tylko czerwoną, trzęsącą się galaretę…

* * *

Agnes usłyszała krzyk…

Kurw…….. – z duży przestrachem i zdenerwowaniem wyrzucił słowa z siebie Randolph.
Mendoza uważaj bo nas pozabijaszco to było do kurw.. nędz…
Skinał na Mendoze aby ubezpieczał lewą strone a sam posuwał się po prawej .
-I co ty na to – zwrócił sie do towarzysza – musimy uważac żeby to nie wlazło w nas , tak jak w Radzymińskiego

Jesus Mendoza

– Ku.wa widzieliście! Co to było?
Mendoza skierował lufę w stronę toalety. Powoli ruszył skrajem pomieszczenia pilnując, aby nie wejść Clare na linię ognia, a jednocześnie by mieć w zasięgu wzroku jak największą przestrzeń.
– Ma któryś latarkę? Nie chcę wdepnąć w jakieś gó..no!

 

Agnes

Kiedy usłyszała krzyk stanęła na równe nogi, atmosfera zaczęła przybierać klimaty taniego horroru. Co dziwne Agnes zazwyczaj śmiała się takowych projekcji, tym razem jednak… nie było jej do śmiechu, nie po tym wszystkim czego musi doświadczać na tymże pustkowiu. Agnes wyjęła pistolet, uznała, że nie będzie dłużej bawić się w żadne ucieczki – postawi na swoim cokolwiek się stało. Nie zaskoczy ją żaden trup, ani śluz. W końcu jest w wojsku.

Ruszyła pewnym krokiem w stronę z którego dobiegł krzyk. Kurczowo trzymała w dłoni broń, była tym razem doświadczona, wiedziała czego może się spodziewać…

Daniel O’Malley

Krew jej zapach, smród.. łkanie.. Lana.. czerwień – co… – uderza w niego, odbija się.. ucieka w zamieć. O’Malley odwraca się, dusi karabin spoconymi dłońmi.. jego nerwowe oczy wpatrują się w białą pustkę w poszukiwaniu.. Smuga krwi.. ciągnie się i znika w nicości na granicy jego wyobraźni. Zimny karabin tańczy w jego drżących rękach, powietrze kuje w twarz swoim chłodem. Serce milknie, umysł milknie a wiatr krzyczy.. Lana.. krzyczy. Robi krok w tył, potem drugi. Noga zahacza o coś miękkiego, ciało. W głowie słyszy ten dźwięk, odgłos tego.. czegoś! Chwyta za drzwi i całą siłą jaką tylko mógł w to włożyć zatrzaskuje je. Chrzęst łamanych kości. Ciało! Jak mógł o nim zapomnieć. Wiatr świszczy a otwór wydaje się idealny by przeszło przez nie.. coś. Wyprzedzając swoją świadomość i wyobraźnie odpycha nogi. Zamyka drzwi a pół-głuchy odgłos oznajmia jego sukces. Pada na kolana – ..co… co to… – przerywa nie mogąc złapać tchu. Smród krwi.. łkanie – ..Ag… Agnes! – wrzasną resztką sił.

Lana Smith

Łomotanie serca i świszczenie łykanego powietrza do płuc to był jedyny odgłos słyszalny dla niej. Usta otworzyły się odruchowo w celu wydania krzyku, jednak jedyne, co przyniósł to smak krwi, cierpki smak.
Przed oczami miała widok patrzących się na nią oczu trupa, jednak obraz rzeczywisty zasnuty był czerwono-różową mgłą.
Chciała krzyczeć, w tej chwili uważała to za jedyną rzecz, która może jej pomóc, ale nie mogła. Powodowała to u niej uczucie bezradności jednak zarazem w głębi czują z tego powodu złość na samą siebie i na brak kontroli nad własnym ciałem.
Zdawało jej się, że jej ciało powoli się osuwa i pod kolanami czuje twarde podłoże.

Agnes Katzeberg

Usłyszała przeraźliwy krzyk, który przeszył ją dreszczami i strachem. Rozpoznała do kogo należał – porucznik O’Malley. Był teraz wraz z Laną pozbyć się ciała nieszczęśnika, co mogło pójść nie tak w takim zadaniu? Agnes zbliżając się do celu odczuwała zakłopotanie, nie miała pojęcia co też mogło wywołać tak przerażający, lekko zdławiony wrzask. Kobieta była mniej pewna tego czego może się spodziewać, lecz nie powstrzymywało ją to przed pójściem i zbadaniem sytuacji. Trzymając wciąż broń zbliżała się do miejsca, z którego dobiegł ją głos. Agnes szła ostrożnie i jak na naglącą sytuację dość wolnym tempem.

Poruczniku?! Lana?! – zawołała w przestrzeń przed sobą, aby sprawdzić czy załoga odpowie. Niestety Agnes nikt ani nic nie odpowiedziało, jedynie głucha cisza…

Daniel O’Malley

* spokojnie.. uspokój się.. weź się kurwa w garść! Wiesz dobrze, że nie możesz się bać.. * podniósł wzrok z ziemi * Jesteś oficerem, więc zachowuj się jak oficer! * starł kciukiem krew z jej twarzy – L.. Lana? – poczuł jak puste oczy, mimo iż skierowane na niego wpatrują się gdzieś.. indziej – Lana.. Otrząśnij się! – otwartą dłonią uderzył ją w twarz. Wstał. Wyciągnął radiotelefon – Mendoza. Tu O’Malley , macie natychmiast wrócić się na nasze pozycje! Bądźcie ostrożni, tam.. coś jest. Nie warzcie mi się nie zabierać Radzyminskiego! Uważajcie na siebie. Koniec odbioru.

Jesus Mendoza

Mendoza nie zdejmując palca ze spustu swojego karabinu, drugą ręką sięgnął po radiotelefon.
Tu Mendoza – głos Mendozy był przyspieszony i lekko drżał – panie poruczniku, my też tu coś mamy. To … to chyba … wyszło z Radzyminskiego.
Kurczę, to zabrzmiało jak w kiepskim horrorze.
– Uciekło do kibla … pilnujemy wejścia … ale nie mamy światła. Odbiór!

 

Daniel O’Malley

* cholera * zacisną rękę na radiu – Macie się natychmiast wycofać, to jest kurwa rozkaz! – czuł jak jego serce zaczyna tańczyć odrobinę szybciej. * Co tu się dzieje.. Gdzie do cholery jest Agnes *

 

Jesus Mendoza

Mendoza podniósł radiotelefon do ust.
– Tak jest, przyjąłem! – rzucił krótko.
– Christie, Clare, słyszeliście? Mamy się wycofać. Radzyminskiego zostawiamy.
Mendoza ruszył tyłem w kierunku schodów, wciąż kierując lufę w stronę drzwi za którymi zniknął dziwny stwór. Z jednej strony czuł ogromną ulgę, że nie musi sprawdzać co to było. Z drugiej niepokoiły go słowa porucznika, które wskazywały, że tam gdzie się udają też nie jest wcale tak bezpiecznie.

Agnes Katzeberg

Agnes, była, owszem, lecz dopiero na schodach prowadzących do drzwi na zewnątrz. Poruszła się wolno i ostrożnie. Po głowie chodziły jej dziwne myśli… zastanawiała się co też przydarzyło się Smith i porucznikowi, dlaczego krzyczą, dlaczego tu nikogo nie ma… kto popełnił morderstwo, dlaczego Radzyminsky postradał zmysły, czemu żadne urządzenie nie działa… dziewczyna poczuła na sobie ciężar pytań, na których odpowiedzi było wiele, lecz czy były prawdziwe? Może to jedynie domysły?
Z bronią w ręku Agnes zbliżyła się do drzwi, za którymi gdzieś na przeraźliwym zimnie tkwią ludzie z jej załogi. Cała metalowa konstrukcja ścian otaczających ją zewsząd trzeszczała głucho pod napływem mrozu i wiatru. Dziewczyna w milczeniu otworzyła drzwi i ujrzała… widok podobny do poprzedniego. *Krew* przeszło przez głowę Agnes, kobieta czuła, że jeżeli ma być wkrótce następna ofiara szaleństwa… to napewno będzie nią ona sama… Stanęła jak wryta w ziemię nie wiedząc zupełnie jak ma się zachować. Z niewyraźną miną przyglądała się Lanie, następnie porucznikowi… wszędzie krew… Smith najwyraźniej traciła przytomność.
Co to ma znaczyć? – Agnes nie mogła uwierzyć własnym oczom, zaczynała obawiać się własnych znajomych. Czyżby wszyscy zaczynali tracić rozum? Z przerażeniem w oczach kobieta spoglądała na O’Malleya, bała się… bała się nawet zapytać o to co się tu stało.

Randolp Clare

Jesus – krzyknał głośno w kierunku wycofujacego sie kolegi.
Z tego co słyszałem przez radio to mielismy zabrać Radzymińskiego. Trzeba sprawdzic czy żyje.. Daj mi nadajnik
Mówiąc to cały czas spogląda na łazienkę.

Jesus Mendoza

– Masz swój – odparł Mendoza również nie spuszczając wzroku z drzwi łazienki.
– Nie wiedomo ile tego pieprz…nego czegoś jeszcze w nim siedzi. Jak chcesz to go zabieraj. Tylko trzymaj go ku…wa z dala ode mnie.
Mendoza starał się gniewem zamaskować uczucie przepełniającego go strachu. Nie za bardzo mu to wychodziło.

Daniel O’Malley

Dźwięk zbliżających się ludzkich kroków podziałał kojąco na jego nerwy. Katzberg wkroczyła do pokoju a on począł w duchu dziękować za to swojemu bogu. Nic jej nie jest. Ale.? Czemu tak na mnie patrzy. Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się na dwa. Słyszał jak palec delikatnie drga na spuście jej pistoletu – Agnes – krok w przód, dwa kroki w tył – spokojnie – w pokojowym geście wyciągnął przed siebie dłonie – patrz na mnie Agnes, uspokój się. Nie musisz się mnie bać. Proszę odłóż tą broń. – krok w przód, dwa kroki w tył.

Agnes Katzeberg

Co jej zrobiłeś? – spytała Agnes, najwyraźniej przestała ufać O’Malleyowi. Widać było jak bardzo starała się skupić, zebrać myśli… lecz krew, krew i zamęt, wszystko to działało jak koszmarny impuls, który nie przestawał przeszkadzać głowie racjonalnie myśleć. Dłoń kurczowo trzymała pistolet, starczyłaby chwila aby kula w środku wystrzeliła prosto w porucznika. Jednak dziewczyna wykonała niepewny ruch do tyłu, zawahała się… i wyrzuciła broń przed siebie łapiąc się za głowę. *Co ja wyprawiam!* nawrzeszczała na siebie w myślach. Zupełnie tak jakby została ogłuszona, chwiejnym krokiem Agnes podeszła do ściany i oparła się o nią. Powstrzymywała łzy. – Przepraszam… – rzuciła w stronę przełożonego – Nie wiem co mnie napadło, to chyba przez to miejsce… – wzięła oddech, ręcę Agnes zaczęły drgać ze zdenerwowania – Jestem tym wszystkim zmęczona, co z Laną? I skąd… krew? – zapytała. Stojąc tak pod ścianą i wyżalając się zaczęła przypominać małą dziewczynkę, która dopiero co zbiła wazon.

Randolp Clare

Ja wcale nie mam zamiaru go zabierać – rzekł Randolph. Znasz mój stosunek do niego.

Ale wydawało mi się że porucznik wyraźnie powiedział żebyśmy wzieli go razem z nami.

Więć podejdę zobaczyc czy żyje i będziemy mogli spokojnie powiedziec porucznikowi że zostawiliśmy trupa,tylko kryj mnie ogniem w razie czego, idę. Mówiąc to powoli podchodzi do Radzymińskiego szukając będąc przy nim jakichkolwieg oznak życia. Robi to oczywiście bardzo, bardzo uważnie będąc przygotowanym na każdą okoliczność.

Jesus Mendoza

– Ok, Christie – pilnuj drzwi od kibla a ja będę miał na oku naszego przyjemniaczka.
Mendoza przeszedł kilka kroków, aby móc dobrze widzieć, co się dzieje z Radzyminskym a jednocześnie aby przypadkiem nie postrzelić Clare.
– Clare, możesz działać.
Mendoza nie miał najmniejszej ochoty zabierać Radzyminskyego. Słowa Clare troszkę go uspokoiły. Tak będzie najlepiej. Stwierdzą zgon i zostawią trupa. I będą z czystym sumieniem mogli pójść do porucznika, gdzie jest miło i bezpiecznie. Czy aby na pewno bezpiecznie?

Pośród tego lodowatego piekła, niecałym dwóm czy trzem godzinom szaleństwa i biegu przez chory świat, nie było problem podjęcie decyzji, aby zostawić tu towarzysza. Niech zdycha w imię większego dobra jakim jest życie pełnosprawnych ludzi. Zero współczucia. Nazizm.
Dewastacja stacji dobiegała końca. Nie było tu nic poza wolą ucieczki. Ucieczki nawet na pustynię piekącego mroku.
Mendoza bez współczucia nie może doczekać się końca chwili, w której Clare podchodzi do „zwłok”, aby stwierdzić zgon bez względu na to, czy jegomość da oznaki życia czy nie.
Randolph powoli i jeszcze wolniej kroczył, aż nie mogąc znieść napięcia podbiegł bliżej. Leżący na podłodze, opierający się o ławę Jack zażygał szyję, mundur i część zimnych jak lód kafli na podłodze. Clare zdjął rękawicę z sinej, spoconej dłoni, którą przyłożył do suchej części szyi Radzyminskiego, który cały czas lekko dyszał, lecz w najlepsze drzemał. Z pewnością był w lepszym miejscu, zdala od Antarktydy. Puls… był wolny. Malał.

Daniel O’Malley

Serce porucznika zaczęło powoli uspokajać się i zwalniać z rozrywającego pierś tempa, do przyspieszonego stanu zdenerwowania. Patrzył się w oczy chyba prawie oszalałej Agnes, po czym na leżącą przed nim broń, którą wyrzuciła. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się wolnym głosem, który lekko drżał jeszcze po tym, co żołnierz zobaczył niedawno.

-Katzeberg, już wszystko dobrze. Weź się w garść i uspokój. Potrzebuję cię sprawną.- Na jego twarzy zawitał wymuszony uśmiech, który mógł znaczyć, że zaraz zostanie wypowiedziany kiepski żart.- Dwóch Radzyminskich jednego dnia to dla mnie za dużo.

O’Malley następnie odwrócił się do Lany. Wyglądało na to, że była w jeszcze gorszym stanie, niż mechanik. To, co zobaczyła musiało nią wstrząsnąć poza granice wytrzymałości. Wyglądała podobnie do drugiego medyka, który najwyraźniej kompletnie odszedł od zmysłów.
„Jasna cholera”. Czyżby Radzyminsky zobaczył to samo? Przed oczami O’Malleya znów stanął widok tego „czegoś” za drzwiami. Porucznik nie miał nawet pewności co to było. Wszystko zdarzyło się szybko i nagle. A on sam zareagował jak kompletny żółtodziób. Paniką i utratą zdolności bojowej. Skarcił siebie za to w myślach. Wiedział, że będzie sobie to wypominał jeszcze długi czas. Jednak teraz ważne było zebranie do kupy oddziału i upewnienie się, że wszyscy są, przynajmniej chwilowo, bezpieczni.

-Podporucznik Smith.- Powiedział twardym głosem, takim, jakiego sierżanci w bazach szkoleniowych używają by postawić na nogi cały pluton rekrutów.-Wstawać na równe nogi żołnierzu! Już!– O’ Malley miał nadzieję, że to obudzi ją z szoku. W przeszłości, porządne ryknięcie często skutkowało…

Agnes Katzeberg

Agnes stała pod ścianą najwyraźniej nie w pełni świadoma tego co się z nią działo. Czuła jak coś zaczyna zjadać jej umysł, żeby tylko mogła coś na to zaradzić… Spojrzała dziwnie smutnym wzrokiem na broń leżącą na ziemi. *Jak blisko byłam żeby skończyć ze sobą? A może nadal jestem…* rozmyślała *Potrzebuję ciszy i spokoju, chociaż na moment* kobieta „zjechała” plecami po ścianie, aż wreszcie przycupnęła przy tej zimnej powierzchni. Miała ochotę płakać, krzyczeć i uciekać stąd jak najdalej. Miała zbyt słabą psychikę by dawać sobie radę z takimi obrazami. *Gdzie do cholery są wszyscy?* Agnes nie zauważyła nawet jak myśli same wpadły jej na język – Gdzie do cholery są wszyscy?! – krzyknęła i schowała twarz w dłonie. Głos rozległ się po otoczeniu przebijając się przez gęstą zamieć.
O’Malley’owi mogło się wydawać, że pytanie Katzeberg dotyczyło reszty załogi… tymczasem dziewczyna borykała się ze swoimi myślami w czterech ścianach jej własnego świata.

Nagle z nadajników radyjnych wysyczało drżenie i szum. Nieskończony szum ustawionej na wysoką częstotliwość antety. Wydobyłsię stamtąd zbawczy głos. Głos, który zwiastował nadzieję. Niczym wąskie źródełko po środku pustyni płynące po horyzont. – … -//- tzzt -//- grupa Eta, słyszycie -//- tzzt -//- – masa zniekształceń przerywała głos. Baza wreszcie nawiązała nietrwały kontakt.

Agnes Katzeberg

Znajomy szum radiostacji był jak tysiąc krzyków, budzików i znaków prosto z nieba. Agnes przetarła oczy, rozejrzała się uważnie nasłuchując. Niemal identycznie zareagowałby chyba każdy w jej sytuacji.
Radio?! – Katzeberg podniosła się na równe nogi – To radio! Radio! – Agnes zapomniała o wszystkim: o Lanie, O’Malley’u, resztkach zwłok (krwi), o tym jak dosłownie przed sekundą była załamana. A może ten szum był tylko w jej głowie? Dziewczyna jak najszybciej mogła znalazła się przy radiostacji, liczył się czas, liczył się jak nigdy. Katzeberg minęła korytarze i dopadła radia, a wyglądało to tak jakby je zaatakował dziki zwierz.
Tu grupa Eta, słyszymy was! Mówi Katzeberg, wzywamy pomoc! Mamy problem! Jesteśmy w zagrożeniu! Błagam, przyślijcie pomoc! – Agnes zaczęła kombinować z częstotliwością powtarzając błagalny komunikat kilkakrotnie – Błagam, przyślijcie pomoc! Tu są zwłoki i krew! Nie ma nikogo prócz tego… – Katzeberg zaczęła połykać łzy…

O’Malley powstrzymał w sobie chęć natychmiastowego biegu za Katzeberg. Chciał się wydostać z tej przeklętej zamarzniętej bazy nie mniej niż ona, jednak wiedział, że to jeszcze nie koniec. Nie dla niego. To miejsce było celem jego misji, misji, której jeszcze nie wykonał…

Podaj im zwięźle naszą sytuację i zarządaj wsparcia na moją autoryzację! Potrzebujemy ewakuacji dla rannych i specjalistycznego sprzętu!- Wykrzyczał w stronę wbiegającej po schodach Agnes.

O’Malley wypuścił ciężko powietrze z płuc i podszedł do podporucznik Smith. Nie mogła zostać sama w takim stanie. Porucznik podniósł ją z ziemi i przewieszając jej ramię o swój kark, ruszył z nią w stronę radia, po części wlekąc, po części wspierając na sobie. Po drodze wyjął z kieszeni krótkofalówkę i po przekręceniu zębami włącznika skontaktował się z resztą drużyny.

-Co do kurwy nędzy tak długo? Ruszajcie swoje dupy!

Zakłócenia i dziwne impulusowe dźwięki szarpania strun towarzyszącego nagłemu zmienianiu częstotliwości na tym przedwojennym sprzęcie przyprawiały o ból głowy. Rozpacz i szaleństwo podczas kilkusekundowego trzeszczenia, które potrafiło trwać wieczność. Ściśnięte, suche gardło oblewane łzami. Co kobieta robi po środku lodowego piekła? Trza było zostać w domu. Zdala od miejsca rozpaczy i wiecznej męki. – -//- tzzt -//- – Piski i kliknięcia – -//- tzzt -//- garnizon Rosevelt. -//- tzzt -//- – kolejne zakłócenia wprawiające w szał – -//- tzzt -//- koordynaty, powtarzam -//- tzzt -//- – i następne zakłócenia w postaci zamieci uniemożliwiającej pracę fal radiowych – Podajcie współrzędne. – głos oczekiwał. W tle Agnes słyszała brzęczenie podobne do takiego, które słyszała wcześniej, na schodach parter-piętro w tej stacji badawczej. Dźwięk trwał chore, pamiętne około dziesięć sekund…

Sapiąc i stękając, O’Malley gramolił się po schodach, trzymając mocno Lanę. Nie chciał zostawiać nikogo na dole, w miejscu, które wyglądało jakby ktoś wymalował je czerwoną farbą od podłogi po sufit. Obejrzenie się za siebie znowu przywołało na myśl cholernie niepokojący widok krwi tryskającej z tamtego biedaka…Czegoś, do czego O’Malley nie chciał wracać aż do chwili pisania raportu. Uśmiechnął się krzywo sam do siebie. W głowie zaświtała mu myśl, że jeśli opisze w tym raporcie dokładnie to, co wydarzyło się przed jego oczami, dowództwo pewnie zafunduje mu miejsce w pokoiku bez klamek, w izolatce obok Radzyminskiego. „Jezu, nie ma z czego się śmiać”. Nogi plątały mu się na każdym kroku, przytrzymywał się więc metalowej barierki, posuwając się powoli do góry. W połowie drogi przystanął i krzyknął.

-Jak to wygląda Katzeberg? Masz coś?!

Stojąc czekał chwilę na odpowiedź, po czym ruszył dalej. Jego krótkofalówka cały czas była nastawiona na odbiór i oczekiwała na wiadomość od reszty.

Agnes Katzeberg

157*E 74*S – podała Katzeberg kilkakrotnie, licząc się z tym, że wiadomość może wcale nie dojść do odbiorcy lub dotrzeć w „częściach”. W drugim jak i w pierwszym przypadku – mogą tu czekać na pomoc aż do śmierci, która może nadejść szybciej niż się tego spodziewają.
Umysł Katzeberg choć nieco rozjaśniony nadzieją wydawał się być nadal czymś obłąkany i zaniepokojony. Dziwne myśli o śmierci, krwi, zaginionych naukowcach… robiły swoje. Dziewczyna nie zauważyła nawet jak O’Malley zadał jej pytania.

Radio wypełniło się stałym szumem i trzeszczeniem, nie pozostawiając żadnej odpowiedzi, potwierdzenia. Pozostawiające tylko niepewność. Albo ją usłyszeli albo zamarzniecie na skraju lodowej pustyni.

Agnes od wpatrywania się w stół zauważyła na nim masę map Ziemi Wiktorii. Po przyjrzeniu się bliżej, niewiele dzieliło ich od innej norwedzkiej stacji badawczej, znajdującej się pare minut na południe. Wgłąb lodowatego lądu.

Agnes Katzeberg

I zapadła wkońcu cisza. Agnes wyłączyła radio i zaczęła, jak się wszystkim mogło zdawać, bezmyślnie wpatrywać w stół przed sobą. Czyżby faktycznie jej odbiło?
Tutaj jest jeszcze jedna stacja… – powiedziała do siebie w chwili oświecenia, coś na rozłożonej przed nią mapie przykuło jej uwagę. Zerwała się z siedzenia na równe nogi i na stojąco spoglądała na to co miała przed sobą.
Poruczniku! – zawołała O’Malleya, kiedy on tylko się zjawił przedstawiła mu sytuację odnośnie blisko znajdującej się kolejnej stacji badawczej – …tam muszą być ludzie, nie mogę się już z nikim połączyć, radio już nic nie odbiera. Moim zdaniem powinniśmy zabrać wszystko co może być przydatne i zabierać się stąd – dokończyła poważnie wpatrując się w oczy mężczyzny.

O’Malley usadowił Lanę na najbliższym krześle i podszedł do mapy wskazywanej przez Agnes. Po krótkim obejrzeniu sytuacji na papierze, odezwał się do Agnes bez owracania na nią wzroku.

-Wydaje się ryzykowne. Wygląda na to, że śnieżyca się zmaga. Będziemy mieli dwójkę ludzi do przetransportowania na naszych rękach
. – Porucznik spojrzał się przez chwilę na siedzącą za nim Smith.- Poza tym przywędrować do Norwegów z prośbą o pomoc…Specjalna amerykańska grupa pokonana na tym cholernym pustkowiu przez co? Nawet nie wiem, co im powiedzieć…

„No i czysta kartoteka poszła właśnie w cholerę.”


– Ale chrzanić to. Nie ma innego wyjścia. Mamy ludzi, którzy wymagają pomocy medycznej i cierpimy na cholerny brak pieprzonego sprzętu, żeby chociaż przebadać resztę stacji.
– O’Malley uśmiechnął się do siebie.- Mam nadzieję, że będą tam mieli porządne latarki… Poczekamy tutaj na resztę i zastanowimy się, z czego zrobić jakieś nosze. Trzeba rozejrzeć się za wszystkim, co będzie przydatne. Szczególnie do nawigacji w śnieżycy.

Agnes Katzeberg

Tak jest Sir! – powiedziała po czym zasalutowała krótko jakby wstąpił w nią zupełnie nowy duch. Pomału zaczęła rozglądać się za wszystkim co mogło być przydatne, przede wszystkim mapy…

Porucznik poświęcił chwile na rozbrojenie Smith i przejrzenie zawartości jej apteczki.

-Nie chcemy by chwila słabości pchnęła nas do kropnięcia któregoś z towarzyszy, prawda podporuczniku?– Powiedział cicho do siebie, wyjmując magazynek z jej broni. Następnie zaczął się rozglądać za czymś, co pomogloby w przenoszeniu jego zwariowanych podkomendnych.

-Jak myślisz Katzeberg, z czym my się tutaj właściwie zetknęliśmy?
– Rzucił za siebie, przegląddając jakąś szafkę.- Myślisz, że to robota komuchów?

O’Malley przeszedł do jednego z rogów pomieszczenia i począł tam się rozglądać. Gadał na wpół do siebie, na wpół do towarzyszki.

-No wiesz. Powiedzmy, że dostali się tutaj, wymordowali cały personel bazy, a później rozpylili jakieś halucynogenne świństwo, po to żeby zobaczyć jak świrujemy i zamieniamy się w roślinki…Pieprzone czerwone dranie byłyby do tego napewno zdolne. Nie wiem jak tobie, ale mi wydaje się bardziej prawdopodobne, że chrzaniony Gorbaczow siedzi teraz i się z nas śmieje, niż że mamy do czynienia z cholernymi zielonymi ludzikami…

Agnes Katzeberg

Bardzo możliwe – odpowiedziałam stojąc nad stołem i przeglądając przedmioty znajdujące się na nim – Choć takie posunięcie byłoby dla nich chyba nazbyt ryzykowne, ja stawiam na świra, który po prostu… dostał pomieszania zmysłów na tym… cholernym pustkowiu… – Agnes ściszyła głos, była świadoma, że takim świrem mogłaby być ona sama – Każdy miewa chwile słabości, tylko ważne żeby się im nie dać – dodaję dla otuchy, lecz w myślach wciąż mam złe wspomnienia, właściwie… sprzed paru minut. Westchnęłam *Cholera, nie dam się już wyprowadzić z równowagi… nie dam. Nigdy.* Milknę na dłuższą chwilę.
Myślę, że powinny tu znajdować się jakieś sanie… ewentualnie tkanina, z której możnaby zrobić nosze i przetransportować ludzi. Trzeba poszukać – po ciszy zwracam się do porucznika czekając chwilkę na jego polecenie – Co z Laną? – spoglądam na nią.

Lana Smith

Oddech kobiety zdawał się zwalniać. Nie był już taki płytki i świszczący jak wtedy…
Zdawała się odzyskiwać świadomość. Zachwiała się na krześle, jednak na czas podparła się lewą ręką unikając upadku. Prawą dłonią zasłoniła twarz. Ból głowy. Przez chwilę patrzyła przez mgłę, jednak z czasem kształty stawały się coraz bardziej wyraźne.
Co się stało ? – powiedziała do Katzeberg i O’Malleya. Dłońmi zaczęła przecierać skronie.

Daniel O’Malley

-Sanie to cholernie dobry pomysł. Trzeba tyl…– O’Malley odwrócił się jak skaczaca sprężyna na dźwięk pierwszych od jakiegoś czasu słów Lany. Ręka mimowolnie powędrowała w stronę broni przy boku. Dopiero ułamek sekundy porucznik ogarnął sytuację i odprężył ciało.

„Zbyt jesteś nerwowy durniu”

-Smith, wróciłaś do żywych? Co z tobą? Jak się czujesz?– Powiedział O’Malley powoli podchodząc do Lany. Podczas tych kilku kroków przygotował manierkę z burbonem, z której jeszcze dotychczas nie miał okazji skorzystać i podał ją pani podporucznik.

Lana Smith

Tak myśle… – ze zdziwieniem i zmieszaniem wzięła do ręki manierkę. Po wnikliwym przeglądzie napiła się płynu dość łapczywie. Kiedy w końcu dotarła do niej istotna wiadomość iż płynem tym nie jest woda, lecz bliżej jej nieznany alkochol sprawił, że zaksztusiła się. – Co to jest ?! – odparła przez zęby po tym jak dało jej się zapanować nad oddechem.

Daniel O’Malley

-Burbon z Kentucky. Klaruje sytuację pod łepetyną i kopie jak młody Mustang.- Zaśmiał się O’Malley, po czym sam pociągnął zdrowego łyka z manierki. Po chwilowym zatknęciu i głębokim oddechu, podał trunek Agnes.- Przyda się na drogę.

-Zmieniamy hotel. Katzeberg, byłabyś tak miła i wprowadziła podporucznik Smith w sytuację, podczas gdy ja spróbuję skontaktować się z resztą i rozejrzę się za saniami. Wprawdzie teraz potrzebne będą tylko jedne, ale i tak trzeba będzie jakoś ewakuować stąd tego mądralę z rusko brzmiącym nazwiskiem.

O’Malley ruszył w stronę schodów prowadzących w dół wierzy. Zdjął z ramienia karabinek maszynowy. Jego przedsięwzięcie miało polegać na zajrzeniu na zewnątrz, a to mogło nie być przyjemnym przeżyciem. Po kilku krokach zatrzymał się jeszcze i po odwróceniu się, rzucił Lanie jej sprzęt, który wcześniej jej zabrał.

-Zwrócone w stanie nienaruszonym.

 

Lana Smith

Na widok toczącego się ku niej jej magazynku, odruchowo sięgnęła ręką do broni i wyciągnęła ją. Pusty… Schyliła się i chwyciła go. Załadowała go. Chowając broń spojrzała na Katzeberg.
Długo byłam … nieprzytomna ? – zapytała Agnes.

Agnes Katzeberg

Nie, parę minut… – Agnes sama straciła orientację w czasie – Kiedy byłaś nieprzytomna udało nam się na krótko połączyć z naszymi, ale niestety… raczej nie odebrali naszej wiadomości, są straszne zakłócenia. Zamierzamy przenieść się do norweskiej stacji badawczej i tam poprosić o pomoc – streściła Agnes lekko uśmiechając się – To będzie niezbyt komfortowa przeprawa, ale pozostanie na tym bezludziu przypłacilibyśmy śmiercią, jak ty uważasz? – spojrzała na Lanę oczekując jej opinii na ten temat.

Randolp Clare

Randolph sprawdzając puls Radzymińskiego zastanawiał się desperacko co robić. Choć wyczuwał słaby puls tomiał zamiar powiedzieć że pochyla się juz nad trupem. I tak podjął juz decyzje.

Chłopaki niestety on już jest w krainie wiecznych łowów – krzycząć do pozostałych.
-Możemy wracać do porucznika .

Daniel O’Malley

„Nic nerwowo. Otworzyć drzwi na ościerz, zmierzyć otoczenie przez celownik karabinku i rozwalić cokolwiek nieprzyjacielskiego krótką serią. Uważać na mogącą iść w tą stronę resztę drużyny.”– O’Malley sporządził w głowie plan najbliższych paru sekund, po czym zabrał się do jego wykonania. Dochodząc do drzwi wyciągnął jeszcze spod grubych fałdów ubrania mały łańcuszek z krzyżykiem.

„Ojcze nasz, któryś kurwa w niebie.– Na więcej nie było czasu.

Założył futrzany kaptur kombinezonu na głowę, przycisnął kobę broni podbródkiem i dając kilka kroków do przodu, nacisnął na klamkę drzwi wyjściowych z wierzy radiowej. Powitała go biała ściana śniego wiejącego na zewnątrz. Mokry puch całymi strumieniami zaczął wpadać do środka. Wraz z nim dudniący wiatr.

Zmrużywszy oczy, chwycił pewniej karabinek maszynowy i zlustrował nim otoczenie. Obawiał się w sercu, że nie zobaczy ciała mężczyzny, którego wypchnął na zewnątrz, po tym jak ten wytrysnął fontanną juchy…

Lana Smith

Aha… – skomentowała krótko. Zamyśliła się na chwilę – Teraz to nie mamy nawet co liczyć, że nasi przyjdą nam na ratunek. Od początku jak tu lecieliśmy, coś mi nie pasowało. Myśle, że już wtedy nas skreślili. Mieliśmy tylko potwierdzić, że coś tu jest nie tak… – słowa wypowiadała bez emocji, z posępnym wyrazem twarzy. – … Więc norweska stacja badawcza to chyba dla nas jedyny ratunek… – spojrzała na Agnes

Agnes Katzeberg

Na to wygląda… poczekamy aż wróci porucznik O’Malley i zobaczymy co dalej. Możemy tylko iść przed siebie i pokazać tym dupkom, że nie damy się tak łatwo! – powiedziała Agnes z pełnym przekonaniem – Norwegowie muszą nam udzielić wsparcia i odesłać do domu… – dziewczyna usiadła przy radiu – …ale będzie afera, nie? Będziemy pewnie sławni – zaśmiała się cicho, szczerze to miała rozgłos głęboko w nosie, ale napawało ją to swego rodzaju zaciekawieniem *Ciekawe jak to będzie…* pomyślała.
Będziemy miały co wnukom opowiadać… – Katzeberg wpatrzyła się w mapę.

Jesus Mendoza

No to nic nas już tutaj nie trzyma. – powiedział Mendoza opuszczając nieco lufę karabinu – Idziemy do porucznika.
Nie zwracając uwagi na towarzyszy ruszył w stronę schodów. Nagle zatrzymał się gwałtownie, jakby coś sobie przypomniał. Lewą ręką sięgnął do przełącznika radiotelefonu.
Panie poruczniku … tutaj Mendoza … Radzyminsky nie żyje … idziemy na górę … Odbiór.
Nie czekając na odpowiedź Mendoza ruszył po schodach.

Daniel O’Malley

Porucznik wpatrywał się mrużąc oczy w śnieżycę przed nimi. Trudno było określic, jak daleko mogło potoczyć się ciało wyrzucone przez niego. Karabinek cały czas pozostawał przy policzku, stanowiąc dające otuchę oparcie. W pewnym momencie odezwała się krótkofalówka przytroczona do pasa i poleciały z niej ledwo słyszalne przez wyjący wiatr słowa Mendozy. O’Malley podniósł urządzenie do twarzy i dusząc przycisk nadawania starał się przekrzyczeć śnieżycę.

-Radzyminsky nie żyje?! Jak to się kurwa stało?! -Wykrzyczał bardziej do siebie, niż do Jesusa. To nie były dobre warunki na wyjaśnienia.- Spotkanie przy wieży radiowej ASAP. Uważajcie na podejściu…coś cholernie chujowego może się czaić w tym śniegu.

O’Malley odwiesił krótkofalówkę i znów wyjrzał na zewnątrz. Polwoli zaczął robić ostrożne kroki po śniegu. Musiał odnaleźć to ciało…

Zimna, łopocząca zamieć uderzyła niczym fala wody. Prosto w twarz majora. Na zewnątrz nie było nic prócz bieli. Krew, jeśli tu była, to z pewnością została wsiąknięta przez niższe warstwy śniegu. W takim gównie nie było sensu rozpoczynać poszukiwań.

Daniel O’Malley

Porucznik stał chwilę na śniegu, rozglądając się i wypatrując. Dla upewnienia się, rozgrzebał nogą warstwę śniegu przed sobą. Był to tylko pusty gest, który służył upewnieniu się, że nic nie znajdzie. Powolnym krokiem wrócił do wieży radiowej i przymknął za sobą drzwi. Zdjął kaptur z głowy, odetchnął głęboko.

-KURWA! KURWA! KURWA!– Ryknął wyładowywując frustrację.

„Nie ma cholernego drania. Sam widziałem, jak coś wyłaziło mu z bebechów. Nikt nie miał prawa być żwawym na tyle, by po czymś takim poprostu sobie pójść. Nawet by odpełznąć. Pieprzeni ruscy. Chyba faktycznie bawią się z moją głową!”

Agnes Katzeberg

Usłyszała porucznika i postanowiła szybko zbadać sytuację. Okazało się jednak, że to chyba nic poważnego, przynajmniej raz.
Co się dzieje poruczniku? – zapytała rozglądając się uważnie dookoła – Czy panu się coś stało? – pytała dalej, w końcu… przed momentem O’Malley był całkiem spokojny i opanowany, czyżby tutejsza atmosfera tak wpływała na wszystkich pokolei?
Nie znalazł pan żadnych sani… – było to bardziej stwierdzenie niż pytanie wypowiedziane bardzo ponurym tonem.

Daniel O’Malley

-Wygląda na to, że nie będą nam już potrzebne sanie. Reszta drużyny melduje, że Radzyminsky nie żyje. -Powiedział porucznik wspinając się po schodach któryś raz z rzędu.

-Siedzimy tutaj i czekamy na naszych. Nie wiem w jaki sposób się to zdarzyło, więc nawet nie próbujcie się mnie pytać…Szlag!– O’Malley kopnął w jedną z szafek stojących przy wejściu. To przynajmniej troche wyładowało jego złość.

Agnes Katzeberg

Jednak – powiedziała Agnes słysząc o śmierci Radzyminsky’ego. Sama wyglądała na mało przejętą. Doskonale natomiast zdawała sobie sprawę z tego co czeka O’Malleya po powrocie z tej misji. Wywiady, sprawozdania, rozprawy w sądach jak do tego wszystkiego doszło… Jeżeli mu coś udowodnią może nawet siedzieć za zabicie tego świra. Właściwie to mogą posadzić ich wszystkich, w końcu jeżeli odkryją, że mogli jednak coś zrobić by Radzyminsky żył? Tak zawsze się dzieje…
Katzeberg wróciła na swoje miejsce przy ścianie. W ciszy czekała na powrót żołnierzy.

Travis Christie

Travis nieobecny duchem wlecze się za kompanami. Przez myśli tłukące mu się w głowie niemoże się skupić. Cholera, Radzyminski nieżyje. To niemożliwe, wszystko miało iść tak gładko, a tu takie buty. Mamy ofiarę, całkowicie bezsensowną ofiarę. Nielubiłem Radzyminskiego, ale to nie ma nic do rzeczy. Niemuszę go lubić, by mieć jakiś szacunek. Teraz jego ciało zgnije na tym pustkowiu pozostawione. Szlag. Nie, nie, nie. Niemoże tak być. W końcu jestem żołnierzem.
Poczekajcie chwilę, co my kurwa wogóle robimy? Chcecie zostawić ciało towarzysza? Ja na to nieidę! – mówił coraz głośniej. Wraz ze słowami uchodziła z niego furia, która go ogarnęła. – Do cholery co się dzieje? Jego stan to nasza zasługa, to my go nie ochroniliśmy! On w końcu kurwa był tylko medykiem! Powinniśmy byli go pilnować, ale daliśmy wszyscy dupy! Nikt się nie poczuwa? Chcielibyście, by wasze ciało inni zostawili psom na pożarcie? – ten wybuch stracił na mocy, energia się wyczerpała.
Wziął parę głębokich wdechów i nieczekając na reakcje pozostałych opiera się plecami o ścianę i wyjmuje krótkofalówkę.
Sir, tu Travis…Proszę o pozwolenie zabrania ze sobą ciała Radzyminskiego! Trup, nie trup, jednak to swój…niemożemy go tak zostawić…Odbiór.
Niech to wszystko szlag trafi. A jak odmówi? Rozkaz jest rozkaz, ale nie wiem, czy będę potrafił akurat ten respektować. Ehh…do diaska. Jeśli będzie trzeba pójdę po ciało sam, ale nie sprzeciwię się wobec bezpośredniego rozkazu. Mam nadzieję, że dowódca wykaże się honorem , a nie rozsądkiem.

Daniel O’Malley

Porucznik słuchał wiadomości oparty o ścianę. Jego wzrok błądził gdzieś po zaśnierzonym oknie wieży łączności, wpatrując się gdieś w dal, jakby cokolwiek mógł dojrzeć przez białą warstwę szronu. W pewnym momencie chciał aż wstać i samemu pobiec do reszty ludzi z drużyny, jednak to było bez sensu. Z punktu w którym byli, najłatwiej było się dostać do kolejnej stacji, a pozatym nie mógł przecież prowadzić każdego za rękę. Po chwili, O’Malley podniósł krótkofalówkę i powiedział do niej.

-Nikogo nie zostawiamy za sobą. Nie uczono was tego żołnierzu?

 

Travis Christie

Przez parę sekund Travis dał wytchnienie umysłowi, cieszył się, że w końcu dzieje się coś po jego myśli.
Zrozumiano…bez odbioru! – spojrzał na twarze kompanów zastanawiając się jak zareagują na rozkaz.
Za wszelką cenę niemożna dopuścić do rozłamu w drużynie. Może jednak dotrze do nich, że mięli zamiar postąpić niewłaściwie. Na to skrycie liczył.
Słyszeliście, rozkaz jest jasny. Bierzemy ciało i dołączamy do reszty oddziału – wskazuje lezące nieopodal ciało Radzyminskiego. – proponuję znaleźć jakąś linę i przywiązać któremuś z nas zwłoki do pleców, łatwo nie będzie, ale może damy radę. Możemy także nosić parą. Co wy na to?
Czeka chwilę na odpowiedź, po czym bez względu na jej treść powoli idzie w kierunku ciała.

Agnes Katzeberg

Wsłuchała się w komunikat nadany przez krótkofalówkę i pomału zaczęła analizować sytuację. Zdjęła rękawiczki i pomasowała sobie różowe odmarznięte dłonie czekając aż porucznik odpowie pozostałej części żołnierzy będących w gruncie rzeczy całkiem niedaleko ich pozycji.
Poruczniku… – przerwała zastanawiając się. Powoli wstała i zaczęła dalej – …czy to oznacza, że będziemy nieśli ze sobą martwego Radzyminsky’ego? Nie chciałabym niczego kwestionować, ale obawiam się, że to… nienajrozsądniejszy pomysł. Będzie nas jedynie spowalniał, a wciąż nie mamy żadnego pojazdu – ugryzła się w język i spojrzała w oczy O’Malley’a. Była w załodze jedynie mechanikiem i to w dodatku napewno nie najlepszym, a mimo to próbowała podsuwać pomysły dowódcy, co tu dużo mówić… próbowała kwestionować jego rozkazy.
Przepraszam… – wpatrzyła się w ścianę obok. Chciała już być gdzie indziej, tymczasem nic nie wskazywało na to, aby było choć trochę szybciej dostać się w wymarzone miejsce. Ciągle nie rozumiała jak stan Radzyminsky’ego mógł się tak pogorszyć, właściwie nikt z nich nawet nie wiedział co mu dokładnie było, a teraz chcą zabierać truposza z nieznaną chorobą na dalszą eskapadę… Honor i duma żołnierza swoją drogą, a bezpieczeństwo? Powinno być najważniejsze. Agnes rozmyślając nad tym potarła trochę chłodne policzki, aby je rozgrzać; wciąż było jej zimno.

Daniel O’Malley

O’Malley popatrzył się na Agnes tępo, po czym po pociągnięciu z piersiówki porządnego łyka burbonu, odezwał się do niej spokojnie. Chociaż na twarzy wykwitł mu uśmiech, jego oczy wskazywały na zupełnie odmienny stan świadomości, niż radość, czy dobry humor.

-Bardzo dziękuję Katzeberg za to światłe i błyskotliwe nakreślenie naszej sytuacji taktycznej i uwidocznienie mi mi pewnej nieścisłości w rozumowaniu dotyczącym transportu naszego ZMARŁEGO TRAGICZNIE W NIEJASNYCH, SZLAG BY TO TRAFIŁ, OKOLICZNOŚCIACH towarzysza. A teraz, jeśli nie masz jeszcze innych wskazówek natury logistycznej to MOŻE BYŚ TAK…

O’Malley zamknął się w samą porę. Wszystko wokół trafiało do niego chyba zbyt intensywnie. Sam zaczynał zachowywać się jak podrzędny zupak w akademii. Trzeba było się uspokoić.

-Wybacz Katzeberg. Niech przyniosą tu to ciało. Później zastanowimy się, czy wziąść je ze sobą teraz, czy poczekać na posiłki i wtedy się nim zająć. Nie zostawimy napewno amerykańskiego obywatela na pastwę tych komuchów, co siedzą w tej stacji. Chyba zgodzisz się w tym ze mną?

 

Agnes Katzeberg

Obserwowała w milczeniu mimikę twarzy O’Malleya.
Ma Pan rację… – odpowiedziała raczej odruchowo niż prawdziwie z głębi siebie. Nerwowa atmosfera dawała się odczuć w każdym, wszyscy dostawali w głowę… Pytanie tylko kiedy to się skończy. Sama Katzeberg po małym szaleństwie, którego się dopuściła czuła wyłącznie upust wszystkich emocji. Zdawało się, że małe odłączenie się od rzeczywistości dobrze robiło na dalszy spokój ducha.
Poruczniku, wiem, że wszyscy mamy dość tego cholernego miejsca, ale jeżeli Radzyminsky złapał coś zaraźliwego to wszyscy znajdziemy się w diabli wiedzą jakich okolicznościach… Nic więcej nie mam do powiedzenia prócz uświadomienia nas w niebezpieczeństwie choroby – powiedziała powoli i wycofała się w tył sali opierając plecy o ścianę. Rozumiała O’Malleya, to duża odpowiedzialność stać na czele kilku żołnierzy zostawionych na własne ryzyko w totalnym odludziu, lecz jeżeli on postrada zmysły to będzie ich całkowity koniec. Teraz Agnes było i tak obojętne, czy Radzyminsky ich wszystkich pozaraża zależało jej jedynie na dostaniu się do stacji Norwegów, jeżeli po drodze umrze… nie będzie narzekać. Dość się naoglądała, kiedy wrócą do kraju będzie tylko gorzej.

Randolph Clare

-Travis – spojrzał na niego i sie odezwał –nie mam zamiaru wracać po żadne zwłoki , już dośyć naoglądałem sie okropieństw i chuj wie czego wyłażącego z ciała. Jedynym wyjściem jest według mnie jak mam ci pomóc to wpakowanie dwóch magazynków z mojej maszynki w to ciało i potem możemy je zawinąc w worek i wziąść.Nie chcę ryzykowqać że nagle coć z niego wyjdzie i mnie ugryzie w dupe.

Travis Christie

Dobra passa musiała się kiedyś skończyć. Cóż, w sumie niczego lepszego realnie nie mogłem się spodziewać. Mówi spokojnym głosem:
Clare, mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z konsekwencji. Bezpośrednia odmowa wykonania rozkazu w obliczu wroga – robi efektowną przerwę. – Jak dla mnie jesteś martwy nieważne, czy uda nam się wyjść z tego cało, czy nie – znowu chwilę czeka. – Tak Clare, wyjdzie wielki ochydny potwór i odgryzie ci dupę. Myślałem, że jesteś ulepiony z lepszej gliny – wzdycha.
Może to podziała. Jeśli nie, jest źle. Cholera wie co jeszcze może tym ludziom do głowy strzelić. Chyba muszę na nich bardziej uważać. Odwraca się z uśmiechem na twarzy i podchodzi do Radzyminskiego. Staje zastanawiając się jak najlepiej będzie przenieść ciało.

Jesus Mendoza

Mendoza powoli odwrócił się w stronę towarzyszy. Jego zwężone źrenice zatrzymały się na Christiem.
– Zgadzam się z Clare. Jak chcesz dźwigać tego pieprzonego trupa, to zrób to sam.
Mendoza przez chwilę mierzył wzrokiem Christie, po czym sięgnął po radiotelefon.
– Poruczniku, tu Mendoza … ciało Radzyminskiego może stwarzać zagrożenie natury … eee … biologiczno-medycznej. Chyba nie powinniśmy go ruszać bez odpowiedniego wyposażenia. Odbiór.
Mendoza trzymał radiotelefon czekając na odpowiedź, cały czas patrząc prosto w oczy Travisa.

Travis Christie

Kwestionowanie rozkazów, to nie jest coś, co spodoba się dowódcy. Cholerni amatorzy. Zresztą co mnie to obchodzi. Ja już podjąłem decyzję. Travis podchodzi do Radzyminskiego i podnosi go chwytem strażackim.
Osłaniajcie mnie jakbym musiał się go szybko pozbyć. Tylko o tylę proszę. Idziemy.
Powolnym krokiem rusza dalej.

Travis przerwał nerwową sytuację i ruszył, by pochwycić Radzymińskiego kładąc kres dyskusji. Przynajmniej na to wyglądało w ciszy, w której zarzucił cielsko na barki. Jack smacznie parsknął co oznaczało, że żyje. Wprawiło to w niemały szok Travisa i Jesusa. Clare chwilę temu zbadał puls twierdząc o śmierci medyka.

Daniel O’Malley

-„Zagrożenie natury ‚eee’ biologiczno-medycznej”? Mendoza co ty mówisz? Radzyminsky nałykał się uranu, zanim umarł?! Słuchajcie mnie, według protokołu jego ciało należy ewakuować wraz z opuszczeniem terenu misji. Musimy jak najszybciej się z tąd wynosić, więc nie chcę go zostawiać. Jednak jeśli faktycznie stanowi to problem mogący stanowić zagrożenie dla osób postronnych, należy poczekać z ewakuacją ciała do momentu przybycia odpowiedniej ekipy. Ale Mendoza…jeśli poprostu boisz się pobrudzić sobie rąk i chcesz zostawić ciało swojego towarzysza na tym pustkowiu bo za nim nie przepadałeś, to niech Bóg cię ma w opiece. Tak czy inaczej powinniście być tutaj za pięć minut. Jeśli nie, to chyba sam do was przyjdę.

„Sprzeczne rozkazy O’Malley. Pięknie, sam byś takiemu dał po pysku.”
– Porucznik pomyślał smutno i pociągnął kolejnego łyka z manierki.

Travis Christie

Zaskoczony Travis podczas składania się do chwytu zrzuca Radzyminskiego.
Co do…??? – wrzasnął. – Trupy ożywają? Cholera! – Odbiega pod ścianę biorąc w ręce karabin i celując w Radzyminskiego.
To jest niemożliwe! Do diabła co się dzieje! Zaraz spokojnie…Clare…on sprawdzał puls. Travis przesuwa lufę karabinu w kierunku Clare’a.
Ktoś tutaj będzie się kurwa zaraz tłumaczył! – w drugą rękę bierze krótkofalówkę. – Sir, mamy problem. Radzyminski żyje. O szczegóły proszę pytać Clare’a.

Daniel O’Malley

Porucznik zdębiały słuchał krótkofalówki.

-CO?? Pieprzyć was wszystkich, idę tam. I módlcie żebym nie poczuł cholernej trawki, kiedy tam wejdę.

O’Malley kopnął stojącą mu na drodzę szafkę i chwytając mocniej broń ruszył w dół schodów.

-Cholerne ćpuny!

 

Sytuacja wrzała, aż stała się gorąca nawet jak na południowe koło podbiegunowe.

Daniel w nieukrywanym amoku wystrzelił po krętych i śliskich schodach trzymając się poręczy. Zamieć działała mu z pomocą przez co szybko trafił do otwartej śluzy, przez którą wgramolił się na drugie piętro. Czuł jak broń pulsuje mu za pazuchą.

Gdy dotarł do wewnętrznych schodów skrzypiały i uginały się pod jego pospiesznymi krokami i słyszeć je było w całej stacji. Echem odbiły się aż na parter i wszyscy spodziewali się porządnego opierdolu od porucznika.

Daniel O’Malley

Porucznik biegł przed siebie cały czas klnąc pod nosem. Droga minęła mu szybko, tym bardziej, że w głowie buzowało mu autentycna złość. Sytuacja na stacji była ciężka, a ludzie wokół niego zachowywali się jak w cyrku. Albo stroili jakieś dziwaczne fochy, albo celowali do niego z odbezpieczonej broni. Co gorsza, on sam poddawał się atmosferze paranoi. O’Malley czuł to pod skórą. Coś nieokreślonego, jakaś furia wzbierała się z tyłu jego głowy, pragnąc eksplodować. Sytuacja już dano wymknęła mu się spod kontroli, ale dopiero teraz zaczynał zdawać sobie z tego sprawę. Jak mógł do tego dopuścić? Prawie widział przed sobą twarze tych, którzy po powrocie do domu będą go oskarżać o wszystko, co złego stało się podczas misji. Jego wyobraźnia podsuwała mu pod palce zimny blat ławy oskarżonych na jego własnym procesie na sądzie polowym.

Oczywiście to wszystko było przesadą. Porucznik Daniel O’Malley stanął naprzeciw nowemu rodzajowi broni. Bardzo wyrafinowanej komunistycznej broni mającej na celu wprowadzenie zamętu w szeregach żołnierzy armii amerykańskiej. Ale przecież zdołał zwalczyć jej wpływ. Zdołał rozpracować jej sposób działania i odnalazł rosyjskich szpiegów, których zadaniem było jej dystrybucja na terenie arktycznej bazy…

O’Malley wpadł do pomieszczenia, w którym przebywał oddział trzech żołnierzy. Natychmiast podniósł celownik pistoletu maszynowego do twarzy i wymierzył go w Travisa

-Ooo mamy tutaj małe przyjęcie tak? Dlaczego nie jestem zaskoczony widząc któregoś z was z bronią wycelowaną w twarz innego. Christie, na mózg ci padło? Co, planowałeś kropnąć swoich kumpli i zameldować, że dołączyli do Radzyminskiego?

Agnes Katzeberg

Przysłuchiwała się rozmowie z trochę nachmurzoną miną. Kiedy usłyszała o zagrożeniu natury biologiczno-medycznej przyszło jej na myśl jedynie: „A nie mówiłam?”, lecz nie w jej stylu było wypominać każdemu na drodze ich własne przekonania, tym bardziej, że sytuacja stała się jeszcze dziwniejsza…
*Radzyminsky żyje?* pomyślała zrywając wzrok w kierunku O’Malleya, ten po niedługiej chwili wybiegł z pomieszczenia w stronę żołnierzy pozostawiając ją i Lanę same sobie.
Chyba powinnaś na to zerknąć… – stwierdziła Agnes patrząc na Smith – Idziemy? – zapytała robiąc kilka niepewnych kroków w stronę wyjścia.

Travis Christie

No to mamy ładny kurwa bajzel. Już widzę co najmniej dwa chodzące trupy. Trzeba coś wymyśleć, by nie znaleźć się wśród nich.
Sir, oczywiście, że nie. Przed chwilą stwierdziłem, że wbrew opinii Clare’a Radzyminski żyje – nie opuszczając broni. – Jak dla mnie chciał nas wszystkich zrobić w huja, sir. Niewiem co o tym myśleć, dlatego go pilnuję. Mendoza wszystko może potwierdzić.
Proszę, uwierz mi, uwierz mi, to może nie pozabijamy się przynajmniej na wzajem.
Travis wzdycha i bierze głęboki wdech.
Sir, to chyba nie jest dobry pomysł by tutaj stać w wycelowaną w siebie bronią, gdy nadal jesteśmy w rozsypce.
Cholera, co tu można jeszcze powiedzieć. Dobra, niech będzie.
Czekam na rozkazy!

Clare wykorzystał lekką nieuwagę Travisa, na którego twarzy pojawiła się złość i niedowierzenie. Jedna z najgorszych sytuacji w oddziale. Wzajemna nieufność. Clare wykonał szybki i nieco niezgrabny zwrot na prawo od siebie. Z całym ryntunkiem obiejał się od podłogi, jednak sztywnie i z siłą stanął na nogach nie tracąc równowagi chwycił za broń. Opłaciły się miesiące ćwiczeń. Lufa wymierzona była w Christiego.

Randolph Clare

Panie poruczniku cos mu sie we łbie pojebało , jak taki zaczyna kierowac broń w kolegę to jak skończy. Zwraca sie podniesionym głosem do dowódcy
– A patrząc na Travisa dodaje – a pilnowac to możesz sobie własnej dupy.
Zwracając się znowu do porucznika dodaje. Przecież wiemy że nie jest to normalna misja , dzieją się tu rzeczy anormalne , sprawdzając tętno Radzymińskiego nie wyczułem go i byłem pewien że nie zyje, więc tak powiedziałem , a zreszta jestem tylko żołnierzem więc mogłem sie mylić .a na pewno nie jest to powód żeby kierować broń w kierunku kolegi .
Mówiąc to splunał w kierunku Travisa

Daniel O’Malley

-Coś sie tutaj ‚komuś’ na pewno pojebało. Ale rozgryzanie tego ołowiem nie jest najbardziej bystre. Teraz na przykład odłożymy wszyscy broń i będziemy już grzeczni ok?

Porucznik oczywiście nie zrobił tego jako pierwszy. Nadal lustrował Travisa pistoletem maszynowym. Nie mógł i nie chciał strzelić. Nie był pewien całej sytuacji. Należało wszystko powolutku wyjaśnić. Poza tym, ten kto pierwszy strzeli napewno był rosyjskim szpiegiem…Trzeba było jedynie poczekać na jego ruch.

Travis Christie

Nareszcie ktoś rozsądny. Z ulgą Travis szybkim ruchem wyjmuje magazynek z broni i chowa go za pas. Karabin zaś puszcza, by swobodnie zwisał na pasku i podnosi ręce do góry uspokajająco. Byle tylko dowódca utrzymał to wszystko w ryzach. Jeden nerwowy ruch i posypą się kule.
Ja jestem czysty. Proszę na niego uważać, sir. Niewiadomo do czego jest zdolny skoro w takiej sprawie nas okłamał.
Oddycha głęboko, by uspokoić się. Po chwili dodaje:
Mendoza, powiedz coś. Ty jesteś bezstronny, albo pogadamy jak będziemy w komplecie, coś czuję, że działania w grupach nie są zbyt skuteczne. Zresztą mięliśmy świetny przykład – wzdycha głęboko i wodzi wzrokiem po towaryszach.

Jesus Mendoza

Mendoza przez cały czas wymiany zdań stał nieco z tyłu po lewej stronie porucznika. Jego palec spoczywał na spuście broni, ale lufę wciąż miał opuszczoną. Wnikliwym wzrokiem wpatrywał się w Christie.
– A co mam kurwa powiedzieć? Najpierw Radzyminskiemu kompletnie odbiło. Potem zasnął i wylazło z niego to gówno. A później to już wcale się nie ruszał i Clare stwierdził zgon. A ty uparłeś się zabrać ciało, choć Bóg jeden wie, czy nie siedzi w nim więcej tego świństwa. A potem zacząłeś wymachiwać bronią. I to dlaczego? Bo wydaje Ci się, że Radzyminski żyje. A skąd wiesz, że żyje? Bo jęknął? A może się rozkłada, albo to coś w nim jęczy? I z tego powodu jesteś gotów zabić kumpla? To chciałeś usłyszeć?
W miarę mówienia głos Mendozy stawał się coraz bardziej donośniejszy, zaś ostatnie słowa były prawie wykrzyczane. Mendoza zaczerpnął kilka szybkich oddechów by trochę się uspokoić.

Daniel O’Malley

Porucznik odjął pistolet maszynowy od twarzy, jednak nadal trzymał go w prawej ręce. Po pierwsze musiał sam na własne oczy przekonać się co się działo z Radzyminskim. Powoli podszedł do miejsca, gdzie leżał jego żołnierz i krzywiąc się nachylił się nad nim. Radzyminski nie wyglądał zbyt różowo. Jego stan bardzo przypominał tamtego człowieka…

-Chcecie usłyszeć bajkę o duchach? Może nie mamy ogniska i kiełbasek, ale atmosfera się nada. Tamten człowiek z wieży radiowej. Próbował nam o czymś powiedzieć, zanim rozpękł się od środka. Cholera, wyglądał dokładnie tak jak nasz kolega tutaj. W każdym razie widziałem…wydawało mi się, że widziałem jak coś z niego wyskakuje. Nie wiem co to było. Troche mnie poniosło i wykopałem umarlaka na śnieg. Ale gdy potem wróciłem, by zobaczyć co z nim…jego już tam nie było. Kurwa, martwi ludzie nie chodzą na spacerki.

O’Malley nachylił się mocniej nad ciałem i po zdjęciu zębami rękawiczki z lewej dłoni, zaczął sprawdzać puls.

W Radzyminskim coś pulsowało. Pulsowało i czuł to tylko Daniel, aż drżenie było słyszane w całym pokoju. Mimowolnie i odruchowo skierowaliście lufy w Radzyminskiego. Nie poruszał się lecz drgał. Jakby niewidzialna ręka posuwała jego ciałem. Z ust wysunęła się spora warstwa śliny, która ciekła po policzku kapiąc na podłogę.
Porucznik z lekkim obrzydzeniem odruchowo odskoczył od Jacka.

Travis Christie

No dobra, koniec tego dobrego. Kamera, światła, akcja! Natychmiast odskakuje pod ścianę spowrotem ładując broń. To się nie dzieje naprawdę, a nawet jeśli, to zagrzejmy trochę ołowiu! Celuje z broni w Radzyminskiego.
Clare, miałeś rację! Proponuję natychmiastowy odwrót! – wrzeszczy – Poruczniku! Rozkazy!
Ile jeszcze będziemy tak stali. Niewiem co się dzieje z Radzyminskim, ale nagle straciłem ochotę, na dowiadywanie się. Zabierajmy się stąd! Już!

Jesus Mendoza

Mendoza postąpił krok do przodu, a następnie przyklęknął na prawe kolano, jednocześnie unosząc broń do policzka. Znad lufy uważnie obserwował co się dzieje z Radzyminskim oraz w jego pobliżu.
– Przed chwilą chciałeś nas zastrzelić aby ratować ciało Radzyminskiego, a teraz pierwszy się rwiesz aby w niego wygarnąć. Coś szybko zmieniasz obozy, przyjacielu.
Mimo lekko rzuconego żartu, na twarzy Mendozy trudno byłoby wypatrzyć coś na kształt uśmiechu. Bo i rzeczywiście w tej chwili nie było mu do śmiechu.

Daniel O’Malley

Bez niepotrzebnych słów, czy rozważań. O’Malley wycelował broń w Radzyminskiego i ryknął do reszty.

-Nie strzelać! Czekać na rozkaz!

Truposz na razie tylko podrygiwał. Jednak w razie jakiejkolwiek oznaki zagrożenia dla ludzi wokół, miał być zaraz naszpikowany ołowiem.

W pewnym momencie usłyszeliście dźwięk tłuczonego jajka przyprawiający o obrzydzenie oraz plusk. Spod zamkniętych powiek Radzyminskiego poczęła sączyć się trew i stróżkami sunąć na skraj twarzy, by kropić na podłogę.
Od tego oderwała wasze spojrzenie poruszają się nogawka byłego medyka. Jeden punkt w niej urósł aż począł się poruszać w stronę wyjścia jakim były stopy.
Skórzane buty medyka również nasiąkły krwią…

Daniel O’Malley

Porucznik nie poruszył się nawet o centymetr, jedynie patrzył się z rozdziawioną szczęką, na to co działo się przed nim. W dalszym ciągu nie mógł w to uwierzyć. To było tak, jakby Radzyminski żył jakimś dziwacznym, niezbyt Radzyminskim życiem. Jakby coś przybrało jego skórę…oczywiście! Tak jak u tamtego gościa! To była ta cholerna ruska broń!

-Co do kur…Chrzanić to, rozwalić skurwysyna!

O’Malley zrobił wreszcie to, na co podświadomie czekał już od dłuższego czasu. Wreszcie jego palec wskazujący przestał świerzbić i zacisnął się na spuście. W tak samo radosnym tonie jak jej właściciel, broń wypluła z siebie serię pocisków.

Lana Smith

Wieści o domniemanym zmartwychwstaniu Radzymińskiego nie były dobre. Pierwsze, co przyszło na myśl Lanie to konający człowiek, którego zastali tutaj i to COŚ, co z niego wyszło.
To naprawdę nie jest dobry pomysł – powiedziała z naciskiem do Agnes – Zostańmy tu, do powrotu reszty, lub poczekajmy na wieści od nich i wtedy postanowimy czy idziemy. Możliwe, że to, co uznali za oznaki życia wcale nimi nie są.

Randolph Clare

Duzo słów cisneło mu się na usta ale zadne nie było cenzurowane. Pokazanie że jednak miał racje i dobrze postapił nie było teraz najwazniejsze, będzie miał na to jeszcze czas
na skopanie dupy Travisowi tez znajdzie czas i zrobi to z wielkim uniesieniem, ale teraz należało strzelać , strzelać,strzelać,strzelać i właśnie to zrobił wysyłając w strone Radzymińskiego krótkie 3-4 pociskowe serie.w kierunku tego czegoś co poruszało się w nim i o dziwo strzelanie do Radzymińskiego powodowało mu przyjemnośc i gdzies głęboko ukrytą satysfakcję.

Jesus Mendoza

W innych okolicznościach nigdy by tego nie zrobił. W innych okolicznościach nigdy by nie strzelił do towarzysza. Ale okoliczności były takie, a nie inne. Mendoza czuł jak wszystkie jego uczucia – strach, gniew, zdezorientowanie, głód i tysiące innych, których nawet nie potrafił nazwać – wszystkie zbierają się w końcówce palca opartej na spuście. I czuł, że przez to delikatne naciśnięcie, może się tego wszystkiego pozbyć. W tej chwili nie było siły, która by go przed tym powstrzymała. Z uczuciem ulgi Mendoza odczuł, jak karabin „tańczy” mu w dłoni. Jednocześnie uświadomił sobie, że słyszy donośny krzyk, właściwie nawet ryk, i że to on tak krzyczy. I z każdą chwilą ryku, i z każdym pociskiem opuszczającym lufę karabinu, krok po kroku jest coraz bardziej rozluźniony. Przez tą chwilę nie miało znaczenia to, że znajduje się w sercu lodowej pustyni. Do rzeczywistości przywrócił go dopiero odgłos iglicy trafiającej w próżnię. Mendoza przez chwilę ze zdziwieniem przyglądał się swojemu karabinowi, po czym wytrenowanym ruchem zmienił magazynek.

„Beznamiętne, twarze twarze ze spokojem patrzące na śmierć towarzysza.”

Seria pocisków gwizdała w powietrzu, z czego większość z nich nietrafiając z gwizdem odbijała się od kafelków zostawiając na nich trwały ślad wgniecienia i popiołu. Radzyminsky został rozstrzelany, a na jego grubym korzuchu wypalona została seria nierównomiernie rozmieszczonych dziur. Z ust wypłynęła mu kolejna porcja świeżutkiej krwi zmieszanej z niemal bulgocącą śliną połyskującą w świetle neonówek. Cokolwiek znajdowało się w nodze Jacka, zamilkło. W powietrzu unosił się smród spalin oraz…

rozkładu.

Po krótkim pruciu nastała cisza. Nikt nie śmiał nikomu spojrzeć w twarz na świadectwo popełnionego tutaj czynu.

Travis Christie

Jako jedyny nie wystrzelił ani jednego pocisku. Skurwysyn nie jest dokładnym oznaczeniem celu, uśmiechnął się w duchu. Cały czas jednak celował lufą karabinu w Radzyminskiego, po rzezi nadal wpatrywał się w to co z niego zostało.
Biedaczek – westchnął. – Jak pech, to pech, ale może zabierzemy już stąd nasze tyłki? On – wzsazuje resztki Radzyminskiego – chyba nie jest tak fascynującym widokiem, byśmy musieli dłużej tu stać i się wpatrywać – skrzywił się mimowolnie.
Kolejny kluczowy moment. Jeśli ktoś rzuci nieodpowiednie słowo, to może się źle skończyć. Mam nadzieję, że to niebędę ja. Nie chcę skończyć jak ten tutaj.

Daniel O’Malley

Odblokowany, pusty magazynek z brzdękiem upadł na podłogę, podczas gdy pistolet maszynowy wypuścił cienką strużkę dymu ze swojej lufy. Porucznik niespiesznie odpiął kaburę z amunicją i załadował kolejny magazynek. Szczęk kuli ładowanej do komory odbił się echem po pustych korytarzach.

-Panowie, chyba każy z was miał po trochę rację.

O’Malley obrócił się na pięcie i skierował się do wyjścia.

-Czas się stąd wynosić. Czekają na nas w wieży radiowej. Jeśli nikt nie ma jakichś sugestii to idziemy. Mam tylko dwa pytania. Czy ktoś ma papierosa? Chyba stary nałóg znów ściska mnie w bebechach.

Porucznik wyszedł na korytarze. Po chwili z półmroku dało się znów słyszeć jego głos.

-Ach i drugie pytanie…czy Radzyminsky to nie ruskie nazwisko?

Śmiech O’Malleya nikł wraz z jego oddalającymi się krokami.

Jesus Mendoza

Mendoza odwrócił głowę od widoku zmasakrowanego ciała i ruszył za porucznikiem. Nie czuł się winny. Czuł ulgę. To nie był jego towarzysz. On stwarzał zagrożenie dla wszystkich. Poza tym, wypełniał rozkaz porucznika. Mendoza otrząsnął się ze swoich myśli i przyspieszył kroku doganiając porucznika.

Randolph Clare

Zabezpieczył broń i uśmiechnął się. Nigdy go nie lubił od czasu gdy dał mu wpysk. Ale cóz był człowiekiem,chociaż tylko do momentu gdy wpruł mu kilkanaście pocisków w brzuch i głowe.
Nieoglądając się ruszył za porucznikiem

Grupa gruboskórnych szybko i bez nerwów załatwiwszy sprawę, udała się po lodowatych schodach na górę. Gasili za sobą światło, żegnając wprawiające w szpitalny nastrój, białe neonówki. Sala komputerowa, sypialnia i na lewe szkrzydło do drabiny obok zniszczonej gorzelni. Wyjątkowa siła do otworzenia zardzewiałego włazu na górę.
Na dachu pogoda była nadzwyczaj bezpośrednio odczuwalna. Mimo, iż to kilka metrów, musieliście założyć gogle na oczy, gdyż wiatr lecący po przekątnej kąsał was bez litości, a tysiące lodowatych igieł wbijały się w każdy odsłonięty fałd skóry.
Wkrótce dotarli do wieżyczki na pięć metrów. Gdy każdy z was tknął poręcz schodów, był niemal pewien, że już tam się dostaną. Jednakże dla dodania do tej teorii kilku procentów pewności, kurczowo trzymaliście się metalowej rury, która niepewnie drgała w świstach na wietrze.
Porucznik chwycił z klamkę i pociągnął z wysiłkiem otwierając drzwi do środka.

Agnes Katzeberg

Po długim czasie milczenia, rozmyślania i godzenia się ze swoją sytuacją na tym pustkowiu Agnes uświadomiła sobie co musiało zajść z Radzyminskym i nie miała tu na myśli jego zdrowia, raczej to co zrobili mu kompani podróży, którzy teraz mieli nietęgie miny. Nawet nie zamierzała nic mówić, po prostu w ciszy starczyło im się przyjrzeć. Zupełnie jakby ktoś wystawił im szereg złych ocen do dziennika, a teraz wrócili do domu czekać na karę.
Poruczniku – nie wytrzymała w końcu, choć bardzo się starała – Ruszamy w drogę? – nie zapytała o Radzyminsky’ego, jej zdaniem i tak powinien tu zostać. W mniemaniu Katzeberg był chory, zarażał i choć to mało humanitarne… powinien tu zostać czekając na śmierć, tak było lepiej dla nich wszystkich.

Daniel O’Malley

-Tak, ruszamy. Sprawdźcie czy wszystko zabraliśmy i przeładujcie broń. Katzebarg zgarnij z tąd cały sprzęt, który wydaje ci się, że może się przydać, a zmieści się do plecaka i ustal dokładnie w którym kierunku według kompasa musimy iść. Za minutę wszyscy na dole i zabieramy się.

Porucznik skierował się już do wyjścia. Założył na głowę futrzany kaptur, poprawił rękawice i naciągnął gogle na oczy.

-Jakby ktoś gdzieś zauważył jakieś fajki, to rekomendowałbym go do medalu…a może nawet jakiegoś awansu w warunkach polowych.- Powiedział do reszty, czekając.

Agnes Katzeberg

Tak jest – zakomunikowała bez większego entuzjazmu podchodząc do wszystkiego co uznała za potrzebne – Tylko, że będziemy musieli się podzielić… do zabrania jest napewno: ta aparatura radiowa, przydadzą się też mapy, wymienne części, zasilanie do aparatury, ech… kabelki – zaczęła wyjmować wszystko z grobową miną. Po wyłożeniu przysłowiowej „kawy na ławę” okazało się, że jest tego całkiem sporo, ale nie stanowi problemu do zapakowania chociaż częściowo do poszczególnych plecaków.
O… tutaj w szafce są nawet papierosy – Agnes wyjęła paczkę i przyjrzała się jej uważnie – Proszę poruczniku, ja nie palę, może w środku coś jeszcze jest? Kto wie…

 

Daniel O’Malley

-Katzeberg! Dostajesz awans na admirała floty!
– Wykrzyknął O’Malley łapiąc papierosy. Wyciągnął jednego z paczki i odruchowo zaczął macać się po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki. Niestety nie palił już od kilku ładnych lat, więc znalezienie ognia nie było łatwe. Gdyby miał go wcześniej, pewnie użył by go do oświetlenia sobie drogi w ciemniejszych zakamarkach opuszczonej bazy. Ale jak wie każdy palacz, nawet taki, który dopiero co odkrył na nowo swój dawny nałóg, paląca potrzeba pokona wszystkie przeciwności. O’Malley znalazł w końcu zapałkę na dnie jednej z kieszeni i odpalił ją o szafkę obok niego. Z chwilą w której papieros rozżarzył się, błogi uśmiech wykwitł na twarzy porucznika.

-Dobra szybko szybko. Pakujemy radio i tak dalej. Chyba wszyscy chcemy się szybko z tąd wynieść.
-Daniel zaczął ładować z prędkością światła rzeczy podawane przez Agnes.

Lana Smith

Wpatrywanie się w ścianę i siedzenie na krześle było bardzo pasjonującym i co ważne uspakajającym zajeciem, aż do przybycia reszty drużyny. Brak Radzymińskiego mógł oznaczać, że albo umarł albo… Nie chciała teraz o tym myśleć. Nie teraz, stojąc przed wizją wyjścia powrotu na ten mróz. Wstała i z nerwów zaczęła przerzucać przedmioty i pakować te, które osobiście uznała za potrzebne
Jak znajdziecie jakąś apteczkę czy coś to możecie mi ją dać – powiedziała do reszty

Agnes Katzeberg

Przyjrzała się uważnie Lanie po czym powróciła do podawania najróżniejszych rzeczy w celu ich spakowania do plecaków grupy.
Nie wiem czy znajdziemy w wieży radiowej apteczkę… były słowiańskie papierosy to może i ona się znajdzie? – powiedziała nie patrząc na nikogo i do reszty wcielając się w dobrą wróżkę, która gorączkowo zaczęła przeszukiwać inne szafki i szafeczki by znaleźć apteczkę. Nie pomyślała o tym, ale była im naprawdę potrzebna… Agnes czuła w kościach, że Radzyminsky to dopiero początek, poza tym, w leczeniu, bardzo nieudany. Zwłoki na stacji po prostu zaczynały wysypywać się jak z rękawa, Katzeberg zaczynała odczuwać przyzwyczajenie.
Przecież tak czy siak, kiedyś człowiekowi musi odbić do reszty.

Travis Christie

Z twarzą pokerzysty chodzi za dowódcą cały czas oglądając się na wszystkie kąty i uważnie lustrując najmniejsze zacienione miejsca. Śmierć uderza z zaskoczenia. Cały czas przez głowę przelatują mu jednak mącące myśli na temat co się stało z Radzyminskim. Czy postąpili właściwie? Czy powinien zatrzymać rzeź? Może było inne wyjście? Czy on naprawdę nie żył? Może to kolejna iluzja, którą to miejsce chce oszukać nasze zmysły? Cholera…co ja pieprzę. Radzyminski jest historią i trzeba myśleć bardziej o swoim tyłku.
Ekwipunek, ekwipunek. Co może się jeszcze przydać. Ani chybi, tylko cud. O ile nie znajdziemy w tym bajzlu jakiejś porządne pół calówki, to chyba mam wszystko co potrzeba do szczęścia.
Nadal pomimo względnego bezpieczeństwa chodzi z bronią gotową do strzału, cały spięty, starając się przynajmniej być chroniony od jednej strony ścianą.

Pomimo rozterek, jest żołnierzem, jest w swoim żywiole.

Daniel O’Malley

Szybka zegarka na ręku zaparowała już dawno i nie dało się nic z niego odczytać. Nie ważne, im szybciej mieli się wynosić z tej stacji, tym lepiej.

-Dobra jest wszyscy. Bierzemy to co mamy w rękach i na plecach i idziemy. Czego nie znaleźliśmy, nie żałujemy. -Odezwał się porucznik głośno. Zapalił jeszcze jednego papierocha i nasunął na głowę kaptur futrzanej kurtki.

-Christie, Mendoza, Idziecie na przedzie. Palce na stali i oczy przy celownikach. Katzeberg, Smith, wy na tyle.

O’Malley przepuścił żołnierzy przed siebie i ustawił się po środku grupy. Gestem lufy MP-5 wskazał grupie by zaczęła iść do przodu, w kierunku drzwi na zewnątrz.

Jesus Mendoza

Mendoza szybkim ruchem zgarnął do swojego plecaka część przedmiotów przygotowanych przez Katzeberg. Były to jakieś kable, części, nie miał pojęcia do czego to służyło, ale skoro miało im pomóc, to nie miał nic przeciwko dźwiganiu tego. Następnie sprawdził magazynek w swoim karabinie, poprawił plecak i wysunął się na czoło kolumny.
– Mendoza gotów. – zameldował.
Bycie na pierwszej linii miało jedną niezaprzeczalną zaletę. Ktoś krył twoje plecy. A w sytuacji, w której się znaleźli, bezpieczne plecy to chyba największy luksus.

I TUTAJ SESJA SIĘ KOŃCZY> NIC WIĘCEJ NIE NAPISALI… THE END

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: