World Hydepark

O wszystkim i o niczym… Wolna Amerykanka

Sesja „The Thing” vol.2

Posted by mrcollector w dniu Styczeń 7, 2007

por. Daniel OMalley
Clare, ubezpieczaj-powiedziałem lekko poddenerwowanym głosem i ruszyłem do przodu z wyiciągniętą bronią, aby sprawdzić dokłądnie pudła.

Po przetrzepaniu pudeł na samym dole poczułeś, że są ciężkie i coś w nich jest. Jest tych rzeczy więcej i padają od ścianki do ścianki z głuchym dźwiękiem. Pudła nie można otworzyć tradycyjnym sposobem.

Agnes Katzeberg

Agnes już się uspokajała, ale przeraźliwy widok wnętrza tamtego pomieszczenia na wieki wieków zostanie jej w pamięci. – Lano, tam… tam są zwłoki, podejrzewam jednego z naukowców, miał otwarty brzuch, a z jego wnętrza… wystawało, takie… coś! Jak macka ośmiornicy – powiedziała roztrzęsionym głosem – Wszędzie jest krew, a Radzyminsky… został tam – po jego krzyku można było wywnioskować, że albo się bardzo wystraszył i nadal siedzi w pokoju, albo… spotkało go nieszczęście – Nie wiem co z Radzyminskym – powiedziała po namyśle, cały czas trzymając pistolet skierowany w stronę drzwi – Nie mam pojęcia co robić, Radzyminsky! Odezwij się! Może iść po pomoc? – Agnes nie wiedziała co zrobić, nie wiedziała co o tym myśleć… macka?! Co to może być? Kawałek jelita? Kto rozszarpał naukowca? Gdzie jest teraz druga ekipa? Pomału kierowała się w stronę schodów, należało iść po wsparcie, ale nie można zostawić Radzyminskiego w pokoju! – Radzyminsky! – jeszcze raz zawołała Katzeberg nasłuchując uważnie dźwięki z pomieszczenia – Może upadł? Lub… uderzył się i stracił przytomność? – Agnes próbowała domyślić się losu kolegi, spojrzała na Lanę.
Randolph Clare

Słysząc potworny krzyk zwracam się do porucznika- Słyszał Pan?Wycofajmy się i ruszajmy w kierunku krzyku
Nie zważając za bardzo na odpowiedz porucznika delikatnie przemieszczam się w kierunku wyjścia

Daniel O’Malley
Otwieram je sposobem mniej tradycyjnym, ale bardziej skutecznym. Czyli najpierw opróbuję podwazyć wieko nożem, a jak to nie wyjdzie stosuję but..

Pierwsza metoda niezadziałała na pudle pokrytym krwią. Metoda nietradycyjna sprawiła, że drewniane listwy połamały się. Gdy zaglądnąłeś do środka zauważyłeś, że jest tam worek, z którego potężnie cuchnęło rozkładem.

Lana popatrzyła na Agnes –chyba nie doczekamy się pomocy, trzeba zobaczyć co z Radzyminskim, Ty masz latarkę, pójdziesz ze mną?

Agnes Katzeberg

Agnes odruchowo skinęła głową na „nie”. Nie miała zamiaru tam wchodzić, nie po tym co tam zobaczyła… ale Radzyminsky nie odpowiadał, na górze także nie było słychać aby ktoś nadchodził. Czas mijał… Radzyminsky milczał… – Jeżeli pójdziesz pierwsza… – Agnes zaczęła niepewnie, naprawdę nie miała ochoty tam wchodzić bez wsparcia. Wyjęła latarkę i podała Lanie.

Poruczniku zaraz wracam – Chyba potrzebują nas bardziej niż tu
Twoje milczenie wydaj mi sie przyzwoleniem
Ostatnią część zdania krzyczę już biegnąc ile sił w nogach do pomieszczenia w którym czekają dziewczyny.
Jeżeli nic mnie nie powstrzyma to podbiegam do dziewczyn.

Randolph Clare

Wpadam jak wiatr do pomieszczenia z którego dobiegały krzyki. Już sam widok Agnes i Lany stojących w kącie pokoju z twarzami białymi jak płótno nie wróży nic dobrego.
Co się stało, co to był za krzyk wypluwam z siebie głośny i szybki potok słów
Jednocześnie rozglądam się po poomieszczeniu w poszukiwaniu wroga.

Lana z latarką w jednej ręce i pistoletem w drugiej spojrzała z ulgą na Randolpha – coś się stało z Radzyminskim, poza tym Agnes znalazła martwego naukowca a palec który znaleźliśmy został odgryziony przez coś o mordzie wielkości średniej betoniarki– zdawszy tą pośpieszną relację Lana odetchnęł z ulgą że nie są już z Agnes zdane wyłącznie na siebie.

Randolph Clare

Ok dziewczyny , Lana daj latarkę ja bedę świecił , wchodzimy razem ja pierwszy w środku – Lana ty pół metra za mną po lewej stronie a ty – Agnes to samo tylko po prawej stronie.Wchodzicie za mną i zaraz po wejściu obnizacie sylwetka w ten sposób ( pokazuje jak) i każda kryje swoja strona tzn. kieruje broń w kierunku wszystkiego co wam wyda sie podejrzane , Lana ty masz lewą stroną , Agnes ty Prawą a ja środek.
– Broń w rękach odbezpieczona i przeładowana , strzelacie tylko na moje wyraźne polecenie. Czy wszystko zrozumiałe.
-Weźcie gęboki oddech i ruszamy . Patrzę na wystraszone i podekscytowane dziewczyny .
– Teraz

Mówiąc to idę w kierunku wejścia do pomieszczenia . Jeżeli nic się nie dzieje to zatrzymuję się pół metra w głębi pomieszczenia tak aby dziewczyny też już były wewnątrz . Z uwagą lustruję pomieszczenie

Agnes Katzeberg

Agnes na słowo „Teraz” kiwnęła głową, weszła… patrząc na prawą stronę pomieszczenia nie widziała nic szczególnego. Czuć było tylko ten nieprzyjemny odór… Świadomość, że nie widać Radzyminsky’ego, i że gdzieś nieopodal leży rozszarpany naukowiec wywoływała u Agnes trzęsienie się dłoni i strach. Trzymała pistolet sztywno i mocno, chyba nic by jej teraz broni z dłoni nie wyrwało. – Radzyminsky? – spytała patrząc w ciemność – Jesteś tu? – spytała, było cicho…

Lana ostrożnie weszła za Randolphem i rozejrzała się po pomieszczeniu oświetlanym skąpym promieniem latarki po czym słysząc wentylator odezwała się –Agnes słyszysz ten szum? to brzmi jak wentylator czyli zasilanie nadal działa może udałoby się coś pomieszać w kabelkach i podczepić chociaż jedną żarówkę. Niewiem czym jest to coś co obgryza palce ale wolałabym to najpierw zobaczyć niż poczuć.

W niespokojnej sali pełnej mroku pojawił się promień światła, który skierował kwazary pokolei po płytkach usadowionych na ścianach. Międzyczasi słyszeliście jakieś szwędanie na podłodze przed wami, coś jakby skomlenie. Odruchowo skierowaliście tam broń i Clare poświecił latarką, która ukazała ubranego w gruby kożuch Radzyminskiego na ziemi. Trząsł się jakby dostał ataku padaczki. Z ust wylatywały mu bełkoty, a jego twarz wyjątkowo zbladła. Kurczowo trzymał broń w ręce i kierował ją przed siebie jakby zobaczył istotę z najgorszych koszmarów. Jego palec znajduje się na spuście, a ręka drży. Celuje mniej więcej w wasze nogi.
Latarką poświeciłeś w stronę kąta pomieszczenia i tam ujrzeliście ciało naukowca z otwartym brzuchem. Agnes zauważyła, że z brzucha nie wystaje macka, która była tam wcześniej.

Agnes Katzeberg

Na widok zwłok zacisnęła oczy i odwróciła głowę – Potworne… – jęknęła, widok Radzyminsky’ego ją nie zdziwił, bał się… zapewne tych zwłok. *Hmm…* Agnes coś nie pasowało, póki Randolph trzymał światłlo na naukowcu spojrzała jeszcze raz – Moment… z jego brzucha coś wystawało, takie małe, czarne… jak macka – spojrzała na Lanę i Randolpha. *Co tu jest grane?* nie wierzyła własnym oczom.

Randolph Clare

Natychmiast wyłaczam latarkę i mocnym ruchem obydwu ramion odsuwam obie dziewczyny z lini strzału Radzyminskiego.

Radzyminskiego i Clare’a dzieliło zaledwie półtora metra…

Randolph Clare

Przez chwilę przyzwyczajam oczy do ciemności , nastepnie bardzo spokojnym tonem zwracam się do Radzyminskiego.
– Spokojnie to ja Randolph
– nic się nie stało
– juz tu jesteśmy
– już nic ci nie grozi
– odłóż broń

Mówiąc te słowa bardzo pomału zblizam się do niego starając sie delkatnie zboczyć w lewa stronę .
Gdy już zmniejszyłem odległośc o połowe gwałtownie uderzam w jego nadgarstek prawą stopą starając wybić mu broń w kierunku góry.

Radzyminsky patrzył jakby w górę gdzie widział oczyma wyobraźni coś co go przerażało. Oczy wypełnione tylko białkiem przeraziły cie. Wydał z siebie mamrotanie jakby coś chciał powiedzieć, jakby coś mu przeszkadzało. Po twoich słowach nadal wymachuje bronią i tarza się na ziemi po prawym boku. Zachowuje się jak ktoś kto postradał zmysły.

por. Daniel O’Malley
Wiedząc już co znaję w środku rozcinam worek. Następnie badam ciało. Staram się sorawdzić w jaki sposób osoba ta została zabita. Czy to była kula, nóż, a może coś innego. Następnie dokładnie egzaminuję pomieszczenia..

Odór sprawia, że nos schować musisz głęboko w swojej skórzanej kurtce. Zauważasz, że pocięte części ciała znajdujące się w worku pochodziły tylko z dolnej części ciała, a dokładniej na dół od torsu. Bóg wie, co stało się z resztą. Blade, a nawet czarne nogi i zakrwawione ręce wyglądały jakby zrobił to właściciel potężnych zębów, gdyż fałdy skóry były po prostu rozerwane i wisiały tworząc uczucie jakbyś już to kiedyś widział.

Randolph Clare

W zalezności od tego czy udało mi sie wybic z ręki broń czy też nie – jeżeli tak to chwytam go mocno za kożuch i wyciągam z pokoju.

Agnes Katzeberg

Jeżeli tylko Clare i Radzyminsky wychodzą z pomieszczenia Agnes robi to samo. – Wydaje mi się, że z nim jest coś… – spojrzała na panikującego Radzyminsky’ego – Nie tak… – dokończyła ciszej do Randolpha.

Radzyminsky, a raczej to co z niego zostało – cielesna, blada powłoka został pozbawiony broni i wyciągnięty siłą z pomieszczenia. Jednak szarpał się niewiarygodnie szybko i wrzeszczał w niebogłosy jakby go katowaly demony i zadawały niewiarygodny ból. Ból, którego chce się uniknąć nawet za cenę duszy. Z pomocą wbiegła Agnes, dzięki której udało się wyciągnąć obitego w korzuch Radzyminskiego. Puściliście go, jego ślepia patrzyły w sufit, a buczenie serca było potężne. Właściwie niewiedzieliście czy to jego, wasze serca, czy coś innego.

Randolph Clare

Po wciągnięciu Radzyminskiego do pomieszczenia natychmiast zamykam drzwi do pokoju z trupem naukowca.
W trzech krótkich zdaniach informuję Lane że trzeba dać co Radzyminskiemu na uspokojenie ( i to najlepiej końską dawkę )i polożyć go gdzieś tu , aby się przespał a potem zobaczymy co z nim dalej .

-Agnes i co ty na to wszystko, trzeba by znaleść resztę grupy i zastanowić się co robimy dalej – zwróciłem się z zapytaniem do dziewczyny.
Czy myślisz że jest jakaś szansa aby porozumieć się z dowództwem drogą radiową

Mówiąc to wyjmuje porubuje porozumieć się przez stację z porucznikiem
Panie poruczniku – tu Clare – gdzie pan jest – musimy się wszyscy spotkać – w jednym miejscu – ja jestem z Radzymińskim, Katzeberg, i Shmit – proponuje spotkać się za 5 min przy wejściu którym weszliśmy na teren stacji – odbiór ……

Lana spojrzała do apteczki, gdzie poprzepracała w pośpiechu parę rzeczy. Następnie rzuciła niepewnym okiem na Clare’a i wyjęła biały, plastikowy pojemniczek w kształcie buteleczki, w którym musiały być tabletki. – Tego się nie używa na ludziach… – Padły jej jedyne słowa.
Radzyminsky z otwartymi szeroko oczyma tażał się po ziemi nadal wydając dziwne dźwięki.

Randolph Clare

No cóż on teraz też za bardzo nie przypomina człowieka – dałem pokaz mego czarnego humoru
A tak poważnie to chyba go nie zabije skoro zwierzęta to poradzą to on też – zwracam się do Lany
– A teraz musimy podjąć ważniejszą decyzję , co robić – mówię do dziewczyn
łączności z pozostałymi nie ma , według mnie zostaliśmy tu sami – może oprócz porucznika bo gdy go zostawiałem spiesząć wam na pomoc to żył i miał się w najlepsze
– więc zrobimy tak , zostaniecie tu razem z Radzyminskim a ja pójde zobaczyć co z porucznikiem
– ktokolwiek lub cokolwiek tu wejdzie oprócz naszych ludzi z grupy strzelać , co 10 min przez stacje nasobne sprawdzamy łącznośc – teraz jest godz………. więc za 10 min kontakt. -czy zrozumiałyście, a może macie inne pomysły?
Po tym monologu sprawdzam sprzęt i bacznie obserwuje dziewczyny

– Acha i coś wam powiem ale to jest tylko dla was – nie powtarzajcie to nikomu innemu
– jeżeli Radzyminski zacznie się jakoś dziwnie zachowywać , bardzo dziwnie ( będziecie wiedziały jak!) to ………….zastrzelcie go i biegiem do wyjścia
Mówiąc to odwracam się na pięcie i idę w kierunku pomieszczenia w którym zostawiłem porucznika

por. Jack O’Malley
Odcinam kawałek rekawa i obwiązuję nim twarz, ten smród jest nie do zniesienia..
Natępnie sprawdzam reszte pudeł, czy zawierają tą samą zawartość., oraz egzminuję pomieszczenie. Gdy skończę idę poszukać Radzyminsky;ego. On jako medyk na pewno powie więcej o ciałach.

Agnes Katzeberg

No dobrze… ale zabić? Ach… – zanim Agnes zdążyła zadać jakieś pytanie Randolph zniknął. Agnes spojrzała na Lanę potem na Radzyminsky’ego *Nie był zbyt miły, to fakt, ale żeby zabijać?* pomyślała Agnes. Radzyminsky wyglądał jakby dostał pomieszania zmysłów…

Lana i Katzeberg zostały same w dolnym powieszczeniu z Radzyminsky’m. Gdyby nie było tu światła z neonówek (które i tak denerwująco miga) to dawno byście z tąd uciekły. Ciszę przerywa wasz trudny do złapania oddech oraz dziwny warczeniem jak lodówka, bądź wiatrak. Lana odparła – Nie wiem, co miał na myśli Clare, ale musimy uspokoić Jacka – Wskazała na coś co go przypominało – zanim od ciśnienia dostanie wylewu, bądź paraliżu.

* * *

Randolph wbiegł na drugie pomieszczenie po metalowych schodach. Nic się niezmieniło. Zapamiętał drzwi na prawo, którymi wyszedł i wbiegł tam, a jego oczom ukazał się porucznik O’Mannley, który widocznie, wyżywał się na pudłach butem a potem sprawdzał co takiego narobił. Śrób był nie do wytrzymania. W środku były zawinięte w szary papier i warstwy taśmy lekarstwa oraz w większości przeterminowane pożywienie.

Randolph Clare

Wchodze do pomieszczenia , smród jest tak silny że w pierwszym odruchu cofam sia za drzwi
co tak tu smierdzi – rzucam w powietrze
Zasłaniam sobie nos rogiem swetra i z wysiłkiem podchodzę do porucznika. Przez 5 sekund lustruje otoczenie i odzywam się :
– Panie poruczniku musimy natychmiast wrócić do ludzi zostawionych na dole………
Streszczam w krótkich żółnierskich słowach zdarzenia które zaszły w ostatnich kliku minutach.

Agnes Katzeberg

Agnes chwilę patrzy na Radzyminsky’ego *A co ja mogę zrobić… nigdy nie widziałam kogoś w takim szoku psychicznym* pomyślała – Lano, masz coś na uspokojenie, daj mu… – Agnes zbliża się do Radzyminsky’ego, przy sobie ma pistolet, który trzyma nadal w prawej dłoni (w razie czego) – No już… spokojnie, Lana zaraz da Ci coś na uspokojenie, będzie wszystko dobrze – mówi głosem ciepłym i serdecznym, aby Radzyminsky wiedział, że może czuć się już bezpiecznie, choć jego zachowanie wskazuje na co najmniej uraz psychiczny…

Lana spojrzała w stronę Agnes i zaczęła panicznie szukać po apteczce półkrzycząc histerycznie – Morfina, narkoza, środki przeciwbólowe, bandaże i żadnej adrenaliny ni środków uspokajających do cholery! – Zaczęła wymieniać po czym nie mogła sie opanować.
Radzyminsky rzucał się panicznie, teraz zamkniętymi oczami i odrobina gęstej śliny wyleciała mu z ust na podłogę.

Agnes Katzeberg

Musimy coś zrobić bo inaczej Radzyminsky zrobi sobie krzywdę! – powiedziała Agnes – Może przywiązać go do czegoś? Albo… – Agnes nie wiedziała co zrobić, nie miała liny… Radzyminsky postradał zmysły… Agnes rzuciła się do apteczki, teraz razem ją przeszukały do końca, nic nie znalazły. Agnes spojrzała na stan Radzyminsky’ego – Gdzie jest Clare? – spojrzała na górę, miała nadzieję, że zaraz ktoś zejdzie…

Randolph Clare

Mówię do porucznika od jakiś dobrych 5 min lecz nie zauważam żadnych oznak zainteresowania. Stoi nad pudłem i gapi się w jego zawartośc.
– Poruczniku , panie poruczniku ……….

por. Daniel O’Malley
Odwracając się w kierunku Clare’a i jednocześnie odsłaniając zwłoki których nie mógł wcześniej zobaczyć mówię
Mam na prawdę pasudne wrażenie, że to co tu sie stało to nie jest zwykła awaria..
Idziemy..

Randolph Clare

Tylko na to czekałem. Zaraz po słowach porucznika pędem biegne do pomieszczenia gdzie zostawiłem dziewczyny .Raz po raz spoglądam w tył czy nadąża za mną porucznik.

Clare i Radzyminsky opuścili śmierdzący magazyn. Wyszli z niego i znaleźli się w pokoju na piętrze, gdzie były zamknięte drzwi do drugiego pokoju. Zeszli oni jednak na dół do czegoś w rodzaju pół-magazynu, pół przedpokoju gdzie znajdywała się Lana z Agnes, które same nie wiedziały, czy mają tu siedzieć i się trzęść czy uciec z wrzaskiem. – Poruczniku Danielu… – Zaczeła Lana – Radzyminsky doznał czegoś w postaci szoku. – I spojrzała powoli, lecz nerwowo na kręcącego się na plecach i podpierającego łokciami Jacka, który patrzył gdzieś w sufit. Jego mamrotanie pod nosem ustało, a zostało zachowanie, jakie widzieliście w instytucjach specjalnych, bądź w szpitalu psychiatrycznym.

 

por. Daniel O’Malley
Ponówcie próbę kontaktowania się z bazą, Clare, choć, pomożesz mi go związać..
A czym macie zamiar go związać?
Rozglądając się po sali nie znaleźliście liny.

Daniel M’Malley
Jeżeli potrzeba używeam jego własnych rękawów robiąc mu coś w rodzaju kaftanu bezpieczeństwa..

Randolph Clare

Przy pomocy porucznika jakoś obezwładniamy Radzymińskiego. ( chociaż najlepiej to bym z nim inaczej zagrał , według mnie zawsaze był niestabilny!)

Słuchajcie musimy go gdzieś zamknąć , nie może być tu razem z nami już i tak dosyć mamy kłopotów i problemów. Nie podoba mi się jego zachowanie, widziałem już wielu ludzi po różnych szokach ale on nie zachowuje się normalnie( jeżeli szok można nazwać pewną normalnośćią )
– A widzieliści tego naukowca z rozwalonym brzuchem, to tez nie jest normalne
zawsze lubiłem oglądać filmy sf i horrory i nie chce byc złym prorokiem ale……coś mi tu smierdzi……………….

Jednak nie udało się zawiązać w kaftan bezpieczeństwa rękawów z kurtki, która była grubą warstwą puchatej skóry.
Lana spojrzała na Radzyminskiego ze skrzywieniem, a potem na was próbujących szarpać jego ubranie. – Nie wiem co zamierzacie zrobić, ale chyba nie dacie rady… tym sposobem. – A potem z lękiem w stronę Clare’a – Co masz na myśli? Widziałam wiele osób z szokiem pourazowym i są podobne. Módlmy sięby nie dostał wylewu. – I potem rzeczowo zagadnęła do Daniela – Co znaleźliście na górze?

por. Daniel O’Malley
Odpowiadam spokojnym głosem:
Trupiarnię, wypadałoby żeby potem odwiedził to miejsce jakiś medyk i zbadał ciała, a skoro Radzyminsky nie jest w stanie..

 

W porządku. – Dokończyła Lana – Dotrzymasz mi towarzystwa? – Zapytała, jakby zapominając o twoim stopniu wojskowym.

Agnes Katzeberg

Agnes próbowała się zorientować jak wygląda pogoda na zewnątrz, to był główny czynnik możliwości połączenia się z bazą – spróbowała to uczynić, ale już na pierwszy rzut oka będzie to nie łatwym zadaniem.

 

Przez zamarznięte okna nic nie widać, ale czuć świsty wiatru za niekształtymi drzwiami do pokoju, które staranowaliście.

Agnes Katzeberg

Agnes pomimo pogody, (która jak ona mniema niewiele się zmieniła…) spróbowała połączyć się z bazą. – Baza, baza słyszycie nas? Baza… – po chwili znowu spróbowała – Baza, baza tu Eta, słyszycie nas? – Agnes czekała na odpowiedź…

Z krótkofalówki dobiegały tylko trzaski i inne dźwięki spowodowane innymi falami oraz zakłóceniami.

por Daniel O’Malley
Nie powiem żebym robił to z chęcią, ale towarzyszę, masz coś na uspokojenie w apteczce dla Radzyminsky;ego? Albo na sen?

 

Lana odparła – Na sen jest jeden sposób. – i pokazała gest uderzania pięścią – Bo tabletek to on ci nie weźmie nawet jak je mu wepchasz na siłę. A na uspokojenie nic nie mam…

Randolph Clare

– Ok ja to zrobie
Z nieukrywaną radością podchodzę do Radzyminskiego………..

Agnes Katzeberg

Jest bardzo kiepsko, z resztą wiecie o tym sami… w dalszym ciągu nie mogę połączyć się z bazą – Agnes spojrzała po twarzach zebranych, zrobiła strasznie niezadowoloną minę – A z nim co będzie? – wskazała ręką na Jack’a. Przyjrzała się uważnie wszystkim, starała się odgadnąć czy przed chwilą coś uzgodnili, mieli niewyraźne twarze… Kiedy Agnes próbowała nawiązać kontakt z bazą oni musieli coś wymyśleć na Radzyminsky’ego, to było widać – Co chcecie z nim zrobić? – spytała Agnes z poirytowaniem – w taki stan doprowadzał ją Jack… cały czas w szoku psychicznym siedział na podłodze, na dodatek z ust kapała mu piana, bełkotał, obok niego zaś stał Randolph i najwyraźniej miał ochotę go trochę poobijać – Wiecie… ja się z resztą nie wtrącam, co chcecie z nim zrobić to zróbcie, ale raczej powinniśmy poszukać tutaj radiostacji czy czegoś takiego, a jego skoro nie mamy czym uzdrowić zostawmy narazie w spokoju… musi tu być pokój z radiem, o wiele silniejszym niż nasze zwykłe krótkofalówki, jak znajdziemy radio powinniśmy raz, dwa wezwać pomoc dla niego i dla nas… – powiedziała Katzeberg. – Nie chcę tu być ani minuty dłużej – spojrzała gdzieś na ścianę w zamyśleniu.

– Nie rób mu tego! – Wykrzyknęła Lana na widok chęci do przemocy jaką zaprezentował Clare. Po kwesti Agnes odparła – Najlepiej sprawdźmy po kolei pokoje. Został nam ten – Wskazala na drzwi po przeciwnej stronie do pokoju gdzie znaleźliście zwłoki naukowca. – Oraz te nad nami. Budynek ma dwa piętra… na ostatnim muszą być schody albo drabina na dach.

 

Randolph Clare

Nic mu nie zrobie , tylko żartowałem.W tym ponurym teatrze potrzeba trochę żartów – uśmiecham się do wszystkich

Nigdzie nie pójdziemy , nie chcę aby to coś co tak straszliwie przestraszyło Radzyminskiego wlazło mi na plecy . Jeżeli porucznik nie zadecydujeinaczej to zrobimy tak ….
– Porucznik i ja wchodzimy do tego pomieszczenia z którego wyciągneliśmy Radzyminskiego i wymieciemy wszystko co stanie nam na przeszkodzie, a wy przypilnujcie jego
– gestem wskazuje na wijącego sie st.sierż.- tylko pamiętajcie co wam mówiłem

Agnes Katzeberg

Przyglądała się jedynie przez chwilę reakcji Lany i poczynaniom Randolpha. Wzruszyła ramionami na to, że Clare z O’Malley’em chcą wejść do tego pomieszczenia – Dobrze, ale mnie tam nie ciągnijcie… po tamtejszych widokach straciłam śniadanie – odwróciła wzrok na Radzyminsky’ego – Trzeba go jednak uspokoić – powiedziała bardziej do siebie widząc stan Jacka, *Kiedy on się zmęczy czy coś? Zaczyna mnie denerwować i przyłożę mu sama zamiast Clare’a jeżeli za kilka minut nie przestanie* wiedziała, że tego nie zrobi, nigdy nie była zwolenniczką bijatyk, ale ten stan Radzyminsky’ego był już naprawdę conajmniej niepokojąco-denerwujący.

Randoplh Clare

Jeżeli Porucznik nie oponuje biorę laterka od dziewczyn, przeładowuje karabin i otwieram drzwie do pomieszczenia .

Daniel O”Malley
Porucnzik niemoponuje, ale sam z podniesioną bronią wchodzi zaraz za Clare’em.

Daniel i Randolph poszli do pokoju na przeciwko do tego, w którym był zabity w dziwny sposób naukowiec. Drzwi, które z łatwością się otworzyły przestały być tajemnicą.
Panował tu dźwięk kropienia. Po wejściu poświeciliście latarką i zauważyliście, że jest włącznik światła, który prędko nacisnął Clare dłonią. Szybki ruch ręki i pomieszczenie zostało oświecone neonówkami. Kafelkowe podłoże wraz z ścianami, których nie chcieliście nawet dotykać. Podłoga była wyjątkowo śliska. Przed wami znajdowały się kabiny na prysznic, obok zaś pisuary. Byliście w łazience. Na samym końcu pomieszczenia jeden z pisuarów był zniszczony i w strzępach i znajdowało sie na nim trochę biało-żółtej, gęstej substancji, która na oko była bardzo gęsta.

Randolph Clare

-To chyba nie to pomieszczenie – zwracam się do porucznika
-Mieliśmy wejść tam gdzie leżą naukowiec , ale jak tu jesyeśmy to zobaczmy co to za dziwo wylewa się z pisuarów

Po tych słowach podchodze bardzo wolno do każdej kabiny prysznicowej i sprawdzam czy coś w nich jest

por. Daniel O’Malley
Staram się zebrać trochę tego gestego czegoś na czubek noża, tak aby tego nie dotykać. Potem nasza medyczka powie mi co to jest. O ile sama będzie wiedziała..

Porucznik O’Malley nie pozwolił Clare’owi iść samemu i ruszył prędko za nim przystając nad pisuarem. Przyglądaliście się cieczy przez pewien czas, jakby was zahipnotyzowała. Jednak nic się nie działo. Było cicho, ale nieprzyjemnie z powodu, że jesteście daleko od domu i zdani na siebie po środku mroźnego koszmaru, a jedynym miejscem gdzie cieplici zadki jest dom wariatów w najgorszym tego słowa znaczeniu.
Nad pisuarem znajdowało się małe pobojowisko. Popękane, zżółkłe i brudne kafelki pojamane, a część tych odłamków leżała na podłodze i wydawała zgrzytanie gdy po nich stąpaliście. Mieliście dziwne wrażenie, że ktoś za wami stoi lecz gdy odwróciliście się za sobą zobaczyliście tylko zlew, w którym kapała woda z zardzewiałego kranu.
Po chwili Daniel wylął nóż zza skórzanego buta, obitego białym puchem z niedźwiedzia polarnego. Nabrał kawałek cieczy, która nieześlizgiwała się z ostrza.
Nagle usłyszeliście coś jak mamrotanie zakneblowanego człowieka, istoty humanoidalnej. Głos dobiegał z środkowej kabiny i był przerywany pluśnięciami o wodę.

Agnes Katzeberg

Agnes tymczasem bezradnie spoglądała na pomieszczenie, w którym siedziała od ładnych paru minut… może nawet godzin. Myślała o stacji, w której to łatwa misja okazała się piekłem na lodowym pustkowiu. *Ktoś tu popełnił morderstwo, i to nie tylko na jednym naukowcu, zniknęli wszyscy! To straszne… kto mógł coś takiego zrobić? I jak teraz wezwiemy pomoc…* takie i inne myśli przepływały teraz w głowie dziewczyny. Rozglądała się spokojnie. Poprostu rozmyślała milcząc. Jedynie od czasu do czasu zerkała w stronę gdzie zniknęli O’Malley i Clare.

Randolph Clare

Ściskam mocniej karabin i przesuwam sie aż stanę na wprost tego prysznica z którego dobiegają jęki.
Delikatnie odsuwam kotarę lub otwieram kabine

Po otwarciu kabiny okazało się, że ta akurat nie była od prysznicu. Siedziała tam muszla klozetowa oblana ludzką krwią tak samo jak część „ścian” ją otaczająych. Bałeś się spojrzeć w jej głąb, miałeś ochotę najlepiej uciec z tego miejsca.

por.Daniel O’Malley
Zajrzawszy do kabiny zaraz za Clare’em odbezpieczyłem karabiny strzeliłem raz w kierunku muszli klozetowej.
Ta cała akcja przestaje mnie bawić.

 

Katzberg siedząca w pokoju obok usłyszałą huk strzału. Było naprawdę głośne, dla wszystkich osób. Pocisk skruszył kawałek muszli i odbił się w ułamku sekundy. Łuska zaś spoczęła na podłodze. Dalej nic się nie działo.

Randolph Clare

Odczekałem jakieś 5 sekund od strzału porucznika i karabinkiem otwieram jak szeroko drzwi starając robic to raczej z lewej strony tak aby porucznik miał wolne pole ostrzału z mojej prawej

Agnes Katzeberg

Agnes słyszała odgłos wystrzału. Nic nie robiła narazie oprócz przysłuchiwania się. Jakby potrzebowali jej pomocy to by ją zawołali… narazie lepiej nie dokładać swoich trzech groszy tam gdzie nie trzeba… Agnes wolała nie narażać się na kolejne drastyczne widoki, całkowicie wystarczał jej ten naukowiec z otwartym brzuchem w pokoju obok.

Daniel podszedł powoli z odbezpieczoną dłonią do muszli. Teraz już nie widział nic poza nią. Nie chciał zobaczyć co w niej jest. Właściwie jego nogi się nie ruszały, ale suwały po kafelkach, lecz nic nie słyszał poza biciem serca, które miało setki decybeli. Nagle coś chlapnęło w centrum cedesu i odskoczyłeś odruchowo pare centymetrów i spojrzałeś jeszcze raz i przeraziłeś się, lecz potem odetchnąłeś z ulgą, że tu nic nie ma poza paroma kawałkami surowe mięsa. Ludzkiego mięsa… mało jaka istota, która przeżyłaby na Antarktydzie wydałaby tyle krwi na ściany tej kabiny. Cieknąca ciecz wydający niemiły odór…

Randolph Clare

O kur………… wymkneło mi się z ust, niechciałbym byc w skórze czlowieka z którego to zostało-rzucam cicho w przestrzen

Przeglądam całe pomieszczenie w poszukiwaniu żywych osób i czegoś co nie jest tu na miejscu

Daniel O’Malley
Odwróciłem sie i pełnym napięcia głosem powiedziałem:
Wracamy po Agnes i staramy się wezwac transport…
po czym wyszedłem z pomieszczenia..

Pomieszczenie poza kabiną pełnej mocnych wrażeń było normalne. Chociarz być może za długo jak na człowieka siedzicie w tym osobnym „świecie” i wiele nienormalnych rzeczy jest dla was normalne.
Poszliście na luzie do pokoju z Radzyminskym nad, którym czuwały Lana i Agnes. Wtedy medyczka zapytała – Co to strzały?

por. Daniel O’Malley
Głosem wypranym z wszelkich emocji mówię:
Kolejne trupy.
Katzberg, spróbuj jeszczer az nawiazac konakt z bazą. I próbuj do skutku. Clare, ile pomieszczeń zostąło niezbadanych?

 

Randolph Clare

Nie wiem dokładnie, myślę że trzeba jeszcze koniecznie sprawdzić pomieszczenie w którym Radzymindki doznał…………( pokazuje ręką przy głowie znaczacy gest) szoku- tam coś musi być .

Agnes Katzeberg

Dobrze! – powiedziała Agnes, może nie wystarczająco głośno, ale ze skutkiem. Próbowała cały czas łączyć się z bazą… choć sama nie pokładała w tym zbyt wielkich nadziei.

Nerwowy chwyt latarek przez Randolpha i jego porucznika. Brzęczenie aparatu radiowego wielki ciągły dźwięk *tiiit* wymieniający się na zmianę z trzeszczeniem. Nie było sygnału. Clare i Daniel ostrożnie podeszli w tym chłodnym pomieszczeniu do drzwi. Do drzwi, za którymi znajduje się coś co ujrzeli wszystcy poza nimi. Znajdowało się tam coś co spowodowało drgawki Jacka. – powodzenia… – mruknęła Lana wyjmując małą saszetkę, w którą włożyła wcześniej znaleziony palec.
W pomieszczeniu panowało brzęczenie wiatraka i drżenie lodówki. Pierwsze kroki w stronę snopu światła. Biały, plastikowy stół, a na nim jednorazowe… plastikowe sztućce i papierowy talerzyk. Śmierdzące, niedojedzone jedzenie. Nigdzie nie było śladu ludzi. W kącie znajdowało się to co spowodowało u was szok, nie mogliście na to patrzeć. Mężczyzna ze spetkakularnie otworzonym brzuchem leżący na biórku. Dookoła, na ścianach i na podłodze była zaschnięta krwista ciecz.

Randolph Clare

-O kurw…………Wymkneło mi sie z ust
– Co to jest do cholery- zwrócilem się do porucznika, -jak pan uważa co lub kto mógł mu to zrobić
Rozglądam się z palcem na spuście po pomieszczeniu, a w szczególności dokładnie przyglądam się z odpowiedniej odległości trupowi.
– Czy niewydaje sie panu panie poruczniku że ta rana dość dziwnie wygląda
– Nie jest to normalna raczej rana ani postrzałowa ani też inna których juz troche się naoglądałem toi mi mwygląda jakby coś z jego wnetrza wyszło i rozerwało mu brzuch , może by to zobaczyła nasza dziewczyna?

Randolph Clare

Patrze uwaznie na porucznika i nie widzę w jego twarzy ochoty zaprzeczenia

-Lana , Lana choć tu szybko do nas
– wołam głóśno w kierunku wejścia do tego pokoju

 

por. Daniel O’Malley
Po tych ciałach w workach niewiele już jest w stanie mnie zaskoczyć. Patrzę uważnie na ciało i mówię do Clare’go
Jeżeli jest tak jak uważasz to to coś wciąż tu może być. Sprawdzamy. Zaczynamy od drzwi, ty po lewej, ja po prawej..
Ostrożnie unosze broń i zaczynam szukać..

Randolph Clare

-Tak jest – zwracam sie do porucznika i robie to co on

Oboje przejechaliśćie snopami światła oraz karabinkami po ścianach dookoła sali, było ciemno i panowała nerwowa atmosfera. Lana wbiegła do pokoju lekko przestraszona waszymi poszukiwaniami – C… – wyrwało jej się z ust z kawałkiem śliny – co jest panowie? – odparła lekko. W ręce kurczowo trzymała apteczkę. Wy zaś nic nie znaleźliście.

Randolph Clare

czy widziałas juz cos takiego-zwracam się do Lany
obejrzyj te ciało z bliska i powiedz nam co moglo według ciebie spowodować taką ranę bo my już mamy swoja hipotezę
tylko bądz bardzo ostrożna -ostrzegam dziewczynę
bedę cię asekurował

Jezu! – musiała na to spojrzeć. Kształt, który widziała tylko w koszmarach, ale i te były łagodniejsze. Nikt nie ma tak chorej wyobraźni… Pochyliła się do przodu w dziwnym geście, jakby poczuła ból. Ze spuszczoną głową patrzyła na wilgotną podłogę przecinaną siecią fug. – Nie chcę na to patrzeć. Błagam… nie proś mnie o to.

Agnes Katzeberg

Tymczasem Agnes nadal próbowała nawiązać kontakt z bazą, ale póki co słyszała w nadajniku jedynie głośne trzaski i szum. Najwidoczniej pogoda na Antarktydzie nie dawała za wygraną. Dziewczyna westchnęła. – Baza, baza słyszycie nas? – cały czas próbowała nawiązać kontakt. Nie pokładała zbyt dużych nadziei, ale rozkaz to rozkaz. Przycupnęła sobie, jednym kolanem opierała się wygodnie o podłogę. Spojrzała z zainteresowaniem na pokój gdzie jest reszta drużyny. Nie miała zamiaru tam wchodzić, póki co cieszyła się z zadania jakie próbowała wykonać, drastycznych widoków wywołujących mdłości miała na dzisiaj całkowicie dość. Oczywiście gdyby zaczęło się coś dziać Agnes natychmiast by pomogła, ale narazie jedyne dźwięki jakie ją dobiegały to szum wiatru na zewnątrz i brzęczenie kilku lamp w korytarzu. – Baza, baza słyszycie nas? – powtarzała te słowa co dwie minuty. Wsłuchała się wkońcu w wiatr. *Liczą na cud…* pomyślała i postanowiła spróbować połączyć się za ok. 10 minut. Schowała nadajnik i czekała aż czas upłynie w ciszy przerywanej jedynie świstem zawieruchy.

Przy przełączaniu częstopliwości na coraz wyższe towarzyszyły temu dziwne odgłosy gwizdów i naciągań struny. Jednak na końcu zabrzmiało to jakbyś otrzymała jakiś sygnał. Ten dźwięk to było nic poza brzyczeniem, ale sam fakt pozostał…

Agnes Kazteberg

Po 10 minutach Agnes wyjęła nadajnik *No zobaczymy* pomyślała. Nastawiła początkowo nadajnik na niższą częstotliwość, przysłuchiwała się, ale tu nie miało to żadnego skutku, głucho. Przy zwiększeniu częstotliwości zaczęło się wreszcie coś dziać, jakby prawie nawiązanie kontaktu. Dziwne brzęczenie – Baza, tu Agnes Katzeberg, słyszycie mnie? – dziewczyna nabrała nadziei. *Czyżby pogoda się zmieniła?* Mocniej uchwyciła dłońmi nadajnik – jedyną nadzieję na ucieczkę z tego potwornego miejsca. *No, dalej… dalej!*

 

Nic poza denerwującym trzeszczeniem. Jednak po chwili marnego siedzenia z pytaniami do komunikatora znowu nastąpiło pomieszczenie i usłyszałaś ciższe bzyczenie, a nie głośny szum połączony z trzaskami. Lekko cie to przeraziło, ale wsłuchałaś się w dźwięk. Trwał on dobre dziesięć sekund. Przy nim czułaś… wibracje. Chwilowe oderwanie umysłu od ciała. Nikt inny nie był w tym pomieszczeniu i nie słyszał tego.

Agnes Katzeberg

Dziwny, jednolity dźwięk wydobywał się z wnętrza nadajnika. Głośne wibracje, dobrze słyszalne dla Agnes stanowiły dziwną równoległą linię dźwiękową, o wiele bardziej uporządkowaną niż wcześniejsze trzaski i szum. – Co to ma być? – zdziwiła się dziewczyna – Baza, baza… słyszycie mnie? – puściła przycisk, znów ten sam dźwięk. Agnes kilka razy potrząsnęła nadajnikiem, nie słyszała w swoim życiu takich dziwnych fal. Może wewnątrz stacji uruchomiło się jakieś urządzenie, które zaczęło zakłócać odbiór? Agnes chwilkę jeszcze siedziała i nasłuchiwała, może jednak udało się połączyć z bazą? Dziewczyna zmarszczyła brwi i przyglądała się nadajnikowi. Nasłuchiwała.

Nic. Cisza i załamanie. Straciłaś sygnał. Ponownie trzaski i szumy powróciły, a dziwny sygnał odszedł. Nikt się nie odzywał.

Agnes Katzeberg

Znów ten sam szum i trzaski, ale Agnes nie zamierzała dać za wygraną. Udała się czym prędzej na wyższe piętro i uruchomiła nadajnik – Tu musi być lepszy odbiór – Agnes spytała czy baza ich słyszy. Czekała na odpowiedź, dziewczyna zamierzała się wydostać z tej stacji za wszelką cenę, zwłaszcza gdy teraz powstał cień nadziei.

podpor. Lana Smith

Kobieta patrzyła z przerażeniem na zwloki. W życiu czegoś takiego nie widziała.
-Przy… przypomina jakby ranę wylegową Obcych. No wiecie tych z filmu – rzuciła do żołnierzy.
Powoli zbliżała rękę w stronę trupa. Nerwowo przełknęła ślinę. Szybkim ruchem odsunęłą rękę, kiedy ta była jeszcze dośc daleko. Odwróciła głowę od trupa i wybiegła na korytarz, gdzie wsparła sie ręka o ścianę.
-Nawet w prosektorium… nie pokazywali nam takich rzeczy…! – rzuciła jakby do siebie.

Katzeberk otulona w kożuch miała ciężki oddech, a serce zaczęło silniej bić z podniecenia i nadziei. Pieprzyć misje, pieprzyć zadanie, najlepiej uciec z tego miejsca.
Wbiegła po metalowych schodach na górę czemu towarzyszyło echo walenia w cegłe. Gdy weszła na poziom z komputerami zauważyła niedojedzoną kanapkę w koszu na śmieci. Uniosła komunikator i wsłuchała się w niego na wysokiej częstopliwości. Znowu usłyszała ten dziwny dźwięk. Ciągnął się… wibracje, któe czułaś na drugiej i ósmej sekundzie stawały się coraz bardziej wyraźne. ie wiedziałaś co to jest i zaczęłaś coraz bardziej się bać. Traciłaś nadzieję, że to pochodzi od bazy, która znajduje się setki mil na zachód…

Travis Christie

Wchodzi do pomieszczenia z którego wybiegła Lana. Jego wzrok pada na trupa. Z początku zdaje się nie dostrzegać rodzaju rany. Podchodzi wolno a z każdym krokiem jego oczy robią się coraz większe, jego kroki mniejsze i bardziej chwiejne… – Co.. co to jest. J.. jak mu to zrobiono – jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Żaden trening w wojsku, nie ważne jak długi, nie mógł na to przygotować – … t.. to jest nie możliwe – karabin maszynowy został przez niego puszczony. Teraz zwisa bezwładnie na pasku zawieszonym przez ramie.

Agnes Katzeberg

Dźwięk wrócił, na tych samych, wysokich częstotliwościach co przedtem. Ale coś było nie tak… Agnes trzymała mocno nadajnik. Zmarszczyła brwi *To nie może być baza… nikt nie odpowiada, ten dźwięk…* dziewczyna powoli zaczęła wracać na dawny poziom stacji by powiadomić resztę o dziwnym odkryciu. – Słuchajcie z nadajnikiem jest coś nie tak! – zaczęła już wykrzykiwać w połowie drogi po schodach.

podpor. Lana Smith

-No właśnie, Christie – odpowiedziała wchodząc do pokoju tylko jednym krokiem w głąb – W życiu czegoś takiego nie widziałam. Nawet w prosektorium. Tu się coś naprawdę dziwnego dzieje. A nam przypadło zadanie, chodźbyśmy jak nie wiem wybrzydzali, zbadania tego. Przeszukajmy resztę pomieszczeń, moze uda nam się coś wiecej dowiedzieć.
Odwróciła się i ruszyła w stronę następnego, najbliższego pomieszczenia.

Cały parter, w którym byliście częściowo uwięzieni został zbadany. Przedpokój, a po bokach łazienka i jadalnia. Piętro wyżej znajduje sięsala komputerowa, magazyn i jeden niezbadany pokój… równie tajemnicze jest drugie piętro razem z dachem.

Randolph Clare

– a widzisz poruczniku nie ja jeden w tym gronie ogladałem film o obcych – znacząco wskazuje na lane
więc moja propozycja sprawdzmy to co nam jeszcze zostalo poszukajmy może znajdziemy kogoś jeszcze nie zjedzonego – uśmiecham się ponurą twarzą
i spadajmy jak najszybciej
proponuje aby dziewczyny zostały z Radzymińskim z zastrzeżeniem tego co im już mówiłem a my ruszajmy na piętro bo tam jeszcze w jednym pokoju nie byliśmy czy ktoś ma coś przeciwko?

Agnes Katzeberg

Słuchajcie! – Agnes zbiegła wreszcie do grupy – Nasłuchiwałam sygnału w nadajniku w celu połączenia się z bazą i na wysokich częstotliwościach, na piętrze, można odsłuchać… – wzięła głeboki wdech – Bardzo dziwne dźwięki, nie spotkałam się nigdy z czymś takim! – Agnes patrzyła to na grupę to na nadajnik, który nadal trzymała w dłoni. Może trochę pokręciła wszystko to co miała powiedzieć, ale sytuacja bardzo ją intrygowała.

Nie tak prędko Randolph. Rozkaz to rozkaz i jeśli ktoś tu jest to cholernie potrzebuje naszej pomocy. Nie zostawimy nikogo żywego w tym piekle. – odparł stanowczo porucznik opuszczając pomieszczenie i ruszając w stronę przedpokoju gdzie była Agnes. Spojrzał na dziewczynę, to na skrzynke z narzędziami, którą zostawiła w tej sali na ławie. – No to pewnie jest jakiś zepsuty. Słyszałaś piski i różne zahaczenia to normalne, lepiej nie przerywaj misji takimi bzdurami. Nie mam zamiaru umieszczać tego w raporcie. – padł ponuro – Randolph! Travis! Za mną. – odwrócił się za siebie po czym odparł w stronę Katzeberg – Siedź tutaj razem z Laną i nie wchodźcie do łazienki, chyba, że będziecie miały wielką potrzebę. – ruszył powoli w stronę schodów, zmieczył mechaniczkę wzrokiem i czekał na Clare’a i Travis’a.

 

Agnes Katzeberg

Ale… – Agnes nie zdążyła nic powiedzieć, została zignorowana, a drążenie tego tematu w tak smętnych nastrojach jakie panowały tu na dole mogło być ryzykowne. Agnes już nic nie powiedziała, właściwie to poczuła się odepchnięta. Spuściła wzrok i poszła pod ścianę. *Jak tylko odejdą pokaże nadajnik Lanie* Agnes liczy na to, że dwie osoby to nie jedna, będzie łatwiej przekonać ich wszystkich do dokładniejszego przysłuchania się dźwiękowi… Dziewczyna dokładnie obserwuje poczynania grupy i czeka na najlepszy moment. *Muszę ich przekonać do odsłuchania tego, to nie są zwyczajne trzaski!* zmarszczyła brwi, takie coś słyszała pierwszy raz… a myślała, że do tej pory dobrze radziła sobie w swoim fachu…

Travis Christie

Wyszedł z pokoju. Ruszył za porucznikiem, poprawił kaburę i sprawdził, czy pistolet dobrze z niej wychodzi. Idąc za porucznikiem odbezpieczył broń maszynową i uważnie obserwował każde wyjście czy miejsce gdzie mógł schować się ten psychol, który pozabijał tu ludzi – Poruczniku… wiecie… macie pomysł co może się tu dziać? – w jego głosie słychać było niepewność… może nawet strach

Jesus Mendoza

Uważnie przysłuchiwał się głosom dochodzącym z „przedpokoju”. Gdy porucznik wyszedł z pomieszczenia Mendoza wszedł do niego. Podszedł do Agnes wciąż ściskającej radionadajnik.
Nie przejmuj się słonko. Ci goście tutaj powinni mieć dużo mocniejszy nadajnik. Może na nim odczytasz te sygnały. Założę się, że jest gdzieś na górze. – powiedział.

podpor. Lana Smith

-Yes Sir! – odpowiedziała ne wysilajac sie na salutowanie. Chodź nie przepadała za uznawaniem kobiet za słabsze itd. zwykle też nie przepadała na kłóceniu się z nimi oto, zwłaszcza z starszymi stopniem.
Urok stopnii wojskowych! Nie uważam je za niezbędne i wyrokotwórcze, ale teraz jestem zadowolona, że jest ktoś „starszy” ode mnie. Zamierzałam pójśc na górę tylko z czystego obowiazku, ale skoro mam rozkaz zostania na dole… – rzuciła do siebie w myślach.

Agnes Katzeberg

Agnes zastanawiała się co zrobić, narazie wszyscy podejmowali jakieś decyzje… a ona miała zostać z Laną i Radzyminsky’m. Nie bardzo jej zależało na wałęsaniu się po stacji, zbyt dużo nieciekawych wizualnie rzeczy mogło się kryć w pomieszczeniach, ale chciałaby żeby znaleźli radio. Agnes przedewszystkim pragnęła się stąd wydostać. Na słowa Jesusa tylko lekko się uśmiechnęła, żeby wiedział, że wszystko jest w porządku… jednak wcale tak nie było. *Mam pomału dosyć…* pomyślała i oparła się o ścianę, nie wiadomo jak długo teraz będzie musiała czekać za grupą pilnując Radzyminsky’ego. Spojrzała na nadajnik następnie na Lanę. *Powiedzieć jej? A jeśli ją też to nic nie obchodzi?* Agnes przykucnęła.

O’Manley rozglądnął się po chłodnym pomieszczeniu, w którym panowało słabe, białe światło jak na oddziale w szpitalu i ruszył po schodach na górę, a za nim Randolph i Travis. Zostawili oni na dole Agnes, Jesusa i Lane oraz Radzyminskiego. Byliście w tym samym pomieszczeniu jakie zostawiliście. Sala komputerowa, połączona biórkami tworzącymi literę J. Gdy wszyscy już stanęliście twardo po blaszanerj powierzchni po prawej stronie był magazyn, zaśpo lewej zamknięte drzwi. – Spróbujemy je otworzyć. – odparł niezadowolony – Osłaniajcie mnie. – i ruszył w stronę drzwi próbując je otworzyć. Klamka zaskrzypiała pod warstwą jego sinej dłoni. – Trzeba będzie to zrobić tradycyjnie – odbezpieczył broń i skierował lufę na zamek.
Drzwi otworzyły się i droga do pokoju stanęła otworem. W środku jednak już paliło się światło. Pokój był ciasny, wyglądał jak łazienka przez te kafelki. jednak dookoła były otwarte, zespawane szafy z polarami, skórami oraz kombinezonami. Ujrzeliście kałużę zaschniętej krwi tuż przy drzwiach. Skóra nad był też w dolnej częci przepełniona zaschniętą cieczą. Przypomniała się wam sytuacja w pokoju niżej. Ujrzeliśćie rury przy ścianie piątrzące się od dołu do góry, na następne piętro. Myśleliście, że się nie boicie, ale wiedzieliście, że czujecie strach. Nie macie już pojęcia czy to wasz własny strach.
Daniel założył rękawicę i zaczął przeglądać skórę. – Nic… widać jej właściciel nie domył jej dokładnie…

podpor. Lana Smith

… to zamierzam to wykorzystać! – dokończyła w myslach kiedy porucznik z obstawą poszedł na górę. Lana bardzo rzadko wykorzystywała fakt swojego stopnia. Ale kobieca intuicja mówiła jej, że powinna to zrobić.
-Póki porucznika nie ma, ja tu jestem najwyższa stopniem. Wiec… Katzeberg, mówiłaś coś o jakimś nadajniku i jakiś dziwnych dźwiękach. Możesz sprecyzować?

Agnes Katzeberg

Oczywiście! – Agnes ożywiła się – Na najwyższych częstotliwościach nadajnik łapie dziwne dźwięki, tylko… nie wiem czy tutaj to usłyszymy… – dziewczyna włączyła nadajnik chcąc zaprezentować nietypowy sygnał – Ostatnim razem musiałam iść na górę, tam jakby lepiej łapie… – mówiła Agnes nastawiając nadajnik, ucieszyła się, że Lana sama zainteresowała się tym zjawiskiem.

podpor. Lana Smith

-Pokaż! Odsłucham tutaj, a jak to nic nie da to wejdziemy na schody i spróbujemy raz jeszcze! – rozkazała.

Jesus Mendoza

„Ech ci oficerowie, każdy się czuje taki ważny” – pomyślał Mendoza. W głębi ducha był nawet zadowolony, że nie wzięto go na zwiad, chociaż denerwowało go trochę dziwne zachowanie Radzyminskyego. Aby się czymś zająć zaczął przeglądać zawartość szaf w poszukiwaniu przydatnych rzeczy, zerkając od czasu do czasu w stronę kobiet.

Agnes Katzeberg

Agnes włączyła nadajnik na najwyższe częstotliwości i tylko raz spojrzała w stronę w którą poszła grupa. Była obrażona, że tak się jej pozbyli… w takiej sytuacji jakiej się znaleźli (stacja na środku Antarktydy z ciałami martwych naukowców) każdy ślad powinien ich zainteresować, a tymczasem… musi się swym odkryciem pochwalić przed Laną i Jesusem, aby później ktoś „starszy” może się tym zainteresował, ale podobno każda droga jest dobra byle by prowadziła do celu… Agnes śledziła dźwięki z nadajnika – To słuchajmy, mam nadzieję, że zaraz to złapiemy – powiedziała do Jesusa i Lany *Jeżeli nic nie złapiemy to pójdę na górę, albo chociaż na schody…* pomyślała dziewczyna.

Radio potwornie zatrzeszczało, nawet za głośno jak na twój gust. Jednak nie było żadnego tajemniczego sygnału…
Mendoza trafił na pastę do butów, kosmetyki, łyżki do butów, magazynek pełen kul 9mm, a także stłuczoną szklanke.

Agnes Katzeberg

Ruszamy na schody – powiedziała Agnes i wchodziła coraz wyżej nasłuchując dźwięków. *Tak łatwo nie dam za wygraną* pomyślała, musiała udowodnić, że nie oszalała tak jak Radzyminsky… bo jeżeli nie da się usłyszeć sygnałów na to wyjdzie. *Przecież nie zmyśliłam sobie tego*

Jesus Mendoza

Mendoza z zadowoleniem schował znaleziony magazynek do kieszeni. Po chwili wahania schował też tam pastę do butów.
Porucznik raczej nie będzie zadowolony. – zwrócił się do Agnes – OK, prowadź.
Mendoza wspiął się po schodach za Agnes. Był zadowolony, że mógł oddalić się od Radzyminskyego. Ten facet działał mu na nerwy. I to od momentu kiedy pierwszy raz się spotkali. A teraz doszło do tego jeszcze szaleństwo. Mendoza wolał mieć przeciw sobie uzbrojony gang, niż jednego wariata. Bo wariaci są nieprzewidywalni. Tak więc z ulgą wspinał się po schodach rozglądając się ciekawie. W przeciwieństwie do pozostałych nie miał jeszcze okazji być na piętrze.

 

podpor. Lana Smith

-Póki co, ja tu dowodze, Mendoza! I mam ochotę usyszeć te dźwięki
Ryszyła schodami, ale zatrzymała się w ich połowie.
-Spróbujemy tutaj. Nie chę ryzykować nakrycie przez porucznika. Jak się nie uda to wejdziemy wyżej!

Agnes Katzeberg

Agnes przytaknęła i spróbowała odebrać sygnał na stopniu wyznaczonym przez Lanę. Była ciekawa czy uda jej się ponownie odebrać sygnał. Zależało jej na tym, ale trzeba było się pilnować… nasłuchiwała czy druga grupa nie zbliża się do schodów… i podwiększyła częstotliwość nadajnika.

Nic. Szumy i trzask jak w starym radiu.

podpor. Lana Smith

Weszła jeszcze o jedną czwartą ilości stopnii i spróbowała jeszcze raz.

Travis Christie

Powoli, niepewnie, zbliża się do porucznika. Spogląda mu przez ramię, tylko po to aby przekonać się, że to nie był dobry pomysł. Aż ciarki po nim przeszły. Po krótkiej chwili odezwał się – Co teraz poruczniku? Może przejdziemy się po kompleksie i poszukamy jakiś ocalałych… te… ślady psychopatycznej twórczości, chorego umysłu, nie uciekną, a tymczasem, może znajdziemy jeszcze kogoś żywego.

Jeszcze przez chwile to oglądał aż zostawił – Musiał być ranny w lewe udo i cudem się tu doczołgał. – odsłonił w płaszczu lewą stronę dolnej części kombinezonu. – Możemy spokojnie iść na ostatnie piętro – i ruszyliście z pokoju, który był jedną wielką szafą w stronę matalowych schodów bez poręczy. Trzęsły się wydając wstrętny dźwięk po każdym dotknięciu stopnia. Wentylator drżał nie dając spokoju przychicznego i czuliście sami, że coś tutaj jest nie tak. Błąd, wy byliście tego pewni, a raczej wasz umysł, jednak nie potraficie jeszcze wyczytać tego ze swojej intuicji.
Stąpnął pierwszy Daniel po twadrej posadzce i poświecił latarką na lufie. – Szczerze mówiąc, to ich sypialnia… dziwne, że nie przeszkadzały im burczenia komputerów piętro niżej. – wkroczył i obejrzał polowe łóżka i przy jednym przystanął – aha! – poświecił na was upewnić się, że tam stoicie i spowrotem rzucił snop światła na łóżko, którego prześcieradło było poplamione czymś brązowym. – Zeschnięta krew na materiale… nasze zwierzątko jest blisko. Chodźcie tu szybko i osłaniajcie mnie! – poszedł, a właściwie podbiegł do drzwi po prawej od schodów i przystanął patrząc na was.

Agnes Katzeberg

Agnes czyni to samo co Lana…

(Jeżeli tu nie ma sygnału, Agnes ostrożnie kieruje się jeszcze wyżej – nawet jeśli to piętro, jeżeli natomiast w najbliższej okolicy jest ktoś z drugiej grupy Agnes pozostaje na schodach, lepiej nie ryzykować)

Spokojnie…
Na piętrze nikogo nie było, zaś nadajnik nadal trzeszczał. Żadnego sygnału od bazy.

Jesus Mendoza

Mendoza wspiął się po schodach na piętro i rozejrzał ciekawie. Następnie zajrzał za pobliskie drzwi i wyraz zaciekawienia znikł z jego twarzy na widok zakrwawionego ubrania. Czym prędzej wycofał się do pomieszczenia ze schodami.
Znowu jakaś jatka. Wynośmy się stąd jak najszybciej. – powiedział do Agnes.
Mendoza zauważył, że jego głos stracił swój zwykły zawadiacki ton. Czyżby się bał? Ale czego? Mało to się w swoim życiu naoglądał trupów i krwi? To miejsce jednak przyprawiało go o gęsią skórkę. Mimowolnie poprawił uchwyt dłoni na karabinie i rozejrzał się niespokojnie.

Agnes Katzeberg

Agnes spojrzała na Jesusa, przypomniała sobie o Radzyminsky’m – Zostawiliśmy Radzyminsky’ego – Agnes spojrzała na Lanę – Nie ma sygnału… – powiedziała smętnie, i spojrzała na schody – Idziemy na piętro? Może lepiej popilnować Radzyminsky’ego? Bo jeszcze sobie coś zrobi… – Agnes chciała usłyszeć znów ten dźwięk, ale była razem z grupą uziemiona przy chorym Radzyminsky’m. – Niech to… – wpatrzyła się w nadajnik.

podpor. Lana Smith

-Mendoza, idź do Radzymińskiego. My spróbujemy jeszcze na piętrze i wrócimy do ciebie.

Jesus Mendoza

Tak jest – odpowiedział do Lany.
Pójście do Radzyminskyego to była ostatnia rzecz na jaką miał ochotę. Ale wolał nie dyskutować z oficerem. Szczególnie, że ten oficer był jedynym medykiem w drużynie. Powoli z wyraźną niechęcią zeszedł po schodach. Spojrzał w stronę Radzyminskyego by sprawdzić co tamten robi. Cokolwiek by się działo z Radzyminskym nie zbliża się do niego. Stoi w pobliżu schodów i jakby przypadkiem kieruje lufę karabinu w jego stronę.

Agnes Katzeberg

Agnes tymczasem według wskazań Lanu kieruje się na górę.

Na piętrze znów nadajnik ustawiony jest na najwyższe częstotliwości. Gdyby Agnes wiedziała, że kiedyś będzie uwięziona w stacji, w centrum Antarktydy napewno pilniej by się uczyła swojego fachu, ale póki co trzeba było robić wszystko żeby pokazać dziwny sygnał z nadajnika… z tym, że jedyne co można zrobić to szukać odpowiedniego miejsca i nastawiać na najwyższą częstotliwość… może na piętrze dźwięk zechce spowrotem się pokazać?

Jednak z brzyczącego radia wydobywały się te same denerwujące dźwięki. Dziwny dźwięk zniknął.

podpor. Lana Smith

-Nadal nic. Wracamy, Agnes, zanim nas porucznik nakryje. Być może się przesłyszałaś.
Oficer zaczęła schodzić po schodach.

Agnes Katzeberg

Agnes domyślała się, że tak będzie… sygnał zniknął, a ona sama zaczynała się zastanawiać nad sobą. *Może naprawdę coś mi się wydawało?* Agnes zrobiła zawiedzioną minę i wróciła na dół… – Heh – westchnęła sobie cicho i przycupnęła na swoim dawnym miejscu – Nie pozostaje nam nic innego jak czekać za resztą – Agnes powiedziała do Lany i Jesusa. Spojrzała z politowaniem na Radzyminsky’ego, który wydawać by się mogło nieco jakby „zmądrzał” i siedział ciszej… *Teraz wyszło na to, że zaczynam wariować…*

 

Jesus Mendoza

Widząc schodzące po schodach kobiety Mendoza poczuł się nieco pewniej. Nie na tyle jednak, by się rozluźnić. Wciąż czuł dziwny niepokój. Aby zająć czymś myśli Mendoza zaczął przyglądać się Agnes. Wydawało mu się, że ma ona jakiś dziwny wyraz twarzy. Coś jakby zdziwienie połączone z zakłopotaniem. Czyżby tak przejęła się tym rzekomym sygnałem? Mendoza nie rozumiał czym się tutaj tak ekscytować. Jeżeli był tam jakiś sygnał to napewno się powtórzy. A może było to tylko jakieś zakłócenie. Mendoza czytał kiedyś, że zorze polarne mogą wyprawiać cuda z radiostacją. A może to chodziło o burze piaskowe? Nie ważne. W każdym razie Mendozę bardziej martwił brak możliwości połączenia z bazą. Może jak znajdziemy nadajnik tych naukowców to będzie lepiej.

Travis Christie

Ustawił się obok porucznika, po jego prawej stronie i wycelował karabin, na lewy skos. Postarał się uspokoić i wyciszyć – Jestem gotów poruczniku… – po tych słowach pochylił lekko głowę i wycelował…

Randolph Clare

Kryje twoja lewą stronę poruczniku -mówię tak glośno żeby wszyscy mnie usłyszeli

Szybko ruszył dłonią na metalową klamkę i nic. Drzwi zatrzęsły się. Pociągnął pare razy z buta i dewniane listewki okryte farbą oleistą połamały się tworząc sieć drzazg. Jeszcze pare randek buta z zamkiem i droga stanęła otworem. Pomieszczenie było kolejną łazienką z biało-czarnymi kafelkami o boku pieciu centymetrów. Cała dziwna czystość sprawiała, że bolały was oczy od tej monotonności. W zlewie zaraz przy drzwiach porucznik znalazł zwrócony posiłek – Nie smakowało… – odparł pod nosem i zaglądnął do pisuarów wraz z muszlami. – Wydaje mi się, że jest tu czysto… – porucznik starał się zachować powagę i popędził was do wyjścia z pomieszczenia. – Wydaje mi się… że wejście na dach powinno być w tamtym pomieszczeniu…

Travis Christie

Rusza w stronę kolejnego pomieszczenia i odzywa się – Sceny jak z najgorszego koszmaru. Miejsca prawie nie ruszone… no poza nie smacznym obiadkiem. I… i nikt nie wie co u licha się tu stało… no bo kto ma wiedzieć… nikogo w tej dziurze nie ma – staje przed drzwiami i znów ustawia się tak aby ubezpieczać porucznika

Jesus Mendoza

Mendoza zazwyczaj nie miał nic przeciwko bezczynności. Ale w tym miejscu brak zajęcia powodował napływ myśli. Niezbyt przyjemnych myśli. Cienie nabierają dziwnych kształtów. Zwykłe dźwięki napawają grozą. „Co się ze mną dzieje” – pomyślał Mendoza. „Przecież nie raz widziałem zabitego gościa, a i zdarzyło się zmywać cudzy mózg z ubrania”. Aby się czymś zająć Mendoza podszedł do drzwi prowadzących na zewnątrz. A raczej tego co z nich zostało. Zauważył, że wokół metalowych szaf, którymi zabarykadowano wejście pozostało sporo szpar, którymi wdzierało się lodowate powietrze. Mendoza wziął kilka ubrań i spróbował pozatykać szpary. Jednak dosyć sztywne kożuchy nie chciały trzymać się w miejscu. Dopiero zastosowanie bardziej miękkich kombinezonów wkładanych pod kożuchy pozwoliło w miarę szczelnie zatkać wszystkie szpary. Zrobiwszy to Mendoza powrócił na swoje „stanowisko” w pobliżu schodów. Tym razem jednak usiadł, starając się jednak pozostawać możliwie daleko od Radzymiskyego. Aby zająć czymś ręce zaczął rozkładać i składać swój karabin, tak jak uczono go na szkoleniach.
Skoro tu dłużej zabawimy może powinniśmy troszkę tu posprzątać? – powiedział ni to do siebie, ni to do kobiet.

Randolph Clare

-Mówiłem że tu jest coś nie tak , choćmy szybciej zbadać górę i spadajmy …

Wysuwam się przed porucznika i delikatnie otwieram drzwi?

Randol..! – niedokończył porucznik zaskoczony twoim entuzjazmem do pracy i nierozważnością. Obmacaleś klamkę i drzwi się lekko uchyliły. Sam jednak nie dopchałbyś ich i wkroczył porucznik, który po prostu kochały tradycyjny masaż drzwi podeszwą buta. Zaskrzypiałe aluminium i rdza pokazały iż następne pomieszczenie ma podłogę z zimnego stopu metalu. Ściany podobnie. Pomieszczenie po prawej stronie miało parę skrzyń, z przodu parę pustych regałów, na jednym leżała tylko wiertarka firmy McBeeS.
Po lewej stronie do pasa zwisała drabina – również ze stali. Pod nimi znaldował się mały strużek krwi jak i na paru szczeblach drabiny. Kapło. Kropla cieczy z drabiny poleciała na kolejny szczebel, a z tamtąd na kolejny aż wpadnie do małej kałuży krwi. Spojrzeliście w górę i ujrzeliście coś na wzór wyjścia śluzy, obok zaś wyjście wentylacyjne.
Daniel powoli kroczył do drabiny. Dotknął kawałkiem skórzanej, grubej rękawicy krew, która zabarwiła ten odcinek na szkarłat. – Jeszcze nie zaskrzepła ani nie zaschła… – spojrzał na was – On lub ona musi jeszcze żyć! – odsunął się i pokazał na drabinę – Travis, słyszałem, że jesteś dobry w wspinaczce i robienia dziwnych rzeczy na drabinie.

Travis Christie

Spogląda na porucznika – To że krew kapie, nie oznacza, że ofiara żyje… mówi nam to coś zupełnie innego. Mianowicie, że o ile nie było to samobójstwo… w co wątpię, to morderca do niedawna tu był – zakłada broń na ramię i podchodzi do drabiny – Drabina jest trochę śliska od krwi ale jeśli nie będzie dodatkowych atrakcji, spaść nie powinienem wchodzi po drabinie, mimochodem zagląda do wentylacji a następnie zabiera się do zabawy ze śluzą

Randolph Clare

Patrzę trochę z niedowierzaniem w górę i czuję ciarki chodzace po plecach.
Pomagam Travisowi w zabawie ze śluzą.

Travis lekko niepewnie złapał się drabiny i z całym sprzętem z dużą prędkością ruszył na górze zaczepiając się ostrymi butami o szczeble niczym hak.
Rzucił okiem do otworu wentylacyjnego, z którego dochodziły głównie zapachy różnych substancji… siarkowodoru? Nagle poczułeś to samo uczucie jak przed wyjściem ze śmigłowca. Boisz się wyjść na takie zimno, a musisz. Nie możesz niewypełnić rozkazu porucznika. Masz to zakodowane jako żołnierz.
Chwytasz brutalnie śluzę i całą siłą kręcisz ją w prawą stronę. Z początku mozolnie… aż usłyszałeś potężne zassanie się i wypuklenie oraz świst i zimne powietrze wkroczyło do pomieszczenia z płatkami śniegu. Zamieć wciąż trwała, a takowe potrafią tutaj padać tygodniami.
Otworzyłeś śluzę i szybko wygramoliłeś się z całym sprzętem przez ciany otwór.
Jasno. Oślepiająca biała mgła, zza której atakuje cię grad potężnej ilości śniegu. Nie możesz przy takiej wichurze nawet złapać oddechu. Odwracasz się i chowasz dziub pod kożuch.
Gdyby nie ciągłe szarpanie wietrzyska to panowałaby totalna cisza. Przez warstwę białeś ściany ujrzałeś małą wieżę radarową wychodzącą ponad zwały pagórków dookoła bazy. Droga do wejścia to kręte, metalowe schody przyzypane białym puchem.
Porucznik popędził Randolpha – Clare! Ty następny, prędko!

Randolph Clare

Zdopingowany przez porucznika podchodzę do drabiny. Czując pęd lodowatego powietrza poprawiam ubiór i wdrapuję się za Travisem

Travis Christie

Staje na mrozie. Owija swoją twarz szalikiem a na oczy zakłada gogle. Spogląda w przestrzeń i widzi przed sobą nieskończoną biel… prawie tak jak by spoglądał na kartkę papieru. Chłód ogarnia całe jego ciało, pomimo specjalnych ubrań, ciepło szybko go opuszcza – Nie widzę śladów krwi… pewnie śnieg je przysypał – spogląda w dół na porucznika – Zaraz poszukam – klęka koło śluzy i zaczyna odgarniać śnieg wokół

Odgarnąłeś śnieg i co do jednego miałeś rację. Krew ciągle tu była i nie miała zamiaru się usunąć ani zaschnąć.
Zaraz za Randolphem w serce śnieżnej zamieci wpadł porucznik O’Mannley. – I co tam widzisz żołnierzu!? – wykrzyknął przez zamieć mimo, że dzielił was metr. – Musimy szybko ruszyć po tych zwałach śniegu do wieży radarowej. Trzymaj się mocno i idź praktycznie w poziomie. To rozkaz! – odezwał się porucznik i zgarbiony powolnymi krokami ruszał w stronę budowli w kształcie walca. Z goglami na twarzy i on miał problemy z poruszaniem się w punkcie gdzie wicher uderza z całą siłą. Byliście tak wysoko, że pagórki dookoła nie sięgały poza dach.

Randolph Clare

Ubieram gogle i ruszam pomału za porucznikiem.Zapadam się prawie po pas w zaspach sniegu i za radą porucznika prubuje iść w poziomie co nie dokońca mi wychodzi.
A co najważniejsze nie tracę z oczu porucznika.

Travis Christie

Starając się opanować uczucie zimna, ruszył za porucznikiem. Brną przez gruba warstwę śniegu…

…jego umysł jednak, był trochę dalej, wybiegał myślą na przód i zastanawiał się. Myślał o tym co znajdą i bał się, bał się tego po tym co już zobaczył. To miejsce też go przerażało, nawet gdyby byli tu ludzie i nic takiego by się nie wydarzyło, przez samo odcięcie od świata, było to miejsce upiorne…

… gdy jego umysł wrócił do rzeczywistości, spostrzegł, że byli już bardzo blisko budowli… gdzie mogła czekać kolejna ofiara… albo oprawca…

Wśród koszmaru bieli traciliście z pola widzenia porucznika. Coraz mniej widoczny, jakby zatapiał się w białej mgle. Wiatr był potężny i czuliście jak katar z nosa zamienia się w sopel lodu. Daniel upadł pod naporem wiatru, lecz po chwili dramatu wstał i szedł dalej. Dalej… oznaczało większe wycieńczenie i nagle zniknął. Żadnego krzyku, żadnego jęku tylko świst wiatru.

Travis Christie

Nerwowo spogląda w biel przed sobą… biel, kolor niewinności, tymczasem przeraża i przytłacza swym ogromem. Wiatr smaga Travisa po twarzy i przenika przez grube odzienie, aby ranić swym lodowatym zimnem jego ciało. Nie był pewien czy to zawieruch gęstniej, czy może porucznik się od nich oddala… jednak jedno było pewne, nie widział go. Starając się otworzyć usta, starał się krzyczeć pomimo wiatru, który zwracał jego słowa do własnych ust – Poruczniku !!! – z jego gardła dobywał się niemy krzyk.

Nie słyszał odpowiedzi i nie widział adresata… jednak trzymał się tego, co pomimo zawiei, zniknąć szybko nie mogło. Śladów zostawionych przez porucznika, kilkudziesięciocentymetrowej ścieżki przez niego wyrytej w śniegu.

Słowa wykrzyknięte niemal zachrypniętym głosem zginęły w zawierusze. Jak tutaj może być tyle opadów? To tylko około pieprzonych stu pięćdziesięciu milimetrów śniegu, a ty sypie nim zabojczo.
Ostre podeszwy butów zmagające sie z warstwami śniegu doprowadziły cię do leżącego porucznika w śniegu. Próbował się podnięść z całym sprzętem.
Jednostalna nawałnica nagle się zmieniła przybył kolejny potężny podmuch zwalający z nóg. Bezradność i żałosność oraz walka O’Mannley’a o ruch… parę kroków do wieży znajdującej się dziesięć? dwadzieścia metrów? Dojdziecie tam i będzie po wszystkim. Nie widział, że jesteście za nim. Wierzył tylko, że idziecie. Wstyd jego musiał byś niemożebny.
Przynajmniej taką macie nadzieję…

Jesus Mendoza

Mendoza zamyślił się. Nikt nie zareagował na jego słowa o sprzątaniu. „No jasne, oni też nie chcą się zbliżać do tego trupa” – pomyślał. „A tak wogóle to ciekawe jak zginał”. Mendoza widział już w swoim życiu wiele trupów. Ale ten nie przypominał żadnego z nich. „Obcy” – przypomniał sobie słowa jednego z towarzyszy – „piep***ony ufok”. Mendoza widział ten film. Wyświetlano go dosyć często w bazach, w których stacjonował. Ale Mendoza nigdy nie wierzył w Ufo. Co innego świrnięte szajbusy. Mendoza widział do czego są tacy zdolni. Raz taki jeden wypruł gościowi flaki i owinął mu wokół szyi. „Zadusić się własnymi flakami, czy może być gorsza śmierć” – pomyślał. Wtedy też Mendoza drugi raz w życiu zrzygał się z obrzydzenia. „Ech, nie ma to jak miłe wspomnienia w tak przytulnym miejscu jak to” – pomyślał i roześmiał się w duchu.

Randolph Clare

Przez śnieżycę widzę mało ale jeżeli zauważyłem że porucznik gdzieś zniknął podnosze w górę karabin maszynowy i strzelam w niebo jedna krótka serie pocisków.

Travis Christie

Przebija się przez śnieg w stronę porucznika. Kiedy do niego dochodzi, pomaga mu wstać i przebić się do wieży… co ich tam czeka… zobaczymy.

podpor. Lana Smith

-Ech… Najbardzie dobijajaca rzecz na misji… Nuda i czekanie! Za chwilę zaczniemy zapuszczać korzonie i bedziemy pierwszymi roślinami na tym pustkowiu! Mendoza idź sprawdź co z Radzimińskim i zabierz wszystko co mu się juz nie przyda, a nam przeciwnie. Katzeberg! My się w między czasie zabawimy w patologów. Zbadamy trupa. Może uda się coś ustalić… I zabijemy przynajmnie nudę!

Agnes Katzeberg

Agnes cały czas utrzymywała ponurą minę teraz wydawała się jeszcze bardziej posępnieć – Ja? Nie wiem czy to dobry pomysł… – przypomniała sobie jak pierwszy raz zareagowała na ciało – Jestem mało odporna na takie obrazy – powiedziała niezbyt zaciekawionym głosem – Może lepiej ja zabiorę od Radzyminsky’ego rzeczy, a pani podporucznik i Mendoza zajmą się zwłokami? – zaproponowała bardzo zachęcającym głosem. Katzeberg najwidoczniej nie popierała pomysłu Lany, wolała próbować współpracować z wariatem niż badać ludzkie wnętrzności.

Jesus Mendoza

Taa jest – odparł, choć w głosie jego próżno było szukać entuzjazmu – a nie prościej by było go po prostu kropnąć?. Mendoza po chwili wahania odłożył swój karabin na ławkę, na której siedział. Powoli podszedł do Radzyminskiego uważnie go obserwując, gotów do natychmiastowej obrony. „A bo to wiadomo co takiemu do głowy strzeli” – pomyślał. Im bliżej był chorego, tym wolniej i z większą niechęcią zbliżał się do niego.

podpor. Lana Smith

-Kwestionujesz rozkaz? Zresztą i tak najpierw musimy zrobić jakiś stół operacyjny.

Jesus Mendoza

W głowie Mendozy zaświtała nadzieja, że nie będzie musiał się jednak zbliżać do świrusa.
Pani porucznik, może tak będzie lepiej, ja tam się już różnych trupów napatrzyłem i mnie to tak nie rusza, a tego tam, mógłbym niechcący uszkodzić – powiedział wskazując na Radzyminskiego.

Agnes Katzeberg

Nie, nie, ja nie kwestionuję… raczej proponuję jedynie zamianę ludzi, tak byłoby lepiej… – Agnes znów zaproponowała swoją myśl. Była zadowolona, że Mendoza z chęcią zająłby się nieboszczykiem.

podpor. Lana Smith

-Niech będzie. Ale i tak przy sekcji przydacie się oboje.

Agnes Katzeberg

Agnes wzruszyła ramionami i westchnęła – Dobrze… już dobrze – powiedziała niechętnie. Stanowczo nie chciała wchodzić do tamtego pomieszczenia, z drugiej strony… w razie czego nie miałaby już co zwrócić i tak straciła całe śniadanie. Ruszyła powoli w stronę Radzyminsky’ego *Ja umiem naprawiać, a nie badać* pomyślała *Po co mi tykanie się jakiegoś nieszczęśnika, co mu ktoś brzuch rozerwał… ja nie wiem…* Agnes zaczęła marudzić w myślach i przyglądać się stanowi w jakim był Jack.

Na parterze opuszczonej jak się zdawało budowli rosło napięcie. Nikt nikogo nie miał ochoty słuchać, najlepiej być zdala od tej brudnej roboty. Zdala od tego wszystkiego. Zdala z tego ponurego miejsca. Każdy marzy o bezpiecznym łóżeczku, gdzie popija swoje nudy poranną herbatką z miętą. Wstaje z miękkiej pościeli i otwiera okno…
Za którym było wieczne więzienie. Parę pomieszczeń, których się bali. Wszystkie były okropne poza tym jednym. Zwykłym przedpokojem z szafami na ubrania, kombinezony. Pare zimnych łaz po środku, mówiły wam „Zero Komfortu”. Agnes została w na swoim miejscu zastanawiając się co robić.
Twardszy Mendoza ruszył za podporucznikiem medycznym Smith. Zimo, gruby kożuch obejmujący ją mocno był zdecydowanie za duży dla małej główki blondynki, która osiągnęła wiele w wojsku. Teraz po całym motłochu zaczął jej wystawać zza niego biały kołnierz.
Ruszyliście do pomieszczenia jadalni, w której niecierpliwie burczał wentylator. Cały sprzęt AGD, z królującymi lodówkami i chłodziarko zamrażarkami drżał freon. Niepokoiły was te dźwięki. Boiliście się, że te dźwięki zagłuszą Coś skradającego się w każdym rogu, krawędzi pomieszczenia. Za stół operacyjny mogły posłużyć stoliki jadalne, których liczyliście około pięć. Jeden ładnie stojący przy drzwiach. Bardziej w prawą stronę znalazł się drugi bez żadnego krzesła i złocistym płynem na podłodze przypominającym mocz lub sok z jabłek. Po środku pomieszczenia był stół przewrócony, zaś na lewo od niego, tuż przy kuchence był stół z dwoma białymi, plastikowymi krzesłami odrzuconymi w tył. Tuż przy miejscu spoczynku ciała mężczyzny w białym fartuchu z otwartym brzuchem, ukazującym wszystkie narządy wewnętrzne układu pokarmowego stał okrągły stół. Krew po brzuchu… i białym materiale spływała na podłogę. Biały plastikowy dysk na czterech nogach trzymał na sobie wymioty zmieszane z ciemną krwią. Wyjątkowo ciemną krwią. Ciało biedaka nie pozwalało wam na niego nawet patrzeć. Lana o delikatnych nerwach, lecz doświadczeniu i częstych obecnościach na sali operacyjnej wytrzymała to. Głównie i Mendoza trzymał się twardo.

* * *

Trzymaliście za słowo porucznika. On miał was tam zaprowadzić.
Travis i Randolph. Seria Clare’a zagłuchła w wianiu wiatru. Dźwięk nie do opisania. Nawet na florydzie nie było takich podmuchów i świstów.
Christie dobiegł szybko do porucznika. Szybko ukląkł i objął go, aby z całą siłą wyrwać z warstw śniegu. On zaś odparł słowa, które na pewno nie pojawiały się podczas porannego rygoru. Były wypowiedziane głośno – Dziękuję żołnierzu! – nie wiedział nawet gdy to usłyszałeś mimo, że byłeś przy nim – Idziemy dalej! – wykrzyczał w śnieg – Randolph! – popędził ostatniego kompana – To tylko pare kroków! – i odwrócił się zgarbiony i ruszał dalej do wieży radiowej, na której znajdowała się zalodowacona antena radarowa – która nawet się nie poruszała.
Po poważniejszych krokach doszliście do schodów i wszystko było już zrobione. Złapaliście się metalowej poręczy i ciężkimi krokami dawaliście stopień za stopniem. Randolph, który wszedł ostatni niestety otrzymał upadek z pośpiechu. Śliskie, zlodowaciałe schody są mimo wszystko wielkim utrudnieniem w ostatnim stadium zmagania się z zamiecią.

Jesus Mendoza

Mendoza niemal z radością przyjął słowa pani podporucznik. Szybko wrócił do „swojej” ławki, pochwycił leżący tam karabin i zarzucił sobie na plecy. Ochoczo wszedł za podporucznik do „jadalni”. Jednak widok trupa przygasił nieco jego entuzjazm. Aby nie musieć na niego patrzeć postanowił znaleźć sobie zajęcie.
Zestawię kilka stołów, aby było go gdzie położyć. – powiedział.
Mendoza zdjął z pleców karabin i zamierzał położyć go na pobliskiej szafce. Jednak ręka z karabinem zawisła w powietrzu. Mendoza rzucił przez ramię ukradkowe spojrzenie na drzwi, któymi wszedł przed chwilą, po czym wszedł kilka kroków głebiej do pomieszczenia i dopiero tam położył karabin na szafce. Następnie chwycił pobliski stół i ustawił go w takim miejscu, aby był dobrze oświetlony. Do tego stołu dostawił dwa kolejne wybierając te o zbliżonej wysokości oraz najczystsze ze wszystkich.
No, mam nadzieję, że tak będzie dobrze.

 

Randolph Clare

 

Ku….a wymkneło mi się z ust gdy bolesnie uderzyłem sie w lewe kolano chcąc zamortyzować upadek przy schodach.

Nie jest żle – pomyślałem
Juz jestem prawie u góry

Agnes Katzeberg

Agnes przyjrzała się uważnie Radzyminsky’emu, w głowie odtworzyła słowa Lany kierowane do Mendozy, aczkolwiek teraz było to jej „zadaniem” *Idź sprawdź co z Radziminsky’m i zabierz wszystko co mu się juz nie przyda, a nam przeciwnie…* – No dobra – powiedziała do siebie i ruszyła w stronę nie w pełni zdrowego na umyśle. Początkowo jego stan ją zaskoczył, bo Jack wydawał się być spokojniejszy, od dawna nikt nie słyszał jego bełkotu, chociaż nadal dziwnie się kiwał i chwiał. Agnes spróbowała dopatrzeć się czegoś co przydałoby się mu odebrać *Hmm…* pomyślała wpatrując się w niego *A może już z nim lepiej? Chociaż… kto wie co mu właściwie się stało, w pomieszczeniu było ciemno, jedynie latarka… na długo został sam, po tym jak wszyscy uciekli, może uderzył się porządnie o coś w głowę?* Agnes spróbowała sprawdzić czy Jack reaguje chociaż na nazwisko – Radzyminsky – powiedziała do niego spokojnie, jej głos dobrze rozniósł się po pomieszczeniu *Może już z nim lepiej?* myślała Agnes.

Travis Christie

Staje zaraz za porucznikiem i z trudem krzyczy do niego – Mamy pana standardowo osłaniać? W tych warunkach ciężko będzie zobaczyć, co jest w środku! – czuje jak jego ciało oddaje coraz więcej ciepła a pogoda wcale nie wyglądała tak jak by miała się poprawić

Agnes Katzeberg

Tymczasem Agnes zauważywszy, że Radzyminsky nie reaguje na swoje nazwisko spróbowała odebrać mu apteczkę i pełny magazynek. W tym celu trzeba było sprawdzić gdzie Jack przetrzymywał owe rzeczy…

Magazynek został Radzyminskiemu zabrany przez żołnierza Randolpha, zaś jedyna przydatna rzecz u tej śliniącej się istoty to sprzęt z apteczki w plecaku, którą pośpiesznie mu odebrałaś. I morfiną można sobie zrobić krzywde. Nie mogłaś patrzećjak się wije i pokazuje palcem coś daleko przed sobą. Widzisz to. Widzisz strach w jego oczach. Widzisz to Coś.

* * *
Mendoza poukładał krzesła i stoły w ciemnym pomieszczeniu dając miejsce dla zwłok mężczyzny.

* * *
Zaś nad głowami wszystkich dach stał się innym wymiarem. Astrefowa przestrzeń nie dająca złapać oddechu, a śnieg wchodził wszędzie. Do uszu, do nosa, do oczu i ust, które próbowały złapać większy oddech.
Randolph złapał się kurczowo poręczy i z bólem w lewym kolanie wstał i jako ostatni doszedł z porucznikiem i Travis’em po krętych scohdach do miejsca gdzie się kończyły. Gdzie kończyły się one i zaczynało wejście do wieży radarowej.
Porucznik pociągnął za klamkę, z której opadł śnieg. Była na niej krew…
Jeszcze silniej zaczął machać klamką. Zamknięte. – Zamknięte cholera! – wydarł się porucznik, który psychicznie był już podłamany. – Otwierać do cholery jasnej! – krzyknął jak grochem o ścianę i puścił serię z karabinu po zamku. Dało radę…
Wystarczyło dokopać w to miejsce i zamek sam odleciał na podłogę wnętrza wieży gdzie wprowadził się mały przeciąg.
Kafelki… jak i blady sufit ze ścianami, dookoła których pchały się panele do urządzeń optycznych i radiowych. Porucznik z niespokojem wkroczył do środka. Na ziemi była krew. Przy ścianie przy początku biur panelowych zaczynały się kręte schody na kolejne piętro małej wieży radarowej. Słyszeliście dźwięki powstarzające się systematycznie. *tik* *pip* *tip*… dochodzący znad waszych głów.

Agnes Katzeberg

Dziewczyna przez chwilę widziała strach w oczach Jack’a. Strach? Przerażenie, jakiś nieopisany lęk… ale przed czym? To ciało zamordowanego wprowadziło Radzyminsky’ego w ten stan? Agnes z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Jack’a, sama nie wiedziała o co w tym wszystkim chodziło. Kto zabił naukowca, gdzie reszta… czemu wszędzie jest krew i jakiś żółtawy płyn… co stało się na tym odludziu? Wydawałoby się, że Antarktyda to ostatnie miejsce do popełnienia zbrodni… Kto jest zdolny do takiego morderstwa? Zmasakrowane ciało naukowca z „otwartym”… rozprutym szeroko brzuchem. Może nie kto, a co tego dokonało? Może do stacji wdarł się niedźwiedź polarny? Nie, to niemożliwe. Naukowcy poradzili by sobie ze zwierzęciem, to musiał być morderca, albo… coś innego. Agnes nie wiedziała co myśleć, w głowie miała mętlik. Dobrze, że udało jej się zabrać apteczkę. Stan Jack’a nie irytował jej, było jej żal tego człowieka. *Mam nadzieję, że wyjdzie z tego i będzie w stanie opowiedzieć nam co go tak wystraszyło* pomyślała. Westchnęła, teraz wróci do pokoju z ciałem, aby badać nieboszczyka… Agnes nie chciała tego robić, ale Lana była starsza stopniem. *Wojsko…* Agnes powtórnie westchnęła, żałowała, że dostała tu staż. Nie lepiej było by zostać w domu? Niż wybierać się tutaj… na Antarktydę, gdzie w stacji oprócz ciała tkwi okropna tajemnica… tajemnica śmierci i zniknięcia całej załogi stacji polarnej… Agnes patrząc w oczy Jack’a sama nie wiedziała czy momentami nie widzi mordercy. Tak… Radzyminsky właśnie to musiał zobaczyć w tamtym pokoju… musiał zobaczyć mordercę. Całą tajemnicę zna wariat niezdolny do rozmów. Agnes zastanowiła się nad stanem Jacka, trzeba go przywrócić do równowagi.

Randolph Clare

Wchodze zaraz za porucznikiem i zajmuje miejsce po jego prawej stronie.
Jestem strasznie zdenerwowany ale próbuje nad soba zapanować , gdyby jeszcze nie ta noga…….
Rozgladam sie po pomieszczeniu zwracając szczególna uwagę na schody do góry.

Jesus Mendoza

Mendoza z zadowoleniem spojrzał na przygotowany stół „operacyjny”. Następnie podszedł kilka kroków w stronę trupa. Jakieś dziwne dreszcze przeszły mu po plecach. „To tylko trup” – skarcił się w myślach – „martwy, zimny trup. On już nic nikomu nie zrobi. Żywi ludzie są dużo groźniejsi.” Nieco uspokojony przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym obrócił się w stronę Lany.
Pani porucznik, sam go nie udźwignę.

podpor. Lana Smith

-Dobra. Teraz potrzebuję jakiś narzedzi. Noże, nożyczki, piła… Wszystko co moze zastąpić narzędzia chirurgiczne. Do tego kosz na odpadki, kilka par rekawiczek gumowych, coś na fartuch itd. I dyktafon, lub coś w tym stylu. Byle było sprawne i zdolne do nagrywania.
Podporucznik sama ruszyła na poszukiwania brakujacego sprzętu.

Jesus Mendoza

Jesteśmy w kuchni, więc powinni tu mieć jakieś rękawiczki i noże. Natomiast może być problem z dyktafonem. Nie widziałem nigdzie nic podobnego.
Mendoza otwiera pokolei wszystkie szafki i szuflady w pomieszczeniu poczynając od tych najbliżej niego, szukając rzeczy wymienionych przez Lanę oraz rzeczy, które ogólnie mogą się przydać. Omija jednak szafki na których leży trup.

Agnes Katzeberg

Agnes tymczasem bardzo ociągała się z wstaniem od Radzyminsky’go. Wyobrażała sobie najgorszych zbirów, którzy mogą czaić się za każdym rogiem… mordercy, potwory… rozmyślała Agnes. W ręku trzymała apteczkę. Dopiero jakiś głośniejszy hałas przestawianych mebli wyrwał ją z zamyślenia. Wstając niemal natychmiast napotkała Lanę – Proszę… – wręczyła jej uroczyście odebraną apteczkę Jacka – To wszystko co miał, może w środku jest coś co by się przydało… swoją drogą, czy naprawdę muszę uczestniczyć w… eee… – niewiedziała jak określić krojenie ciała – Aha… w sekcji? – mówiła niechętnym głosem – Mdli mnie na widok tego nieszczęśnika – stwierdziła i wpatrywała się w Lanę – Jestem mechanikiem, żaden ze mne lekarz, nawet jako pielęgniarka bym się nie sprawdziła – Agnes była jakaś nieswoja. Myśli o mordercy przerażały ją, a strach przetrzymywała gdzieś w głębi siebie… rozmyślenia nie dawały jej spokoju, nawet rozmowa z Laną nie kleiła jej się. Jedyne co Agnes chciałaby teraz zrobić to wydostać się ze stacji. Miała dość ciała, tajemniczego zabójcy i wypraw do niezbadanych zakątków stacji. Kończąc rozmowę na temat sekcji zwłok spojrzała na korytarz – Długo nie wracają… – powiedziała smętnie.

podpor. Lana Smith

-To skombinuj jakiś dyktafon – rzuciła biorąc od niej apteczkę – Byle działał – Lana zamyśliła się – Jeśli to stacja badawcza, to gdzie jest jakieś laboratorium? Powinni mieć coś w tym stylu. Tam powinno być mnóstwo przydatnego sprzętu. Tylko, że ja go nigdzie nie kojarze…

Agnes Katzeberg

Dyktafon? – Agnes zdziwiła się – Przecież… tu nie ma dyktafonów – stwierdziła, wizja triumfalnego odnalezienia sprawnego dyktafonu na zamarzniętej stacji polarnej była dla niej bardzo odległa – Mogę iść poszukać… – odpowiedziała w końcu widząc wzrok Lany. Może gdzieś takowy będzie, duża liczba naukowców bardzo często korzysta z dyktafonów by później analizować swoje wnioski i doświadczenia. Agnes wzruszyła ramionami, wolała szukać dyktafonu niż sterczeć nad zwłokami. Ruszyła korytarzem, następnie weszła schodami na górę. Co prawda pamiętała, że tam raczej dyktafonu nie ma… ale wiedziała, że nie ma tam i mordercy. Poza tym Agnes chciała ponownie sprawdzić dźwięk w nadajniku. Kiedy tylko znalazła się na górze wyjęła nadajnik i nastawiła na najwyższe częstotliwości…

Travis Christie

Wie pan co poruczniku… nie lubię tego miejsca – rozgląda się – Wszędzie krew, ślady… a ciał nie ma… a jeśli są to wyglądają jak z jakiegoś horroru, który napisał ktoś naprawdę po*****y – podchodzi w stronę schodów – Prawdopodobnie tam jest to czego szukamy… trudno będzie się na nich osłaniać… Kto idzie pierwszy?

Ja odparł krótko porucznik. – wiedzieliście dzięki tej odważnej decyzji w nim przywódcę. Odpowiedzialną osobę, która dwa o niższych stopniem.
Oddech będący wydychaną parą wodną towarzyszył każdemu z was. Daniel w tym cichym momencie powtawił but krok dalej przy czym usłyszeliście tylko echo.
Z góry nagle doszedł was dziwny dźwięk. Coś jak duszenie się albo wysiłek albo ostatnie wybrzęki agonii. Porucznik bardziej nerwowo i szybciej wbiegł na schody i na górę wieży radarowej.
I drżącym echem odbiły się dźwięki walenia podeszwami o twarde, metalowe schody mocno trzymające się kamiennej, zimnej ściany.
O’Mannley wbiegł na górę i przywitało go pomieszczenie węższe niż na dole. Panele kamer bezpieczeństwa, nadajniki, radyjka. Centrum całego dowodzenia bazy. Jednak nie atmosfera była tutaj zła tylko przerażające było to co zobaczył w końcu pomieszczenia, około dwa metry od niego. Wpatrywał się w to miejsce swymi ślepiami z otwartymi ustami. Nie poruszał się. – Travis, Mendoza… chyba coś znaleźliśmy… – i zamilkł jakby czekając.

Travis Christie

Nie czekając na znak czy jakikolwiek inny bodziec rzucił się biegiem na górę. Nie wiedział co zobaczył porucznik, ale nie często zawodowy żołnierz zatrzymuje się i mówi coś takiego takim głosem… pierwsze co mu się skojarzyło to serial X-File’s, gdzie tekst ” Chyba coś znaleźliśmy ” był częsty… i nie wróżył miłych rzeczy. Po chwili stał już przy poruczniku i spoglądał tam gdzie on…

Randolph Clare

W tym samym momencie w którym usłyszałem słowa porucznika natychmiast wskoczyłem na schody i pokonując po dwa stopnie wsiełem się na górę . Nie udało mi się wygrać rywalizacji z Travisem więc jednocześnie staneliśmy na piętrze.

Jesus Mendoza

Mendoza poczuł się dość nieswojo, gdy Lana zostawiła go samego w „jadalni”. Podszedł do miejsca, w którym zostawił swój karabin. Wziął broń i nieco uspokojony zarzucił sobie na plecy. Spojrzał jeszcze, jakby mimochodem, na drzwi, za którymi zniknęła Lana, po czym wrócił do przeszukiwania szafek.

Mendoza wraz Agnez – specjalistką od wszelkiej maści mechanicznych zabawek wzięli sie za nowe zajęcie, które przynajmniej sprawi, że przestaną im marznąć zadki. W pokoju o zimnych walorach znowu przeszukiwane zosatły szafki, pełne narzędzi… niedojedzonych kanapek, butów, a nawet maszyna do szycia. Nigdzie jednak nie było porządnego dyktafonu.

* * *

Echo rozniosło drżenie kołotanie wdłuż walcowatego kształtu wieży. Daniel patrzył nerwowo w stronę przeciwną do niego.
Travis wraz z Clarem ujrzeli to samo. Mężczyzna z dziwną, bordową plamą lub wyrwą na szyi. Wciąż żył, zaś oczy miał przekrwione, ciężko dyszał, kurczowo ściskał pistolet. – ueeah… – wydał z siebie okropny jęk, jakby czuł ból niemożebny i umierał. Było w tym tyle wrzasku, tyle wołań o pomoc. Nawet jęczenie z płaczu. Żałość.
Ubrany był w futrzany kombinezon, rozdarty po prawej stronie gdzie wyciekało trochę krwi.
Gdy usłyszałwas odparł – Pomocy… – i zwymiotował samym kwasem żołądkowym. Jego zwrócone śniadanie było pare kroków na prawo. Na twarzy miał parę malutkich bąbli. Pot, łój, zmęczenie i jęki…
O’Mannley odparł szybko z oniemania – Pomóż mu Travis! Clare, ty biegnij po podporucznika Lanę, aby przyszła ze sprzętem. Potrzebujemy medycznej opieki. Wykonać! – ostatnie słowo było niemal nerwowy okrzyk. Podbiegł do mężczyzny – Co panu jest?

Randolph Clare

Zanim usłyszalem ,,Wykonać” zdążyłem juz pomysleć – Ku..a juz po nich.

Stanowczy ton glosu porucznika jednoznacznie wybił mi z glowy oponowanie.Odwróciłem sie na pięcie i zszedłem po drabinie na dół i skierowalem sie ku wyjściu na zewnątrz.

Jesus Mendoza

Szafki w „jadalni” okazały się skarbnicą dóbr wszelakich. W pobliżu zlewu Mendoza znalazł kilka par gumowych rękawic, jeszcze w oryginalnych opakowaniach. Polarnicy używali je chyba przy zmywaniu naczyń. Tuż obok leżało kilka śnieżnobiałych ręczników. Nimi również Mendoza się „zaopiekował”. Koło kuchenki natomiast wykrył fartuch kucharski z pokaźnym napisem „Kiss the Cook”. Niewiele dalej znalazł też mopa oraz wiadro na kółkach. Jednak największy skarb zawierała spora szafka niedaleko wejścia do pomieszczenia. Był to zestaw narzędzi, którym spokojnie można by było obdarzyć sporej wielkości warsztat. Mendoza wybrał z nich to, co uważał, że może przydać się podczas sekcji: poręczny młotek, zestaw dłut, ręczną piłę do metalu, jakieś cegi czy szczypce, kombinerki, nożyce oraz ogrodniczy sekator (co robi sekator na tym lodowym pustkowiu?). Wszystkie te „skarby” złożył na jednym ze stolików, które wcześniej ustawiał. Po chwili zastanowienia przyniósł też dwa noże różnych rozmiarów oraz buteleczkę detergentu, którą znalazł obok mopa. Może pani porucznik będzie chciała odkazić narzędzia, tylko czy trupowi mogą zaszkodzić brudne narzędzia?

Agnes Katzeberg

Agnes wróciła na dół. Smętna i przybita z powodu mało chętnego do współpracy nadajnika, w dodatku przy tym wszystkim zapomniała o dyktafonie… Kiedy tylko spotkała Lanę odrazu powiedziała jej, że na górze nie ma dyktafona, choć prawdą było, iż nawet nie próbowała go znaleźć…
Widząc jak Mendoza wyszukuje wszelakie przedmioty postanowiła trochę mu pomóc. Przeszukała jeszcze kilka szuflad, ale ich zawartość wydawała się mało potrzebna. Po całej akcji Agnes niechętnie zaczęła przyglądać się wszystkiemu…
Czym zamierzasz go… pokroić? – zapytała Lanę.

Travis Christie

Stał chwilę zszokowany, szybko się opanował i ruszył szybkim krokiem w stronę mężczyzny, w tym samym czasie odezwał się do porucznika – Cholera. Co ja mam zrobić… nie mam nawet bandaży… nic nie mam… cholera – staje przy mężczyźnie i stara się zatamować krwotok, bierze jakiś kawał materiału i robi co tylko jest w stanie aby pomóc temu człowiekowi, aby dotrwał do przybycia medyka

podpor. Lana Smith

-Nożem. Albo piłą, zależy gdzie będę cieła. A, że nie znalazłaś dyktafonu, to będizesz notowałą to co będe mówiła. Nie musisz się patrzeć, ale powinnaś być blisko. Za to Mendoza będzie mi pomagał przeprowadzić sekcję. Hmm… Potrzebujemy jeszcze czegoś do przechowania próbek tkanek. Jakieś pojemniki… Słoiki czy coś w tym stylu.

Travis owinął wokół mężczyzny częśc swojego kożucha. Mocny uścisk da rade zatamować część rany. Przy tej operacji mężczyzna krzyczał z
bólu. Widzieliście łzy w jego oczach. – Zajmiemy się tobą. Nie zostawimy cię tutaj. – odparł troskliwie porucznik, zaś w odpowiedzi otzymał unoszącego w głowę mężczyznę, który z zamkniętymi oczyma przeżywał ból – Aahhh… Bo – chwila… – Bo – że… – zająkał się z łkaniem. Taki twardy mężczyzna skomlający musiał czuć potworny ból. – ah.. to j-j… to jjest w środku – i wydał znowu dziwny jęk dławienia się przy czym złapał go kaszel i wypluł z ust ślinę z częścią gęstej, czarnej mazi. Cierpiał tutaj od wielu godzin, może dni…
Travis ujrzał w kącie pomieszczenia zaraz obok poręczy od schodów strzykawkę w kształcie czegoś jak pistolet. Była pusta. Można nią łatwo wyssać krew lub inną substancję z organizmu.

* * *
Clare z nadal pobrzmiewającym od bólu prawym kolanem ruszył spowrotem w śnieżną zawieruchę trzymając się mocno poręczy. Wiatr jednak lekko ustępował przechodniowi po dachu i wkrótce doszedłeś do otwartej śluzy – jaką ją zostawiliście. Weszłeś do środka po drabinie.

Randolph Clare

Całą droge do śluzy myślałem że jak uda mi się wrócić do porucznikia i Travisa to napewno będą duże klopoty. Zresztą sam tego chciał. Schodze po drabinie do śluzy.

Travis Christie

Ociera pot z czoła. Wszędzie mróz a ja pocić się zaczynam… to jest chore. Spogląda mężczyźnie prosto w oczy – Co jest w środku? Ktoś cię postrzelił? To nie wygląda na ranę postrzałową… powiedz, jak przyjdzie medyk, będzie wiedział co robić… trzymaj się… na pewno zaraz tu będzie. Wiem, że boli, ale musisz wytrzymać… gdyby ból narastał weź to i włóż między zęby i zagryź – daje mu znaleziony gdzieś nieduży twardy przedmiot o mniej więcej owalnym kształcie… po chwili odwraca się – Spokojnie, nie ruszaj się – rusza w stronę strzykawki a następnie ją podnosi i ogląda

Jesus Mendoza

Słoiki? W lodówce widziałem słoiki.
Mendoza podszedł do lodówki i otworzył ją szeroko.
Zobaczmy co my tu mamy – mruknął półgłosem – porzeczka, morela, o śliwka, może być.
Mendoza wyciągnął z lodówki słoik z kompotem śliwkowym. Zgrabnie otworzył wieczko i pociągnął solidny łyk. „Kurczę, gdyby nie ten trup, to byłoby tu jak na majówce” – pomyślał. W tej chwili uświadomił sobie co za chwilę znajdzie się w słoiku, który trzymał w dłoni. Z wstrętem wypluł płyn z ust do zlewu a następnie wylał tam pozostałą zawartość słoika. Przepłukał słoik pod bieżącą wodą i podał go Lanie. Gdy ujrzał zdziwiony wzrok kobiet powiedział:
Paskudztwo, chyba był przeterminowany.
Skłamał, bo tak naprawdę nie był w stanie powiedzieć jaki kompot miał smak. Ale wizja ludzkich organów w słoiku skutecznie odebrała mu apetyt.

Agnes Katzeberg

Przeterminowane? – Agnes spojrzała na kolegę i pokręciła głową – Radzę wogóle nie brać do ust żadnych tutejszych płynów… mogą być nie tyle co przeterminowane, a poprostu trujące, skąd miałeś pewność, że w tym słoiku nie badali wytrzymałości śliwek na soki trawienne? – z zniesmaczoną miną przyglądała się chwilę słoikowi – W końcu tu byli sami naukowcy… – wzruszyła ramionami i poszperała w plecaku za jakimś notesem i czymś do pisania.

Randolph Clare

Jeżeli nic nie stoi mi na drodze to wracam do pomieszeznie gdzie zostawiliśmy Radzymińskiego i reszte drużyny.

Agnes Katzeberg

Dziewczyna po dłuższym szperaniu między zawartościami plecka wyjęła nareszcie kolorowy notes i długopis z reklamą jakiejś firmy samochodowej – No dobrze… jak już mam zmienić swój zawód to mogę notować… ale przypominam, że kroić nie będę – stwierdziła stanowczo Agnes i stanęła bliżej Lany czekając na wskazówki.

Pani podporucznik trzeźwym okiem i doświadczonymi rękoma robrała się do trupa. Zwłoki mężczyzny ubranego w oliwkowe spodnie i biały fartuch były przyplamione zaschniętą krwią. Część brzuszna zbliżona do narządów płciowych i miednicy była wydarta na zewnątrz przez co łatwo można było przeglądnąć narządy wewnętrzne, jeśli się tam jeszcze znajdowały. Ciało miało na oko metr, osiemdziesiąt. Mężczyzna miał siną, bladą i szarawą twarz rozciągniętą wzdłuż szyi i czoła. Oklapłą. Pare zadrapań nad prawym uchem, mocno nadszarpanym. Szyja zaś znaczyła się paroma bliznami i widocznym garbem z tyłu. Lana przyjżała się dokładniej twarzy, blade, szorstkie usta wciąż pieniące się od wazeliny, która przy tym mrozie była potrzebna bardziej niż prostytutce. Znaczysty nos z paroma piegami i dekadą wągrów. Powieki oklapnięte, niemal czarne.

* * *
Clare z biegem i ciągłym dyszeniem powodującym pare wychodzącą z ust wbiegł na dół do sali gdzie nie zastał Agnes tylko samotnego Radzyminskiego, który jak niemowlak pokazywał palcem coś przed sobą. Coś na suficie…

Agnes Katzeberg

Agnes pukała odwrotną stroną długopisu o notes kiedy Lana nic nie mówiła. Być może był to wynik nerwów, być może znudzenia. Przyglądając się poczynaniom Lany przypomniały jej się sceny z jakiegoś horroru, przy bardziej drastycznym cięciu czy też wyciąganiu narządu Agnes poprostu odwracała się i nie patrzyła na nieboszczyka. Niemiły dreszcz szybko przeszywał jej ciało. Notowała wszystko co mówiła pani podporucznik… i z ciężkim sercem czekała na koniec tych „badań”…

Travis Christie

Staje pod ścianą i spogląda na rannego, w między czasie poprawia broń maszynową, która zwisa mu z ramienia – Powiedz co się stało i kto, jak i czym ci to zrobił… – starał mówić się formalnie i spokojnie… ale sytuacja bynajmniej na to nie pozwalała, tym bardziej stan tego człowieka – … pomoże to medykowi, który niedługo przybędzie, oraz nam gdyby on się znowu pojawił

Jesus Mendoza

„Mam nadzieję, że z tymi sokami trawiennymi to ona żartowała” – pomyślał Mendoza z trudem powstrzymując odruchy wymiotne. Na dodatek Lana zaczęła kroić trupa, co raczej nie należało do zbyt apetycznych widoków. „Nie mogę się zżygać – pomyślą, że jestem mięczakiem”. Mendoza stanął w pobliżu Lany, aby podawać jej potrzebne narzędzia, ale starał się nie patrzeć na trupa.

Mężczyzna łapiąc chapczywie oddech wypluł ślinę w bok i spojrzał na was ciężko oddychają. Moglibyście przysiąc, że klatka piersiowa po prostu skakała przy oddychaniu. – Ja… oni wszyscy… ja to czuje w środku. Oni wszyscy… – zatrymał się łapiąc oddech – Pić… – i zamilkł. – Błagam… – zająkał żałośnie.

Travis Christie

Travis spogląda ze sutkiem na mężczyznę, który stojąc u progu śmierci zaczyna bełkotać… jednak jedno musiał zrobić. Podszedł do mężczyzny i podał mu manierkę z wodą (… albo termos, który utrzyma jej temperaturę, nie wiem co mam) pomagając mu pić – Spokojnie… wytrzymaj, niedługo się zjawią

podpor. Lana Smith

-Katzeberg, notuj. Mężczyna; lat na oko czterdzieści kilka; przypuszczalny czas zgonu nieznany; wzrost około pieciu stóp i jedenastu cali; skóra blada, sinawa z zapaściami, rozciągnięta na szyi i czole; na szyi kilka cztery blizny, 2,5 cala, 3 cale, 4 i pół cala oraz 5 cali; dziwna narośl z tylu, wyglądająca jak garb; włosy siwe, pierwotny kolor nieznany; nadszarpane prawe ucho; liczne zadrapania wokół niego; usta pełne, wąskie, spierzchłe od wazeliny; nos rzymski, piegowaty; oczy: rozstaw na około cal, zielone; oklapniete, niemal czarne powieki.

Randolph Clare

Wbiegając do pokoju zwrócilem uwagę na leżącego na podłodze Radzymińskiego. Jego stan jest taki sam ja przed moim wyjściem na zewnątrz tylko o dziwo nie ma przy nim nikogo !.

Gdzie jesteście , Hallo to ja Randolph – krzycze walcząc z wdzierającym się do pomieszczenia wiatrem.

Uwagę moją zwrócił gest Radzymińskiego wskazujący na sufit.
Spoglądam w tamta stronę kierując tak lufę karabinu maszynowego.

Agnes Katzeberg

Agnes pośpiesznie notowała wszystko co mówiła Lana, nagle usłyszała hałas z holu – Chyba ktoś wrócił… – powiedziała kończąc pisanie ostatniego słowa. Zerknęła w stronę wejścia do pokoju, w którym tkwili z trupem naukowca – O…o… zostawiliśmy Radzyminsky’ego samego… – popatrzyła po twarzach zebranych osób.

podpor. Lana Smith

-O w mordę! Ktoś mu chyba wsadził granat w żołądek i poczekał aż wybuchnie! – skoemntowała ranę – Kompletna eksplozja i dezintegracja narządów wewnętrznych… Nie pisz tego, Katzeberg. Hmm… Zapisz tak… Rana na brzuchu, od mostka do genitaliów, długości mniej wiecej jedenastu cali i szerokości ośmiu; narządy jamy brzusznej zniszczone i niemozliwe do zbadania w obecnych warunkach – Lana przyłozyła rękę do rany i spojrzała wgłąb – prawdopodobna przyczyna: wewnętrzna eksplozja; przystepuję do penetracji klatki piersiowej. Mendoza, podaj mi piłę…
Pani podporucznik była całkowicie zaabsorbowana sekcją. Puściła koło uszu uwagę Katzeberg.

Randolph, który wiedział, że ostrożności nigdy nie zawiele szybko spojrzał w miejsce gdzie pokazywał Radzyminsky. Jednak nic tam nie było poza mrugającym, zepsutym neonem. Małe światelko musiało być wielką zajawką dla Jacka. Tak strach może zniszczyć tak psychike człowieka. Radzyminsky spojrzał na ciebie – Clare? Tam to jest – zaśmiał się i zamknął oczy opierając się plecami o ścianę. Leżał na zimnej posadzce…

Randolph Clare

Spogladam na Radzymińskiego z………….różnymi pomysłami w głowie i udaje się w poszukiwanie pozostałych członkiów grupy

Jest tu kto, halo – krzyczę krok za krokiem

Jesus Mendoza

Mendoza usłyszał hałas w sąsiednim pomieszczeniu. „Może to ten świrus znowu rozrabia” – pomyślał. Dla pewności skierował lufę swojego karabinu w stronę drzwi. Na prośbę Lany podał jej piłę, nie odrywając jednak wzroku od drzwi, zza których usłyszał odgłosy.
Standardowego granatu nie byłby w stanie połknąć. To musiał być raczej spreparowany materiał wybuchowy. Tylko jaki psychol wykańcza ludzi w ten sposób? – powiedział do Lany.

Agnes Kazteberg

Tymczasem Agnes skończyła notować ostatnie słowa pani podporucznik i zamknęła notes nie pytając się czy to już koniec sekcji…
Tutaj jesteśmy! – zawołała w stronę wyjścia z pomieszczenia. Po cichu miała nadzieję, że ktoś przyszedł zabrać ją stąd – jednoosobowej kostnicy.

podpor. Lana Smith

-Nie wiem – odprała i odłożyła piłę oraz zdjęła rękawiczki – Sprawdźmy kto to – wyjęła broń i ruszyła w stronę wyjścia…

Agnes Katzeberg

Agnes dłużej nie chcąc przebywać w pomieszczeniu z martwym naukowcem również poszła za Laną i Mendozą. Widząc Randolpha Clare’a na korytarzu zrobiło jej się raźniej *Wrócili…* czemu akurat to słowo zaświtało jej w głowie? Dlaczego nie mieliby wrócić? *Ale gdzie reszta grupy?* Agnes pilnie się rozejrzała, nie widząc owej „reszty” była ciekawa co Randolph tu robi, czyżby… stało się coś?

Randolph Clare

No tu jesteście dziewczyny – odzywam się zauważając je wychodzące z pomieszczenia
Szukam was w tym domu smierci -uśmiecham sie wykrzywiając twarz

Kątem oka dostrzegam ciało leżące w drugim pokoju i cały dziwny zestaw przyrządów koło niego.

– A co tam obok robicie , w Frankensteina się bawicie – z nerwowym uśmiechem kiwam głową w kierunku drugiego pomieszczenia.
Lepiej ubierajcie sie i idziemy do innego budynku bo tam znaleźliśmy jednego gospodarza żyjącego!
Tyle że według mnie to on juz za długo nie pociągnie, wygląda tak jakby dostał z bazuki
Ale co tam porucznik kazał żeby zespół medyczny tam poszedł to proszę przekazuje takie polecenie.

podpor. Lana Smith

-Nie. Przeprowadzam sekcje. Próbuję dość do tego co go zabiło. To z nudów – oficer schowała broń i szybko ubrała się do wyjścia – Do chodźmy szybko zobaczyć tego żywego, może uda mi sie go uratować! Ruszać się! Clare! Prowadź!

Agnes Katzeberg

*A kim ja jestem? Grabarzem? Pielęgniarką?! Do jasnej choinki…* pomyślała zdenerwowana Agnes. Znajdywanie po częście żywych, albo już martwych naukowców w opustoszałej stacji polarnej wcale ją nie bawiło. Miała nadzieję wydostać się z tego lodowiska… do domu. Tymczasem Clare przynosi wiadomość o kolejnym jajogłowym z po części rozwalonym brzuchem. Agnes złowrogo zmierzyła Lanę, jej optymizm przy kolejnych szykujących się sekcjach wręcz ją przerażał… Dziewczyna spojrzała na Radzymisnky’ego – A co z nim? – wskazała ręką na nie całkiem sprawnego psychicznie.

Randolph Clare

– No wlasnie, to dobre pytanie…………- mówię głośno na forum

-Według mnie i według zdrowego rozsądku to trzeba go zamknąć w pomieszczeniu żeby nie uciekł ,,albo to co ma w środku” i postawić kogoś na straży aż nie wrócimy. Proponuje żeby byl to Mendoza. a my choćmy szybko do porucznika tylko musimy zachować szczególne zasady bezpieczeństwa bo niewiadomo co tam zastaniemy.
Pamiętacie co wam mówiłem gdy zostawiłem was same z Radzymińskim?
To dobrze sie nad tym po drodze zastanówcie

Po tym monologu czekam 30 sekund na reakcje obecnych.

 

Jesus Mendoza

Mendoza opuścił broń na widok Randolpha i wysłuchał wymiany zdań między nim a kobietami. Dopiero ostatnie zdania obudziły w nim sygnał ostrzegawczy. Miałby znowu zostać z tym szajbusem? I do tego kompletnie sam?
A czemu niby to ja mam zostać? Co ja jestem jakaś niańka dla świrusów? – oburzył się.

Randolph Clare

-Już ci mówie czemu-zwracam się do Jesusa

Po pierwsze jesteś jedynym mężczyzną oprócz mnie który może to zrobić, a ja muszę pokazać im drogę Po drugie myślę że potrafisz dokonać słusznego wyboru jeżeli przyjdzie ci decydować co z nim zrobić jak cos się stanie ? – kończe te zdanie znacząca przerwa i pokazuje na leżącego na podłodze Radzymińskiego
Po trzecie dziewczyny będą potrzebne jak dojdziemy do rannego, jeżeli dojdziemy………..-Tak czy inaczej według mnie musisz tu zostć
-Jeżeli ci to pomoże to obiecuje ci że zaraz jak dojdziemy do tego rannego to wróce tu i ci pomogę rozwiązać problem z Radzymińskim

I co ok zostajesz?

Jesus Mendoza

Argumentacja Randolpha była dobra. Zbyt dobra. Niestety.
W porządku, zostanę. Ale jeżeli ten świrus mrugnie choć okiem, to zastrzelę jak psa. Najlepiej jakbyście go uśpili albo związali.
Mendoza usiadł w pewnej odległości od Radzyminskyego, ale tak aby go dobrze widzieć. Swój karabin ostentacyjnie położył na kolanach z lufą skierowaną w stronę chorego.

Agnes Katzeberg

Dziewczyna przyglądając się rozmowie mężczyzn jedynie skrzywiła minę *Dlaczego Jesus? Ja bym została… wolę tu zostać niż chodzić po mrozie… znów…* rozmyślała Agnes przyglądając się raczej mało groźnemu Radzyminsky’emu *Wydaje się, że zasnął…* stan Jack’a faktycznie był raczej bardziej ustabilizowany: klasycznie oparty o ścianę, zaśliniony, wydający się czuwać bądź spać…

Agnes widząc, iż decyzja Clare’a jest raczej decyzją nieodowływalną westchnęła i zaczęła się zbierać, by dojść do kolejnej ofiary tajemniczego mordercy…

Randolph Clare

-Ok dobry pomysł – mówię do Jesusa
Zwiążemy go
Choć pomóż mi go szybko zwiążać a dziewczyny niech się przygotuja do wyjścia na zewnątrz

Agnes Katzeberg

Agnes przygotowała się porządnie do wędrówki. Popatrzyła chwilkę co robią mężczyźni. Kiedy skończyli była już ciepło ubrana. W ciepłej, grubej kurtce, którą miała na sobie przypominała bałwanka.
Chyba możemu już iść, tak? – zapytała spokojnym zupełnie bez emocji głosem.

Randolph Clare

Jeżeli nic nie stoi na przeszkodzie to wiążę z Jesusem Radzymińskiego , układamy go w pozycji ,,bocznej ustalonej” i przygotowuje sie do ponownego wyjścia w zawieje.

Jesus Mendoza

Mendoza rozejrzał się za jakąś liną, aby związać Radzyminskyego. Nie znalazł żadnej. Znalazł za to ubrania, które naukowcy nosili wewnątrz stacji. Skręcił z nich całkiem zgrabne „kajdanki”.
Uważaj na niego – powiedział do Randolpha.
Mendoza ostrożnie podszedł do Radzyminkyego i założył mu „kajdanki” na ręce. Zacisnął pętle i upewnił się, że chory nie będzie w stanie sam ich rozsupłać. Drugie „kajdanki” założył na nogi. Po tych zabiegach wrócił na „swoją” ławkę i z pewną podejrzliwością zaczął obserwować nieruchomego Radzyminskyego.

Pani mechanik Agnez wraz z podporucznikiem, medykiem Laną ruszyli za prowadzącym ich Randolphem. Prędkie kroki zmieniające się wręcz do biegu po schodach, które drgając po każdym zetknięciu się z podeszwą dawały do zrozumienia „Jesteście tu niemile widziani”. Może najlepiej byłoby zostawić to miejsce i uciec z tąd z niemym krzykiem jak pewnie wielu naukowców to zrobiło. Co się tu mogło wydarzyć. Co się działo w tej ciasnej bazie. Co kryją te milczące ściany, jakich zdarzeń świadkiem były, zaschnięta krew na nich sama wam mówiła, żebyście lepiej się nie dowiadywali. Jednak jako żołnierze waszym celem jest służba państwu… ludziom…
Pokonujecie piętro za piętrem. Pomieszczenie z Jack’iem i Jesusem. Pomieszczenie z komputerami… pomieszczenie z łożami. Prędkie kroki za otwartej śluzy dychającej lodowatym powietrzem, gogle na oczy, kaptury na łeb i jesteście po środku wielkiej zamieci, jednak na szczęście słabnącej i po morderczych minutach wgramoliliście się po schodach do wnętrza wieży radarowej…

Agnes Katzeberg

Dziewczyna mimo bardzo ciepłego ubrania jakie na sobie miała poczuła znów na polikach niemiłe, mroźne powietrze, jakże dokuczliwe przy każdym stawianym kroku na czystym, białym śniegu… jeszcze przed chwilą będąc w ciepłym pokoju czuła się niemal jak w domu, pomijając zwłoki naukowca, oczywiście…
Do nowego dla niej pomieszczenia weszła tuż za Laną, a widok, który jej się ukazał zmusił ją do natychmiastowego zdjęcia gogli. Przez pewien czas jakby oniemiała wpatrując się w ledwie dyszącego człowieka. Miny zebranych osób mówiły wszystko. Lana jako jedyna osoba znająca się na medycynie musiała natychmiast pomóc temu człowiekowi…
Agnes jakgdyby jeszcze nie dochodząc do siebie lekko popchnęła Lanę w stronę mężczyzny. Sama wpatrywała się oczami bez wyrazu w postać tkwiącą w bezruchu na podłodze. Cisza jaka zapadła była nie do zniesienia, nikt nic nie wiedział… napewno. Tak jak przedtem – tajemniczy atak…
Co… co tu się dzieje? – rzekła w końcu niepewnym, drżącym głosem – Kim jest ten człowiek? – zapytała zgromadzonych podchodząc bliżej ledwie żywego. Cały czas mogła się mu jedynie przyglądać. Widząc ilość krwi wokół i porozrzucane resztki jedzenia wiedziała, że nie ma jak mu pomóc. Całkowicie się na tym nie znała. Była mechanikiem. Kilka razy obróciła wzrok, jakgdyby szukając czegoś czym mogłaby pomóc, ale cóż by to miało być? Agnes z przejęciem, a może bardziej z osłupieniem nie mogła uwierzyć swojemu nieszczęściu… co ona tu robi? Co się tu dzieje? Miała teraz w głowie całkowity mętlik, szereg pytań powiązany z nagłą chęcią pomocy…
Stała. Zielonymi oczami wpatrywała się w plamę krwi na podłodze. Coś się w niej łamało… za każdym razem, kiedy widziała coś takiego. Smutek i przerażenie. Stacja polarna? Zepsuta antena…? Myśli kłębiły się w jej głowie.
Travis Christie

Spogląda na wchodzący, przypatruje się dziewczynie która podchodzi do rannego i… stoi patrząc się na niego – Chryste dziewczyno, nie stój tak tylko mu pomóż! Jesteś medykiem, nie! On może umrzeć! – krzykną zdenerwowany. To miejsce, pogoda, trupy, to wszystko nie wpływało na niego dobrze, wręcz przeciwnie, czuł się jak w jakimś horrorze, który zaraz będzie w połowie i pokaże się jakiś fantastyczny, potworny, potwór, który będzie ich ścigał chcą ich zabić… tak jak w Obcym.

Randolph Clare

Przypatruje sie tym wszystkim osobom z zimnym wyrachowaniem. Rozmyślam czy dotrzymać słowa i wrócić do Jesusa.

podpor. Lana Smith

-Cholera!
Lana schyliła się i zaczęłą oględziny rannego. Pospieszne. A potem przystapiła do reanimacji.
-Bierz któryś dupe w kroki pomóżcie mi! Róbcie szybko RKO! Facet umiera! Agnes! – oficer po raz pierwszy zwróciła się do niej po imieniu – Weź coś i tamuj krwawienie!
Lana oczyściła gazą usta rannego i spojrzała na żółnierzy.
-Szybciej! Nie mówcie mi, że masaży serca nie umiecie!

Travis Christie

Psiocząc pod nosem i mamrocząc, że to nie jego zadanie, zaczął posłusznie wykonywać polecenia podpor. Smith… co jakiś czas jego wzrok odwracał się do porucznika.

Agnes Katzeberg

*Weź coś… weź coś… tylko co!?* Agnes nerwowo się obróciła. Oczami wędrowała po ścianach i podłodze pokoju. Szukała czegoś, czegokolwiek, co mogłoby powstrzymać krwawienie…

Jesus Mendoza

Mendoza spojrzał na Radzyminskyego i poprawił karabin leżący na kolanach. „Randolph obiecał wrócić” – pomyślał – „a coś go nie widać. Przynajmniej byłoby do kogo gębe otworzyć. A tak siedzę tu sam z rozbebeszonym trupem i szurniętym doktorkiem. A tak właściwie, jak on jest doktorek, to powinien być przyzwyczajony do trupów. Chyba, że on z tych co mdleją na widok krwi. To by tłumaczyło jego stan.”

Agnes Katzeberg

Dziewczyna wyjęła z torby Lany apteczkę, szybko ją otworzyła szukając w jej zawartości odpowiednich rzeczy do zatamowania krwotoku… Po bardzo krótkim czasie wyjęła długi, biały i czysty bandaż.
Rana wyglądała okropnie. Po plecach Agnes przeszedł niemiły dreszcz. Wystarczyła jednak dosłownie chwila, by rana została dobrze owinięta… choć Agnes nie miała do czynienia poprzednio z takimi sprawami poradziła sobie na pierwszy rzut oka szybko i sprawnie. Wciąż marszcząc przy tym czoło i cicho jęcząc – prawdopodobnie był to efekt niezbyt ciekawego wyglądu mężczyzny i pomieszczenia…
Kiedy dziewczyna skończyła zajmować się raną zaczęła słuchać co radziła Lana.

Randolph Clare

Patrzę na te wszystkie czynności które wykonuję obecni przy rannym gospodarzu z pewna dozą niepewności.

Panie poruczniku , obiecałem Mendozie że wrócę do niego i pomogę mu przy Radzymińsim.Trzeba skutecznie się nim zająć , zabezpieczyć go przed zewnętrznym środowiskiem jak i przed sobą samym.- zwracam się do dowodzacego

Jak tylko załatwię tę sprawę do przyjdziemy tu Razem Z Mendozą i możemy dalej prowadzić poszukiwania

Porucznik, któremu również szybciej biło serce ciągle robił wydechy, jakim towarzyszyła para. – Clare, nie mogę cię samego puścić na tę wichurę. Rozkaz, masz tu zostać. Jack się trzyma, a z tym jest gorzej. Nie chcę kolejnego kaleki. – spojrzał na Agnez grzebiącą w apteczce. Mechanik, a ma nikłe pojęcie o medycynie, przynajmniej polowe. Wzięła porządny kawałek twardej waty i owijała bandażem ją przyłożoną do rany oraz mężczyznę. – Clare! Pomóż Katzberg, a potem możesz razem z Travisem udać się na dół, ale ten człowiek jest teraz najważniejszy. – odparł stanowczym i niepodważalnym głosem porucznik O’Mannley po czym spojrzał na innego podopiecznego – Katzberg, gdy skończysz obejrzyj cały tutejszy sprzęt.
Próby RKO w wykonaniu młodej pani medyk przynosiły rezultat – człowiek jeszcze był na tym świecie, niezależnie od stanu.
A stan był okropny, ledwo dyszał i mówił – Nie… proszę… ja już nie chcę, uśmierzcie ten ból!
– wydarł się resztkami sił, w czym wyczuwalna była żałość i łzy. – tracę… wiarę…

Randolph Clare

Według rozkazu– zwracam się do porucznika

Patrze na to co robi Agnes i dochodzę do wniosku że do roboty juz za dużo nie ma bo gość jest już zabandażowany, ale podchodzę do niej i pytam

– W czym mogę ci pomóć

Agnes Katzeberg

Agnes spojrzała wdzięcznie na Randolph’a spod bandaży, które szybko owijała.
Tak, możesz, potrzymaj tu chwilkę – wskazała miejsce dłonią, kiedy Clare pomógł jej dokładnie sprawdziła czy rana jest prawidłowo zabandażowana. Wydawało się, że była…
Dzięki – powiedziała i wstała już od mężczyzny. Według rozkazu zaczęła przyglądać się zgromadzonemu w pomieszczeniu sprzętowi. *Nareszcie coś dla mnie…* podeszła bliżej do sprzętu.
Gdyby nie ten mężczyzna i resztki jedzenia porozrzucane tu i ówdzie byłoby tu całkiem przyjemnie w kwestii pracy nad sprzętem.
Dziewczyna zajęła się oglądaniem i sprzwdzaniem wszystkich możliwych podłączeń. Może coś tu działa…?

Randolph Clare

Na za dużo się nie przydałem , pomyślałem kiedy pomogłem Agnes.

No dobra to ja juz idę , powiedziałem do wszystkich obecnych

Odeszłem od nich pare kroków i zaczełem przygotowywać się do wyjścia na zewnątrz.

Travis Christie

Mam iść z nim panie poruczniku? – spogląda Randolpha – Co tam się dzieje? – po jego ciele przeszły dreszcze. Tego jeszcze brakowało aby wśród nich zapanował obłęd…

Tam na dole jest nasz człowiek zostawiony pod opieką jednego z naszch. Jeśli ktoś z was chce zejśc na dół mu pomóc to w duecie. Ja zostaję tutaj w obiema pannami. – odparł Daniel.

Travis Christie

Uśmiecha się – A kto by nie chciał zostać w towarzystwie dam – kłania się lekko . Następnie uśmiecha się, Jest to uśmiech o dość dwuznaczny, kryjący w sobie pewną lisią tajemniczość – Jednak Randolph chyba musi iść a zarazem musi mieć kogoś do pary… – rusza w stronę wyjścia – Do zobaczenia niebawem – nonszalancko zasalutował do dziewczyn. Zachowywał się tak jakby nic się nie stało, jakby był w centrum miasta i właśnie szedł zamówić coś u barmana w pubie. Tymczasem właśnie to pomogło mu się utrzymać przy zdrowych zmysłach, jego umysł już nie wytrzymywał napięcia…

Trzymaj się żołnierzu! – krzyknął porucznik gdy wychodziliście w zawieruchę i odpowiedział salutowi salutem.
I znowu z trudem zatrzasnęliście metalowe drzwi uginające się pod naporem ciśnienia. Wkroczyliście w mroźny, bezlitosny na wasze wysiłki koszmar.
Po wielu krokach, które stawały się wiecznościa wobec nadciągającej burzy. Jednak czuliście, że wichura się osłabia.
Doszliście do śluzy jak po długiej wędrówce liczącej pare metrów.

Travis Christie

Spogląda na towarzysza – Co się tam dzieje, że tak bardzo chcesz tu wrócić…? – wchodzi przez śluzę

Randolph Clare

-Po pierwsze obiecałem Jesusowi że jak zostanie z Radzymińskim i go popilnuje przez czas jak dziewczyny tu przyprowadze to wrócę do niego
Po drugie trzeba coś zrobić z Radzymińskim a nie tylko go zostawić na korytarzu na podłodze , on może być groźny sam dla siebie i też dla nas

Agnes Katzeberg

Kiedy Lana Smith badała odnalezionego przy życiu mężczyznę, Agnes Katzeberg badała na swój sposób… sprzęt. Była zaciekawiona znajdującymi się w pomieszczeniu „narzędziami” naukowców.
Sprawdzała cały czas czy poszczególne sprzęty działają. Wydawała się nawet nie zauważyć braku obecności kilku osób. Agnes starała się wypełnić rozkaz i „rzuciła okiem” na sprzęt.

Clare oraz Travis opuścili strefę niskiego cieśnienia i znaleźli się w chłodnym, dość zaniedbanym pomieszczeniu. Przed wami był pokój z łóżkami oraz schody na dół do sali, która niegdyś warczała komputerami, zaś jeszcze niżej był Mendoza wraz z Jack’iem.

* * *
Agnes wzięła się za przeglądanie stołów oraz paneli. Znajdowały się tutaj różne przedmioty jak nóż, śróbokręt mały-krzyżyk, kawałek plasterka ogórka, a także trochę śróbek i „złota” klamka, pudełeczko po cukierkach firmy Drops, wciąż leżało tam parę sztuk ubranych w zielono-przeźroczystą folijkę. Obok dwie brudne husteczki higieniczne.
Panele zaś były pełne przyrządów optycznych, wskaźników ciśnienia, termometry, głośniki wraz z mikrofonem, przyrządy do ustawiania łączności oraz niezrozumiały częściowo sprzęt dotyczący radaru znajdującego się tuż za wami. Przez okno miałaś wgląd na cały teren dookoła ciebie. Widoczność około dziesięciu metrów kończącą się zwałami śniegu i szarawą mgłą. Wiecie, że nigdy nie ujrzycie tutaj dnia. To była noc polarna.
Mężczyzna coraz bardziej dyszał, a podstawowa pierwsza pomoc nie dawała należytego efektu. Jednak Lana wywnioskowała, że mężczyzna jest przytomny fizycznie jak i psychicznie i wie co się dzieje.
Co tu się stało!? – odparł zdenerwowany porucznik lekko szarpiąc mężczyznę. On na niego spojrzał – Uciekajcie…. – i z kolejnym jękiem – aa….Aaa…albo się dowiecie wszyscy… – łapie kurczywie oddech – Na sobie… błagam! Zakończcie mój ból, nie chcę czuć, że umieram… – odparł i zamilkł, zaś porucznik walnął do Lany – Nie możemy go stracić!

Agnes Katzeberg

Sprzętową fascynację Agnes przerwał dopiero rozpaczliwy jęk mężczyzny. Oderwała wzrok od całego sprzętu, dramat za jej plecami ostro wwiercał się w jej psychikę. Mężczyzna był półżywy, a ona zamiast mu pomóc zajmuje się maszynerią…
Porucznik nalega o ratowanie życia. Tak, to faktycznie trzeba koniecznie zrobić! Ten mężczyzna wie o wszystkim co się tu stało! Jest niezbędnym źródłem informacji, ale przede wszystkim jest człowiekiem i należy go ratować!
Agnes ruszyła się szybko z miejsca. Wewnątrz poczuła się potwornie, dlaczego zajęła się oglądaniem sprzętu kiedy ten mężczyzna jest w takim opłakanym stanie?! Spojrzała na porucznika… On jej przecież kazał.
Już się rozejrzałam – stwierdziła trochę gniewnie szybko podchodząc do wszystkich – Lano… – spojrzała na Smith – Co można dla niego zrobić? – wskazała gestem na jęczącego człowieka.
W Agnes zrodziło się dziwne i zupełnie nowe pytanie: Co miały oznaczać te wypowiedziane z trudem przestrogi? Znajdują wreszcie kogoś żywego, a ten błaga o śmierć, zamiast próbę ratunku? Co to ma znaczyć?
Katzeberg ceniła swoje życie. Myślała dotychczas, że wszyscy cenią swoje tak samo, ale jeżeli człowiek błaga o uśmiercenie… to CO musiał przeżyć?

Agnez! – krzyknął porucznik stanowczo – Bardziej się przydasz przy odpaleniu tej rupieciarni, jesteśmy tu za długo i musimy się skontaktować z bazą! – dodał dobitnie gryząc wargi. – Lana – odparl w drugą stronę słowem poprzedzającym ciężki oddech. Oboje przykucnięci obok rannego, bezradnego mężczyzny opartego o lodowatą ścianę. Podporucznik robiła wszystko co w jej mocy, aby go utrzymać przy tchu. Daniel jakby nie wiedząc co ma poradzić nakazał – Zastosuj mu morfinę, małą dawkę, żeby nie wykorkował.

Travis Christie

Każda chwila spędzona w tym miejscu, powoduje że stawał się coraz bardziej nerwowy… może to przez pogodę, może przez trupy… co by nie było przyczyną, powodowało jedno… za nic nie chciał rozstawać się z bronią maszynową. Ponownie sprawdził magazynek i zamek. A idąc uważnie obserwował korytarze… powoli zbliżali się do pomieszczenia z Mendozą

Travis wraz z Ralphem ruszyli z ciasnego pomieszczenia smaganego gwizdami zamieci przybywającej ze śluzy. Niemal w biegu z bronią wymierzoną przed siebie wkroczyli na teren pomieszczenia, w którym słychać było pomruki i jęki Jacka. Pomruki i jęki mówiące wam, że coś jest w tym budynku, w tym pokoju, coś co czai się za waszymi plecami i czeka na dogodmy moment gdy będziecie sami. Coś co ciągle was obserwuje…

Jesus Mendoza

Mendoza, słysząc zbliżających się, wycelował swój karabin w kierunku schodów. Gdy rozpoznał Travisa i Randolpha opuścił lufę.
Coś się wam nie spieszyło. Macie jakiś pomysł co z nim zrobić? – powiedział wskazując na Radzyminskyego – Nie możemy go stale pilnować. A zamknąć go też nie ma gdzie, wszędzie trupy i krew, normalny by dostał świra, a co dopiero on.

 

Randolph Clare

No juz jesteśmy , a ty tak się nie ciesz na nasz wodok bo mało brakowało żeyśmy tu nie przyszli – zwracam się do Jesusa

Wiesz ten znaleziony gośc jest ledwie żywy no i ta cholerna pogoda[/I

– Mam taki pomysł – nic innego tu nie możemy wykombinowac trzeba znaleść zamykane pomieszczenie bez okien i zamknąc go tam na klucz – mówiąc to wskazuje na Radzymińskiego

Nie może angazować swoją osobą aż trzech ludzi , jak już rozwiążemy tą tutejsza sytuację to do niego wrócimy i go weźmiemy , co wy na to?

Jedna odpowiedź to “Sesja „The Thing” vol.2”

  1. link said

    greatings

    Agree

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: