World Hydepark

O wszystkim i o niczym… Wolna Amerykanka

Niedokończona historia vol.2

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 18, 2006

W poprzedni wpisie to mi się nie zmieściło więc teraz dokończenie poprzedniej historyjki, mniej tekstu i mniej się będzie cięło, przynajmniej tak mi się wydaje.

12 minut później przeszukując dokumenty i zapiski na komputerze odkryłem złą rzecz. Rosjanie planowali przywieść kolejny korpus, który miałby przylecieć jutro o świcie. – Tutaj Cień. Baza zgłoś się. Znalazłem ciekawe informacje. Ryscy mają jutro przywieść ponad czterotysięczny batalion wraz z tonami zaopatrzenia i uzbrojenia. Widzę także informacje, że mieli na północnej wyspie założyć wiezienie. Radziłbym zaatakować samoloty, gdy będą lądować. Spróbuję skontaktować się z więźniami kiedy będą w drodze, odbiór. – Zrozumiałem Cieniu. Dobry pomysł. Przygotujemy się. – w nocy trzeba było zniszczyć stację radarową niedaleko Lipany, ale to było proste zadanie w porównaniu z tym jakie nas czekało. Przez noc ruscy próbowali przebijać się aż sześć razy. Na szczęście nie udało im się. Północne tereny wyspy były dobrze strzeżone i zaminowane. Dobrze wyspany następnego dnia, o 3:30 zgromadziliśmy się na lotnisku. Wyznaczono 55 ludzi, którzy przebrani za ruskich mieli wprowadzić samoloty w pułapkę. Zamaskowaliśmy ponad dwadzieścia dział przeciwlotniczych, a w powietrzu poza radarami krążyły cztery samoloty Mig-29. Ogromna flota transportowców została zauważona dwie godziny później. Piloci znali się na robocie i bezbłędnie podchodzili do lądowania. Kiedy pierwsze trzy samoloty przybiły do lotniska, a ostatnie cztery już rozpoczęły procedurę lądowania wydałem rozkaz do ataku. – Baterie 3, 6, 8 ognia. Baterie 1, 2, 4, 5, 7 ognia, cel V-33 MX. Latawce 1 i 2, przylatujcie natychmiast, przyda się pomoc. – Z hangarów wyjechały czołgi, które ostrzelały luki pasażerskie i kokpity. Zdezorientowani piloci powpadali na siebie w rozpaczliwej próbie ratowania maszyn. W wyniku ataku ponad 3500 ludzi zginęło. Inni zostali schwytani i umieszczeni w obozach w górach. Zdobyliśmy mnóstwo sprzętu, w tym kilkaset ton broni palnej. Sukces znakomity. Następnie dowódcy zajęli się rozstawianiem grup po zachodniej stronie wyspy, aby nie stracić ledwo co zdobytej ziemi. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że Rosjanie łatwo nie odpuszczą. O 10:00 nastąpił pierwszy atak przez most. Komandosi SpecNazu wraz ze wsparciem lotniczym dwóch Mi-24 i trzech BMP próbowali dostać się do budynku dowodzenia i zabić dowódcę. Akurat dojeżdżałem UAZG do Davle, gdy zobaczyłem co się kroi. – Halo, baza Pustynia, zgłoście się, odbiór. – Odbiór Cieniu. Tutaj Pustynia, co się dzieje? – Natychmiast podrywajcie z ziemi trzy helikoptery bojowe i jeden myśliwiec, natychmiast, obóz w Davle jest atakowany przez Rosjanów. Działa AA zostały unieszkodliwione, jeden z BMP został zniszczony, ale długo nie wytrzymają, odbiór. – Zrozumiałem. ETA 1 minuta. – postanowiłem jeszcze wezwać jakieś oddziały z Neveklov. – Cień do Czarnego, Cień do Czarnego, zgłoś się. – Zgłaszam się, co się dzieje? – wysiadając z wozu odpowiedziałem – Baza w Davle jest atakowana. Potrzebne natychmiastowe wsparcie. Helikoptery już startują, ale boję się, że nie zdążą. Bierz swój oddział i natychmiast przyjeżdżajcie, aby wesprzeć kontratak. – Już jedziemy, ETA – 2 minuty. – szybko wyjąłem z bagażnika wyrzutnię przeciwlotniczą i wycelowałem w nadlatujący helikopter. – Żegnaj ty ruski psie! – widok nadlatującej rakiety był ostatni dla pilotów. Płonący wrak bez głównego wirnika szybko opadł na ziemię powodując huk i grzmot. Oddziały partyzantów były w rozsypce, padali jak muchy. Biegiem dopadłem do budynku dowódcy, zabarykadowałem drzwi i ustawiłem się przy lewym oknie. Komandosi Specnazu już dochodzili do drzwi, gdy kilkoma seriami z PK podziurawiłem bebechy stojącym najbliżej. Kolejne dwie i reszta oddziału poszła do piekła. Oficer partyzantów był ranny w głowę, nieprzytomny. Gdy go wziąłem na plecy, w tym samym momencie rakiety Su-25 zamieniły w złom transportery opancerzone, a dwa Mi-30 przechwyciły ostatni helikopter. Kilkanaście minut później Piekielny przeniósł dwa oddziały do Davle, aby wesprzeć zdziesiątkowaną kompanię. O 13:45 aby trochę odciążyć obronę wraz ze swoim oddziałem postanowiłem zaatakować składy paliwa w Wielkiej Wsi. Wykonując niebezpieczny skok z 5.000 metrów znaleźliśmy się około 300 metrów od celu niezauważeni przez obronę powietrzną. Obóz był chroniony przez dwie kompanie w sile 23 żołnierzy, jeden T-72 patrolujący teren wokół wsi i BMP zaparkowany w centrum, przed kościołem. Dwie grupy 2-osobowe kryły flanki, kiedy ja odpaliłem Gustawa prosto w wieżyczkę T-72, który akurat przejeżdżał obok czterech czerwonych. Eksplozja rozerwała niemilców na kawałki podnosząc tym samym alarm. Do transportera opancerzonego próbowali wsiadać inni ruscy, ale granat skutecznie im to uniemożliwił. Dalszych wrogów załatwiliśmy gwałtowną wymianą ognia. Niestety zdołali wezwać wsparcie, kolumna pancerna i pluton 50 żołnierzy jechał prosto na nas. Musieliśmy jak najszybciej uciekać. Dopadliśmy do PV35 stojącego niedaleko wsi i wciskając gaz do dechy zaczęliśmy uciekać. Kilka minut później rosyjski dowódca zobaczywszy masakrę rozkazał złapać nas za wszelką cenę. Pozostało już tylko zdetonować bomby umieszczone na stacji paliw i część pościgu mieliśmy z głowy. W całym tym zamieszaniu zapomniałem o tym wspomnieć. Skręciliśmy do Mokropsów. – Hura, brawo Cień. Zwialiśmy im! – zawołał jeden z moich podkomendnych. – Nie ciesz za wcześnie. Łatwo nie odpuszczą. – miałem rację. Dosłownie dwie sekundy po tym jak wypowiedziałem te słowa rakieta z myśliwca Mig-29 uderzyła tuż przed nami w drogę. Gwałtownym skrętem próbowałem ratować samochód i tym samym wpakowałem je na drzewo. Byliśmy w szoku. – Wszyscy wysiadać!!! Ruchy, ruchy, ruchy!!! Za chwilę pewnie zjawi się jakiś oddział komandosów lub spadochroniarzy. – wyładowaliśmy dwie wyrzutnie przeciwlotnicze. Posłałem trzech ludzi do Mokropsów aby przygotowali zasadzkę. Sami przygotowywaliśmy się na atak. Konwój UAZ i Ural wyjechał prosto pod lufy. – OGNIA!!! – kilkaset pocisków podziurawiło pojazdy jak ser szwajcarski. – Teraz biegiem do Mokropsów. – rozkazałem towarzyszom, chwilę potem wzywam Piekielnego. – Halo, Piekielny, zgłoś się. Cień do Piekielnego. Odbiór. – Tutaj Piekielny. Co się dzieje? Rosjanie są na was mocno wkurzeni. Widzę gdzie jesteście. Wycofujcie się dalej. Za jakieś sześć minut oddział partyzantów z Paseky powinien do was dotrzeć. – Bez odbioru. – chwilę potem ruszyłem do wioski. Moi ludzie dobrze ją ufortyfikowali tak w krótkim czasie. Usadowiłem się koło bramy prowadzącej do kościoła, położyłem się na brzuchu i wycelowałem PK w przestrzeń między drzewami. Zauważyłem jakieś sylwetki postaci biegnące z południowej drogi. – Nie strzelać, nie strzelać, tutaj grupa Charlie Black 2, pryśliśmy wam pomóc. –Zrozumiałem Charlie, ukryjcie się w lesie, będziecie mieli lepszy widok na miasto. Bez odbioru. – w napięciu czekaliśmy ponad 20 minut na jakąkolwiek aktywność ruskich. W końcu usłyszałem hałas silników T-80, wielu silników. – OK, ludzie uważajcie. Jedzie na nas sporo czołgów, pewnie też piechota. Będzie ciężko. Czuję, że są jakieś 3 minuty drogi od nas. Tom, potrzebuję trzech gości z RPG na mojej stronie. –Zrozumiałem. Już idą. Osłaniajcie ich. – zgłosiłem też problem do Piekielnego. – Cień do bazy. Cień do bazy, zgłaszam się. Jedzie na nas sporo czołgów, myślę że przydadzą się nam posiłki. Potrzebujemy koniecznie trzech-czterech dobrych czołgów i Mi-24 za wsparcie lotnicze. Odbiór. – Piekielny do Cienia. Posiłki już w drodze. Wytrzymajcie jak długo się da. – Dochodziła 15:44, kiedy ujrzeliśmy kolumnę pancerną. Kilka BMP, osiem T-72 i aż dziesięć T-80. Aż trudno było w to uwierzyć. Cała 4 kompania pancerna. Dodatkowo czołgi ochraniała piechota w sile ponad 200 żołnierzy, 4 i 8 batalion piechoty. – Wszyscy, kryć się, strzelać na mój rozkaz, pewnie nie wiedzą że tu jesteśmy. – szepnąłem do podwładnych. – Piekielny, mamy przejebane. Ponad 18 czołgów stoi niecałe 50 metrów od nas. Dodatkowo 200 żołnierzy, naprawdę potrzebujemy pomocy. – Cholera, widzę że czerwoni rzucili całe wojsko z północnych terenów i z rejonu koło mostu. Doskonale, wpadną w pułapkę. Kiedy zostaną zniszczeni zaatakujemy bezbronne obszary i zdobędziemy je. Wysyłam 1 kompanię z 1 korpusu lotniczego w sile czterech Su-25. Będą u was za dwie minuty. Dodatkowo za jakieś 30 sekund grupa Pancerny Ślimak 1 w sile ośmiu T-80 podjedzie do miasta ze strony wschodniej. Bez odbioru. –Zrozumiałem Piekielny, Cień wyłącza się. – czekała nas naprawdę ciężka walka. Czołgi rozstawiły się po okolicy, a piechota zaczęła przeszukiwać miasto. Byli coraz bliżej nas, kiedy nasze czołgi przyjechały. Rozpoczęła się bitwa pancerna, w której zginęło ponad 30 Rusków. W czasie wymiany ognia przyleciały Su-25, które rakietami zniszczyły część BMP i dwa T-72. Doleciał także Mi24 i kolejne cztery T-88, partyzancki prototyp. I my przydaliśmy się zabijając gości z RPG i samemu strzelając rakietami do wrogich maszyn. Bitwę wygraliśmy, bitwę, która mogła przesądzić o losach wojny na Nogovie. W bitwie straciliśmy trzy czołgi, ponad sześć było uszkodzonych. Zaraz po bitwie oddziały partyzantów na linii frontu i trzymane w rezerwie poszły w ruch na niezabezpieczone tereny przez ruskich. Napotkały one jedynie niewielki opór komandosów Specnazu i 5 garnizonu stacjonującego pod Małą Wsią. Pod wieczór następnego dnia ponad 90% lądu było w naszych rękach. Wystarczyło tylko teraz zaatakować stolicę, która była obsadzona resztkami sił. Wszyscy Rosjanie wycofali się z miasteczek na południu od Lipany. Dlatego też mogliśmy łodziami i helikopterami przetransportować ponad 60 ludzi i cztery czołgi. W mieście stacjonowały siły 1 kompanii z 1 dywizji piechoty, 4 i 5 kompanii z 8 batalionu piechoty, 66 oddział komandosów Specnazu i resztki 7 i 23 grupy pancernej z 76 batalionu pancernego. Łącznie około 500 czerwonych i 45 czołgów. Atak został zaplanowany w najdrobniejszych szczegółach. W nocy siły piechoty podeszły pod samo miasto. Czołgi zaatakowały o 3:45. Piechota ruszyła minutę później. Huki dział, strzałów i wybuchów nie cichły przez wiele godzin. Rosjanie nie mając nic do stracenia walczyli jak lwy. Moja grupa należała do drugiej fali grupy uderzeniowej, która miała być zrzucona nad miastem kiedy działa przeciwlotnicze zostaną zneutralizowane. Plan udał się tylko częściowo, bo Szyłki były zniszczone, ale gdy nadlatywaliśmy ogień z AK-47 skupił się na nas. Wrzasnąłem do żołnierzy: – Wyskakiwać ale to już!!! Za chwilę spłoniemy żywcem jeśli tego nie zrobicie!!! – wyskoczyliśmy z wysokości 120 metrów nad ziemią. Sześciu z dwudziestu moich skoczków dorwali ruscy i zabili ich bez gadania. – Cień do wszystkich, odbiór. Punkt zbiorczy ratusz. – drugi helikopter nie miał kłopotów i zrzucił skoczków zgodnie z planem. Kule latały dosłownie wszędzie. – Delta Black, zgłoście się. – Tutaj Delta Black, co się dzieje? – Biegnijcie do ratusza. Tam się spotkamy. – tymczasem siły partyzantów zniszczyły obronę na południu i zachodzie. Wśród wrogich sił panował totalny chaos. Byli w zamkniętym kole. Część 66 oddziału biegła do ratusza. – Jeśli kochacie swoje marne życie, ruszać swoje dupska i pędem… – w tym momencie wystrzelony pocisk snajperski trafił w głowę oficera. Chwilę później ogień z karabinów pozbawił życia pozostałych komandosów i jednocześnie zakończył karierę 66 oddziału komandosów Specnazu. Czerwoni, kiedy stracili obronę na północy postanowili uciekać przez wschód, gdzie jeszcze broniła się garstka słabo uzbrojonych żołnierzy 1 dywizji piechoty. Gwałtownym uderzeniem wydostali się z oblężenia tym samym zabijając około siedemdziesięciu naszych. Natychmiast ruszyliśmy za nimi w pogoń uprzednio zostawiając w mieście trzy grupy piechoty w celu zabezpieczenia terenu. Byli zdeterminowani, ale my również. W pościgu brały udział cztery pojazdy opancerzone BMP2 i 40 naszych ludzi. Dopadliśmy ich tuż przy brzegu gdzie lądowały dwa Mi-17. Szybko z pocisków RPG zniszczyliśmy jedyną drogę ucieczki Rosjanom. Kilku z nich walczyło, ale w kilka sekund później leżeli martwi w piachu. Reszta poddała się bez walki. Następnego dnia gdy wszystkie ślady wojny zniknęły wyspa zaczęła na nowo normalnie żyć. Ten fakt ogłosiliśmy USA i całemu światu. Partyzantka przekształciła się w prawdziwą armię z wojskiem liczącym 7.000 ludzi piechoty, 500 osób personelu w siłach lotniczych i równo 100 pojazdów pancernych a także kilkadziesiąt innych pojazdów wojskowych w tym także 20 helikopterów i 12 samolotów odrzutowych. Dodatkowo większość ludzi miała niemałe doświadczenie w walce. Tydzień później dostałem pilny rozkaz zgłoszenia się do sztabu dowodzenia w Lipany. Dojechałem tam o 10:55. –Witam komandorze. – rzekłem do Piekielnego gdy wchodziłem do jego gabinetu. – A tak Cień. Mam dla was robotę. Dosyć trudna misja. Pamiętasz tą bombę atomową? Otóż, planujemy zdetonować ją w Moskwie, a dokładniej w budynku Kremla. Pozbawienie życia tylu dowódców, oficerów dałoby wojskom alianckich przewagę i możliwość zdobycia terenu w Europie. Mają się spotkać jutro o 23:20. Damy ci specjalne dokumenty, paszporty i dokładne instrukcje co masz mówić i kiedy. Najpierw przewieziemy cię na wyspę Kolgujev. Z tam tond w ubraniu rosyjskiego oficera, które zdobędziesz polecisz helikopterem na lotnisko na Syberii. A dalej prosta droga do Kremla. Powinieneś znaleźć się nad Kremlem dokładnie o 23:17, trzy minuty przed oficjalnym rozpoczęciem spotkania. Wtedy zrzucisz bombę. Pytania? – Tak, kilka. Po pierwsze: czy samolot, którym będę leciał ma zdolność do wzniesienia się ponad 2.500 metrów nad ziemią? – Tak, to specjalny samolot pasażerski z napędem odrzutowym najnowszej generacji, Antono-155. – Drugie: sam nie dam rady zrzucić bomby i jednocześnie pilotować samolot. – Oczywiście będziesz miał wsparcie. Będą towarzyszyć ci trzej komandosi z sił Delta, profesor Firman który doskonale zna się na bombach atomowych i jeszcze czterej ludzie z twojego dawnego oddziału. Pomogą ci głównie w porwaniu samolotu. – Ostatnie pytanie: kiedy wyruszam? – Natychmiast. Odmaszerować. Powodzenia. Drużyna czeka na lotnisku. – mówić o tym jak dostaliśmy się nad Kreml nie wzbudzając alarmu jest zbyteczne. Samolot miał tylko dwóch ochroniarzy z marnym uzbrojeniem. Firman zabrał się za uzbrajanie bomby, a reszta oddziału pilnowała samolot. O 23:00 osiągnęliśmy pułap 2.500 metrów skutecznie omijając radary. Coraz bliżej znajdowaliśmy się u celu. Napięcie rosło. Kwadrans później byliśmy nad Kremlem, spotkanie już się zaczęło. – Uwaga grupa. Zrzucamy bombę za minutę, przygotować się!!! – wrzasnąłem do wszystkich. Wtem włączył się alarm przeciwlotniczy, ale dla nich było za późno. Grzyb atomowy urozmaicił obraz nocy. Tym atakiem pozbawiliśmy życia cały rząd rosyjski, ¾ oficerów i podoficerów, połowę dowódców strategicznych i pięciomilionową obronę miasta. Z Moskwy zostały pyły i gruzy. Godzinę później oddziału aliantów zaatakowały i z łatwością zdobyły tereny aż do linii między Białym Morzem i Jeziorem Kaspijskim. Tam ustanowiła się linia frontu. Zapomniałem dodać jak przeszliśmy barierę, a to będzie moja słodka tajemnica. W każdym razie kopuła została zniszczona, z Kremla zostały gruzy. I tak wojna się skończyła, szybką i prostą akcją… Chwilę potem grzmotnąłem znowu w ścianę cybernetycznego pomieszczenia. Dostałem wiadomość, że zyskałem dostęp do tysięcy innych wymiarów, ale zdobyłem również za misję 2 miliardy czerwonych, cały zapas białych i niebieskich kryształów. Następna misja jaką wybrałem była „Outbreak Armageddon” w świecie Rewident Evil. Znalazłem się w samolocie linii American Airlines, gdzie lecieliśmy samolotem Boeing 747-900 do Nowego Yorku z Tokio. Podróż miała trwać ponad 9 godzin. Korzystając z czasu zapoznałem się z osobistościami lecącymi obok mnie. Siedział tam Leon S., Rebecca Chambers i Chris Dourtherty. Wszyscy byli członkami podziemnej organizacji walczącej z Umbrellą. – Słuchajcie, nienawidzę Umbrelli. Przez tych drani przeżyłem koszmary w północnej Afryce i Syberii w bazie wojskowej Zebra. Cudem uniknąłem śmierci. – Znamy ten ból. Walczyliśmy z potworami i innymi paskudami. – zaczął Leon. – Teraz lecimy do NY aby przekazać raport ministrowi obrony narodowej USA, żeby powziął specjalne kroki aby wreszcie zniszczyć tą organizację. Posłaliśmy w piach laboratorium w Tokio i Osace. Teraz lecimy odpocząć. – i tak rozmowa umilała nam czas. Rozprawialiśmy o różnych rzeczach przez dobre trzy godziny, zanim pilot nie włączył telewizji. Podawali akurat wiadomości, które później nie były dla ludzkości dobre. –„ Wita państwa Shon JJ. Zaczynamy popołudniowe wiadomości. Baza morska w Anglii straciła kontakt z statkiem pasażerskim Queen Mary 2. Niewiadome są przyczyny tego zajścia. Statek nie boczył z kursu i kieruje się do portu. Zostały wysłane dwie grupy ratownicze straży przybrzeżnej. Również od 3 godzin nie można zawiązać żadnego kontaktu z mieszkańcami Filipin. Rząd prosi aby nie siać paniki, że jest jakaś inwazja lub coś podobnego. Następna wiadomość: satelita NASA wykrył poważne zmiany w atmosferze i istnienie jakieś dziwnego związku chemicznego. Nie ma dokładnych informacji co to może być…” – w tej chwili samolotem lekko drgnęło i TV się wyłączył. – Jak myślicie, kolejny atak Umbrelli na światową skalę? – Mało prawdopodobne. Chociaż… – Trzeba jak najszybciej dotrzeć do prezydenta. – Poczekajmy jeszcze godzinę. Może to tylko problemy radiowe i satelitarne. – i tak minęła kolejna godzina, gdy włączył się TV na kanale alarmowym. Przeczuwaliśmy najgorsze. Na przemian mówiło kilkunastu reporterów. – „Proszę państwa, prawdziwy horror na Queen Mary 2. Na pokładzie szaleje potworna zaraza, wirus, który zamienia ludzi w zombie. Jest na górnych pokładach i na mostku kapitańskim. Jedna grupa ratownicza również dołączyła do grona martwych. Druga ewakuowała się dwadzieścia minut temu. Anglia wysłała cały szwadron myśliwców aby zniszczyć statek. Wszyscy ci, którzy przeżyli proszeni są o natychmiastowe opuszczenie statku. Na razie nie wiadomo co spowodowało ten koszmar. – Mamy nieoficjalne informacje, że za tym wirusem stoi niebezpieczna organizacja terrorystyczna Umbrella. Podobno ich bazy w Europie i Ameryce zostały wytropione i zniszczone przez specjalne oddziały komandosów. Czyżby to była zemsta? – Tutaj H.K Weeding z helikoptera wojskowego przelatującego nad wyspą Luzon. Chryste… Miasta płoną, wszędzie łażą żywe trupy. Masakra… Co za koszmar, odlatujemy. – Nadajemy na żywo: NASA potwierdziło istnienie wirusa w dolnych warstwach atmosfery, na szczęście wirus może spaść tylko na Afrykę, Antarktydę i Australię. Za dwa dni ma zostać wysłana ekipa astronautów którzy za pomocą specjalnych urządzeń wessą śmiercionośny wirus do komory próżniowej. Módlmy się o powodzenie akcji… – Statek mimo ciężkiego ostrzału samolotów nadal nie tonie i nie zwalnia. Idzie prosto na Irlandię. Mieszkańcy tej wyspy proszeni są o ewakuację. – na tym wiadomości dla nas ważne się skończyły. W samolocie panowała ponura cisza i strach. Sprawdzając woje wyposażenie miałem karabin szturmowy M4 z 300 sztukami amunicji, dwa zestawy pierwszej pomocy i wojskowy nóż. Leon miał pistolet 9mm z 45 sztukami amunicji, Colta z 60 sztukami amunicji oraz komórkę. Rebecca i Chris posiadali Magnum z 120 sztukami amunicji oraz po śrutówce z 20 sztukami amunicji. Pod wieczór znaleźliśmy się bardzo blisko lotniska w Nowym Yorku. W międzyczasie wprowadzono stan wojenny oraz godzinę policyjną. Wylądowaliśmy parę minut po północy. Oni udali się w swoją stronę, ja w swoją. Ruszyłem do siedziby CIA ponieważ czułem, że tam znajdę informacje. Po raz pierwszy używając swojej paranormalnej mocy w innym wymiarze dzięki niewidzialności bez trudu przeszedłem do centralnej bazy danych. Szybko wpisałem hasło „parasol” i miałem dostęp do pokaźnej bazy danych liczącej około siedemset stron samego tekstu. Najważniejsza informacje to taka, że istniejący wirus ma nazwę wirusa GT prototyp V-2. Za około rok zacznie się rozprzestrzeniać po całym świecie niezależnie od warunków naturalnych. Będzie zarażał ludzi, zwierzęta, rośliny, wszystko, nic nie ujdzie żywcem. „Chyba, że opracuje się antidotum” – pomyślałem. Jednakże najbardziej przerażająca wieść to taka, że istnieje jeszcze jedno laboratorium gdzieś w wschodniej Europie i podobnież za kilka miesięcy w różnych rejonach kraju ma wypuścić setki zmutowanych genetycznie stworzeń, potworów, niewyobrażalnie mocnych mutantów. W parku Yellowstone już zasadzili mięsożerne roślinki, które wyludniły park z wszelkich zwierząt, a zastąpiły je żywymi trupami fauny. Parasolki również opracowały plan ucieczki z planety, mianowicie korzystając z zaskoczenia uciekną promem kosmicznym KOLOSUS na stację orbitalną Wenus. Mając na uwadze każdą sekundę migiem uciekłem z siedziby CIA i zacząłem szukać tamtej grupy. Jednocześnie ciągle myślałem jak stworzyć antidotum. W końcu, po 3 godzinach kiedy wstawał blady świt odnalazłem ich przed Białym Domem. – Słuchajcie, nie uwierzycie. Mam informacje, które mogą nas uratować. Dokładne plany parasolek… – i tak powiedziałem im wszystko po kolei. Byli zszokowani i zdziwieni, bowiem nie wiedzieli jakim cudem je zdobyłem. Ale dałem im również czas aby opracować dokładny plan dalszego działania i zapobiegnięciu apokalipsy. Moim najważniejszym zadaniem było zniszczenie statku kosmicznego i zabicie reszty pracowników Umbrelli. Nie wiedziałem kiedy mają wyruszać, ale cierpliwie czekałem. Tymczasem reszta grupy rozpoczęła poszukiwania bazy we wschodniej Europie. Nie dostawałem od nich żadnych wiadomości. W końcu tydzień po rozpoczęciu zarazy pracownicy tej organizacji przyjechali w pokaźnej ochronie pod centrum NASA. Coś kombinowali, ale nie obchodziło mnie co. Po prostu wyjąłem M4 i kilkoma seriami zamordowałem tych drani. Przebiegłem kilka kilometrów i dopadłem do stojącej taksówki gdzieś w pobliżu autostrady do Nowego Yorku. Samochód stał sam, wokół żadnych ludzi. Powoli podszedłem do drzwi od strony kierowcy kiedy wypadł na mnie zombie chcący wbić swoje zęby w moje ciało. Wrzasnąłem, i strzeliłem kilka razy do martwego taksówkarza. –Kurwa mać, już zaczęli zarażać!!! Wypuścili wirusa, potwory pewnie też. – w tym momencie komórka zadzwoniła. – Halo? Kto mówi? – To ja Leon. Mamy problem… – Wiem cholera, wiem. Ci dranie podjechali pod budynek NASA, zabiłem ich, ale zdążyli wypuścić wirusa. Przed chwilą walczyłem z żywym trupem taksówkarza. Wracajcie do Nowego Yorku. – No i chuj. Wracamy. Nie znaleźliśmy tej bazy. – I nie znajdziecie. Wracajcie już. Niedługo rozpęta się prawdziwe piekło na ziemi. Trzeba szybko działać. Plany omówimy jak się spotkamy. – serce waliło mocniej niż zwykle. Zabrałem wóz i wciskając gaz do dechy prułem autostradą do Nowego Yorku. Włączyłem radio, żeby słuchać rozwoju sytuacji. Nie było dobrze. Czołgi jeżdżą po ulicach, wszędzie pełno wojska, spanikowana ludność, zombie w całej Rosji, nawet Azji. Wystrzelone bomby nuklearne, z minuty na minutę sytuacja była coraz gorsza. Plaga w Irlandii. Gdy dojeżdżałem do mostu Golden Gate rakiety nuklearne zmiotły z powierzchni ziemi ¾ Rosji i całą Irlandię. Wydawało się, że to koniec, ale nic mylnego. Pod ich domem na 55 ulicy zatrzymałem wóz na drzewie. Wpadłem w poślizg, kiedy walnąłem w grupkę zombie. Już tam byli i bronili się zażarcie. Zombie panoszyły się dosłownie wszędzie, niewiadomo jakim cudem jest ich tak dużo. Zabarykadowaliśmy budynek. – Widzicie, zaczęli. – I wypuścili potwory. Zaatakowały wojskowe centrum informacji, liczne przekaźniki energii i masakrują ludność w wielu miastach Europy, Azji i Ameryki Północnej w tym nas. – w tej chwili jakiś żywy trup wbił swoje pokryte nowotworami łapsko i próbował coś złapać. Posłałem mu na dowidzenia całą serię. – Niedobrze. Musimy stąd uciekać. Inaczej nas zabiją. – A gdzie do cholery jest wojsko? – Wszystkie patrole zawrócili do baz. Jesteśmy zdani na siebie. Wszystkich ocalałych zamierzają ewakuować do Australii. Teraz bazy przeżywają silne oblężenie. – sytuacja była fatalna. Za drzwiami frontowymi czekało stado czterdziestu-pięćdziesięciu wygłodniałych trupów. –Za mną, wycofujemy się!!! – krzyknąłem i mocnym kopem wyważyłem drzwi tylne. Przebiegliśmy jakieś dwieście metrów, wtem kilka F-16 z sił powietrznych zrzuciło bomby na miasto. –Kryć się!!! Co oni kurwa powariowali? Chcą nas zabić? – cała ulica była zdewastowana, budynki płonęły. Dopadliśmy do autobusu gdzie czekało małe stado żywych trupów. Po kilkusekundowej intensywnej wymianie ognia padły. Leon prowadził. Grzaliśmy prosto do Zatoki Meksykańskiej, gdzie stamtąd pojutrze odpływają ostatnie statki. Kawał drogi. Zmienialiśmy się co siedem godzin jazdy. Dwa razy musiałem wraz z Leonem pakować śrut w gęby umarlaków kiedy stawaliśmy na stacji benzynowej. Udało nam się zabrać jeszcze kilka sztuk broni z sporym zapasem amunicji, w tym nawet trafiła się rakietnica. Dobrnęliśmy do półwyspu Floryda, z autostrady 540 mieliśmy skręcić w prawo, na drogę stanową 321. Staraliśmy się unikać obszarów gęsto zabudowanych. Kiedy my nie oszczędzając naszego środka transportu jechaliśmy prosto do bazy Omega inne placówki wojskowe w silnie strzeżonych konwojach opuszczały bazy kierując się do wybrzeży San Francisco, Los Angeles i na terenach północnych. O 21:53 ostatnia baza powietrzna ewakuowała się z całym sprzętem wojskowym. Większość polityków, znaczna część ludności Ziemi zginęła lub dołączyła do grona żywych trupów. Jedynie Australia, gdzie zniszczono niebezpiecznego wirusa i tysiące mniejszych wysepek na oceanach i morzach było bezpiecznych. Z Ameryk ocalało tylko 12.000 mieszkańców, z Europy uciekło 88.000 ludzi, z Afryki nikomu się nie udało wyjść żywo z opresji. Azja nie dawała żadnego znaku życia, sądziłem że ktoś ocalał na Syberii przykładowo, ale nie. Dwa dni później wspólnymi siłami udało się ocalałym poukładać ten cały bajzel na Australii. Porozmieszczano ludność w miastach, zaczęto budowanie nowych, rozbudowywanie starych. Dzięki zastosowaniu najnowszej technologii w czasie dwóch tygodni skończono prace. Tymczasem zaraza objęła większość terenu. Zombie jednak nie mając pożywienia zapadają w hibernacje lub zjadają siebie nawzajem. Ziemia jednak stawała się coraz większa, na południe od Australii nie było widać nawet po podróży statkiem Antarktydy. Miesiąc po ewakuacji wysłano z nowo wybudowanego stacji lotów kosmicznych pierwszą działająca sondę o wartości 60mld dolarów. Ludność w Australii wynosiła wtedy jeden milion mieszkańców. Sonda kiedy wyszła ponad orbitę Ziemi nie mogła objąć jej swoim wzrokiem. Taka była wielka. Lecz na razie musieliśmy uporać się z własnym problemem w naszym świecie. Na pierwszy ogień poszła masowa produkcja broni palnej i wybuchowej. Prawie każdy jak mógł pomagał. Stworzono także grupę specjalnych badaczy, którzy mieli za zadanie opracować szczepionkę przeciwko wirusowi i zacząć produkować ją seryjnie. Nikt z nas wtedy nie zdawał sobie sprawy, z tego, że ktoś ocalał na pozostałych lądach. Jednak myliliśmy się. Odkryłem to dwa tygodnie później przelatując samolotem DC-8 nad zachodnim Pacyfikiem. Urządzenie nad podczerwień wykryło duże zgrupowanie ludności w podziemnej stacji metra pod Moskwą i w zawalonym częściowo tunelu prowadzącym do Petersburga. Łącznie oceniałem ich ilość na ponad 800tyś. Cztery i pół godziny później również w podziemnych tunelach metra i kanalizacji od Nowego Yorku aż po Boston odkryłem prawdziwą bazę ludzi liczącą około ponad dwa miliony osób. Z tymi wiadomościami wróciłem do bazy. Jednak plany uratowania tych grup odłożono na czas nieokreślony. Priorytetem nadal było zdobycie szczepionki lub przepisów jak ją zrobić, czyli skład chemiczny i inne pierdoły. Wyruszyłem wraz z byłymi komandosami U.B.C.S, w liczbie czterdziestu chłopa z pełnym wyposażeniem. Uzbroiłem się w ulepszoną wersję shotgun’a z 80 pociskami i pistoletem Magnum .44 z 25 sztukami amunicji. Samolot zabrał nas nad teren w rejonie Denver. Tam podobnież była baza. Wylądowaliśmy na prowizorycznym lotnisku zbudowanym przez 45 grupę specjalną Rangers i 102 oddział piechoty powietrzno-desantowej sił zbrojnych marines. Łącznie z nami na wyprawę szło 1120 ludzi. Początkowo nie napotkaliśmy żadnego umarlaka. Jednak, kiedy doszliśmy do zachodniego brzegu Wielkiego Jeziora z miasta przybyły setki tysięcy. Natychmiast obłożyliśmy ich gęstym ogniem maszynowym. – Wycofujemy się!!! Odwrót na północ!!! – wrzeszczałem na wszystkich i do radia. Kilkaset metrów dalej znalazłem spore wejście do jaskini. Pędem wszyscy weszli do środka. Następnie zjeżdżając windami towarowymi dotarliśmy do pierwszego poziomu tajnej bazy Umbrella. W poprzednich starciach straciliśmy łącznie 80 ludzi, a to dopiero początek. Laboratoria były opustoszałem, zniszczone, spalone. Nie znaleźliśmy żadnych danych. Następnie dotarliśmy do drugiego poziomu. Tutaj udało mi się odnaleźć przepis na szczepionkę i dwie fiolki leku. Ale potrzebowaliśmy więcej. Idąc dalej dotarliśmy do drzwi, które zrobione były z hartowanej stali zbrojeniowej. Tutaj czekały nas najprzeróżniejsze paskudztwa. Rozglądając się po okolicy w poszukiwaniu klucza czy czegoś w tym rodzaju usłyszałem przeraźliwy, ogłuszający krzyk. Krzyk łowcy. Z cienia wyszedł Nemezis i dwa zmutowane potwory, które miały wysokość ponad trzech metrów i okropne ciało. Widać było wchłonięte szczątki ludzi. Nemezis skoczył do najbliższego żołnierza i rozpruł go na pół. Następnie jednym machnięciem przepołowił następnych czterech. Podbiegłem na 30m, przymierzyłem i odpaliłem. Pociski z mojej broni przeszyły głowę i tułów stwora na wylot. Wkurzył się. Wszyscy żołnierze strzelali gdzie popadnie, ale głównie w Nemezisa i te dwa stwory. Jedne z tych potworów chwycił swoją zabójczo szybką macką żołnierza, a drugą zaczął wyrywać mu narządy wewnętrzne. Na koniec połknął jego ciało. – Walić w nich!!! Rakietnice koło mnie!!! Strzelać na rozkaz. – podbiegło do mnie dwóch U.B.C.S. Mieli rakietnice. Zwróciłem uwagę Nemezisa kilkoma strzałami w głowę z Magnuma. Zbliżał się coraz bardziej, aż odpaliłem rakietę prosto w czerep. Eksplozja rozerwała go na strzępy. Dwa kolejne potwory szły prosto na mnie. Wyjąłem swoją ulubioną broń, czyli M16 i pakowałem serię za serią. – Giń ty przerośnięta kupo mięcha!!! Giń do kurwy mać!!! – wystrzelałem chyba z 300 pocisków. Wtem dwóch komandosów odpaliło rakietnice tym samym rozpieprzając te mutanty w drobny mak. Poszliśmy dalej. Udało mi się znaleźć kolejne cztery fiolki i pełny zapis jak zrobić antidotum. Mieliśmy co chcieliśmy. Rozkazałem aby wszyscy wycofali się. Kiedy dotarliśmy z powrotem na powierzchnię czekało nas prawdziwe piekło. Całe chmary zombie. Przeżyło nas tylko czterech. Resztę zabiły potwory. Brakowało nam amunicji. Przyleciał nasz helikopter. Dostałem się na pokład… i koniec. Wszystko zgasło. Zemdlałem z ogromnego wysiłku i osłabienia organizmu. Byłem zarażony. Gdy przybyłem do bazy 55% mojego ciała pożerał wirus. Tylko dzięki temu, że szybko dostałem antidotum uniknąłem śmierci i zamianę w żywego trupa. Jednakże ciągle byłem słaby. Misja zakończona. Nawet prosta i przyjemna. Dostałem kolejne 500tyś. Czerwonych kryształów i coś tam jeszcze. W każdym razie – wystarczyła jedna misja i moje zapasy stały się pełne. Wybrałem „Ostatni z żywych”. Znalazłem się w szkolnym autobusie. Poznałem to po ogólnym wrzasku i rozmowach. Za nami jechał jeszcze jeden autobus wypełniony do ostatniego miejsca. Łącznie z nami jechało równo 62 uczniów i dwóch kierowców. Między innymi koło mnie siedzieli Shon McKennzy, Tobias Flacwood, Jessica Haut oraz Leon Jefferson Junior. Jechaliśmy spokojnie przez jakieś góry utwardzoną drogą. Pogoda była piękna. Słońce piekło niemiłosiernie. Rozmawiałem razem z innymi. Fajnie było. Czułem jakieś silniejsze więzi. Około południa kiedy na niebie pojawiało się coraz więcej chmur zajechaliśmy do całkiem porządnego hotelu nad pięknym, srebrzystym jeziorem. Nieopodal na wzniesieniu widziałem stary zamek, prawdopodobnie z czasów średniowiecza. Przywitał nas główny zarządcę hotelu niejaki Bill Idaho. – Witam szanowną młodzież. Witam w naszym hotelu. Mam nadzieję, że przez najbliższe dwa tygodnie miło spędzicie czas. Mamy w planie dla was mnóstwo atrakcji. – wszyscy przyjęli to z pomrukiem zadowolenia. Pod wieczór ulokowali nas w pokojach. Miałem swój na trzecim piętrze razem z moimi kumplami z autobusu. Spałem jak kamień przez całą noc. Nad rankiem dało się słyszeć wrzawę. Wyjrzałem głowę, aby zobaczyć co się dzieje. Młodzież zbierała się przy ścianie nad schodami. Był tam wyryty napis: „Uciekajcie z tond póki możecie. Czeka was śmierć.” Napisane to było krwią, ludzką krwią. Jeżeli był to kawał to mało śmieszny. Po zjedzeniu śniadania udaliśmy się do pobliskich lasów, aby zobaczyć tutejszą faunę i florę. Ale nie spotkaliśmy dosłownie nic. Nawet nasi nauczyciele i przewodnik nie byli w stanie zauważyć choćby owada. Wróciliśmy dopiero pod wieczór dzięki naszym opiekunom. Cholery, na nic nie znają się na mapach. Przed hotelem zastał nas niemiły widok. Jeden z autobusów był kompletnie zniszczony. Przedziurawiony bak paliwa, przebite opony, powybijane szyby, wyjęty silnik. Drugi z autobusów zniknął, a wraz z nim kierowca. Z recepcji wychowawca zadzwonił najpierw do biura podróży, które nie odebrało, potem na policję. Powiedzieli, że za 10 godzin przyjedzie policja i autokar zastępczy. Udaliśmy się do swoich pokoi. Nad rankiem następnego dnia, przy pełnym blasku słońca udałem się wzdłuż drogi do mostu, aby porozglądać się po okolicy. Miałem wrócić do hotelu nie później niż o 16:00. Szedłem dwie, trzy godziny. W końcu ujrzałem most. I zobaczyłem coś co nigdy nie pragnąłbym ujrzeć. Drugi z autobusów leżał w rowie. Ogólnie zdemolowany. Co gorsza znalazłem kierowcę, który nie pachniał świeżością. Jego głowa znajdowała się jakieś 100m od ciała. Korpus miał ogromne rozerżnięcie na klatce piersiowej i powyrywane bebechy. Spuściłem głowę i puściłem pawia. Tak do końca drogi jeszcze z sześć razy. Kiedy zobaczyli mnie kumple rzygnąłem ostatni raz. Byłem mocno odwodniony. Wszyscy wystraszeni, zaraz chcą mi pomagać. Udałem się do pokoju i zasnąłem. Miałem cholerny sen. Jakiś koleś w masce mówił mi, że mam jak najszybciej wiać do tego zamku. To jest miejsce dawnego kultu, który ochroni każdego przed demonami i duchami, które tylko czekają aby nas zabić. Obudziłem się i zacząłem studiować swój sen. Koleś gadał na wzniesieniu, dokładnie nad jeziorem. Wydawało mi się, że prawie kilometr od zamku. Wtedy weszło do mnie kilku kolegów. Opowiedziałem im o śnie. Tamci nawet mnie nie wyśmiali tylko szybko poszli powiedzieć o tym innym. Po południu wszyscy zabrawszy swoje rzeczy ruszyli w stronę zamku, ale ja z nimi nie poszedłem. Postanowiłem stawić czoła swoim lękom. Kiedy oni uciekali, ja walczyłem. Ale to była zupełnie inna walka, walczyłem z własnym strachem. Czekałem godzinę, potem dwie na jakikolwiek atak ze strony mocy ciemności. Wtem kiedy zdawało mi się, że widzę ruch w pobliskich krzakach zobaczyłem ogromny błysk i dalszą część wizji. Gadał do mnie ten sam facet, ale w masce pokrytej krwią. Mówił, że ten hotel zawsze był ośrodkiem który ratował życie, a zamek. Cóż, w tym momencie zaśmiał się i zniknął. Pogoda zaczęła się poprawiać, słońce świeciło, rytuał dobiegł końca. Jak najszybciej pobiegłem do zamku. Kiedy zbliżałem się do głównych drzwi już widziałem pierwsze ciało. To był gruby opiekun. Potem na drzwiach zauważyłem ślady pazurów a zaraz obok dziurę w ścianie. Bestia pewnie przedarła się przez mur i zabiła kolejnych dwoje uczniów. Dalej pobiegłem na pierwsze piętro, gdzie leżało kolejne ciało. I tak po kolei w każdym pokoju. Wyszedłem z zamku drugim wejściem i tu widziałem ostatnie cztery ciała. Pewnie niektórzy zorientowali się, że to pułapka i zaczęli uciekać. Tutaj jedynie rozpoznałem Shona. Zawaliłem sprawę, chociaż nie wiem jaki był cel misji. W każdym razie pięć sekund później ponownie znalazłem się w cybernetycznym pokoju i mój zapas kryształów stał się pełny a tym samym stałem się nieśmiertelny. I tutaj postanowiłem zmienić cały świat, a konkretnie Ziemię – cofnąłem czas do roku 2007, kiedy Ziemia jeszcze była urodzajna i zamieszkała. Koszar się nie rozpoczął bo tak naprawdę on już trwał, tyle tylko że zmienił czas. To zaklęcie kosztowało mnie wiele energii i siły, dlatego przespałem następne cztery miesiące. Kiedy się obudziłem na Ziemi wręcz kwitneło życie. Był 22 maj 2007 rok. Zaczynałem swoją podróż od nowa. Kilkoma sprawnymi ruchami palców ustawiłem swoją pozycję na najwyższym szczeblu. W banku szwajcarskim miałem ponad 30mld w dolarach, 44mld w euro oraz 12mld w frankach szwajcarskich. Kupiłem sobie spory kawał terenu na wyspie Mindanao na Filipinach i zbudowałem sobie w ciągu pięciu miesięcy przepiękną willę z wieloma dogodnościami. Świat żył na nowo. Baza na Saharze ponownie była sprawna. Ale co by teraz zrobić? Tak rozmyślałem i nagle mój umysł przeszyła przerażająca myśl, przecież Kostucha żyje a mi tego nie daruje. Postanowiłem trenować i przygotować się na jego atak. Będzie on pewnie przerażający i… może zniszczyć całą Ziemię. Czyli to było przeznaczenie? Nie, ja to zrobiłem, ale jak? Nie ocalę Ziemi? Zdradziłem Kostuchę. Tak siedziałem i rozmyślałem w swojej willi. Dwa tygodnie później miałem armię żołnierzy-mutantów oraz system zabezpieczeń w całej willi. Ale i tak to pewnie nie wystarczy. Przynajmniej spowolni tego gnoja. Zaczęło się w czerwcu następnego roku. Kolejny piękny dzień zaczął się na planecie Ziemia. Na przylądku Canaveral statek „Atlantyk” przygotowywał się do misji na Marsa. Wszystko szło dobrze. W tym samym czasie kiedy ja jechałem przez Golden Bridge do swojej willi z wakacji szło końcowe odliczanie. Statek z tajnym ładunkiem wodorowym umieszczonym przez CIA i Biały Dom mającym na celu przygotowanie wojny z Rosją i Chinami. Nie wszystko szło tak jak ja chciałem. Wyczułem ingerencję Kostuchy. I poszedł… Ale długo nie poleciał. Słuchając radia dowiedziałem się, że doszło do poważnej awarii silnika i prawdopodobnie uderzy w na Czarnobyl. W dodatku próby zneutralizowania ładunku wodoru spełzły na niczym. Zderzenie nastąpiło o godzinie 16:53 czasu lokalnego. Działająca elektrownia która właśnie szykowała się do wywozu 800t materiałów radioaktywnych a od godziny działał reaktor 6. Niesamowita eksplozja, niczym smoki ognia, pioruny, ocean ognia… W wyniku połączonych eksplozji reaktora i bomby wschodnie krańce Polski, centrum i północ Ukrainy oraz południe Białorusi zostało zmiecione z powierzchni ziemi i skażone na wiele lat. Burdel się zrobił niesamowity. W USA ogłoszono DEFCON-2. Rosja potajemnie zmobilizowała całą armię, a także postawiła w stan najwyższej gotowości bojowej 5 Flotę Wojenną Rosji. Składała się głównie z okrętów z głowicami nuklearnymi. Jej główne podejrzenia padły na Polskę, miejsce gdzie był składnik systemu tarczy antyrakietowej bo jeszcze nie wiadomo było co dokładnie uderzyło. O godzinie 23:58 kiedy przeszukiwałem Internet doszła informacja, że uderzył prom kosmiczny. Pewnie gości z Białego Domu nieźle zmroziło. A szczególnie mieszkańców całego świata. Polska tymczasem odkryła tajemnicze ruchy 5 Floty i natychmiast zarządziła wyjaśnienie sprawy. Jakby to powiedzieć… Zasnąłem, ot tak po prostu. Przez te 20h snu wydarzyło się tyle, że gdy obudziłem się w swojej willi na Karaibach (chodź nie wiem do końca jak do tego doszło) świat zmienił się nie do poznania. Ale po kolei… Rosja wycofała swoje obawy wobec Polski chociaż jak później poszło nie do końca. Korea Północna wykorzystując zamęt ogłosiła włączenie południa do komunistów. Tam wybuchła wojna. Bazy USA w Japonii, a także sama Japonia ogłosiły wojnę wobec Korei Płn. W Waszyngtonie ogłoszono DEFCON-1, pierwszy raz w historii a prezydent przetransportowany do góry Cheyen. Prawie cały świat zmobilizował swoje armie, ale pierwsze skrzypce grały rakiety nuklearne. Zmiotło pół świata. Oczywiście poszła pierwsza Rosja a potem USA. Użyto każdej broni. Ci żołnierze którzy przeżyli i mechaniczne roboty ukryte w magazynach poszły na front i wojnę trwającą tylko 6h. Doszło do prawie totalnego wyniszczenia cywilizacji ludzkiej. Miliardy ofiar. Znikły centra komunikacji, miasta, wsie, poziom radioaktywności skoczył na śmiertelny poziom. Główne miasta na wschodnim I zachodnim wybrzeżu zostały zmiecione. Prezydent i rząd przetrwał w górze Cheyen. Polska oberwała najmniej. Zniszczono tylko południe, Warszawa ocalała. Ale I tak ludność zeszła do podziemia. Jedynie dzięki przytomności umysłu pozostawiono włączony system antyrakietowy. Wielka Brytania zachowała się jako jedyne źródło cywilizacji. Tyle zaszło do momentu w którym się obudziłem. Pomyślałem że zagłada Ziemi to rzecz nieunikniona. Armia żołnierzy była gotowa, zabezpieczenia w willi również. Wyszedłem na balkon zobaczyć jaki jest krajobraz po wojnie totalnej. Czerwone niebo połączone z gęstym, czarnym pyłem. Wiało dosyć mocno, ocean był bardzo wzburzony ale o tsunami nie było mowy. Pozatym moja willa była na skarpie około 250 metrów nad poziomem wody. Na wyspie oprócz mojego domu była małe miasto turystyczne, które niestety, z daleka wyglądało na ruinę chociaż nie wiedziałem dlaczego. Zbliżenie się o kilkaset metrów I użycie mocy „Sokole Oko” wykryło istnienie grupy obcych regularnie eksterminujących cywilów I niszcząc budynki. W oddali płonął tankowiec, a także spora część oceanu. Na prawo od nich, w lesie widziałem zarys ich statku bojowego. Wyciągnąłem prawą rękę i soul fairass. Słup ognia wystrzelił z ręki I trafił prosto w statek, który potężnie eksplodował zabijając czterech Chimerów. Pozostali gwałtownie spojrzeli tam gdzie stał ich statek a potem w miejsce gdzie jeszcze byłem przed chwilą. Ale ja już w furii ataku z mieczem dusz przebiłem oficera monstrów. Plama zielonej krwi rzygnęła na ulicę. Włączyłem niewidzialność I odbijając się od ścian wieżowców rzucałem pociski magiczne. Chimery padały martwe jeden za drugim. Cała akcja trwała tylko kilka minut. Nikt nie został żywy, ani cywile ani obcy. – Halo? Dowódca mutantów, tutaj Szef. Rozkaz 511, obstawić całą wyspę. Informować mnie o jakichkolwiek ruchach w powietrzu i na morzu. Przygotować samolot transkontynentalny. – Po rozmowie biegiem wróciłem do hangaru i poleciałem samolotem wprost do góry Cheyen mając nadzieję na spotkanie z prezydentem. Widok który ujrzałem przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Góra była oblężona przez co najmniej milion tych stworów plus mnóstwo pojazdów czołgowych I latających. Zmieniłem swój statek na tryb bojowy I ruszyłem do miażdżącego ataku. Najpierw rakietami elektrycznymi i typowym napalmem rozwaliłem w drobny mak pierwszą falę atakujących, którzy prawie zniszczyli tytanową bramę. Potem pod ciągłym ostrzałem z broni rakietowej odpaliłem prawie cały zapas rakiet FFAR I Tomahawk masakrując wszystkie mobilne pojazdy. Obcy zaczęli się wycofywać. – O nie, tak łatwo nie pójdzie. – Na dowidzenia odpaliłem rakietę termonuklearną która uderzyła z dala od góry, ale fala uderzeniowa zmiotła wszystkich obcych. Katapultowałem się z samolotu i powoli spadając oglądałem pole po bitwie. Wylądowałem tuż przed wyważoną bramą i zniszczonym posterunkiem. Stanąłem przed tytanową bramą prawie zniszczoną i z już zniszczonym zamkiem. Lekko pchnąłem drzwi i znalazłem się przed plutonem komandosów, którzy czekali na obcych. Odruchowo rzuciłem się na ziemię i powiedziałem żeby nie strzelali. – Coś ty za jeden?! – rzucił dowódca. – A czy to takie ważne? Obcym nie jestem, zresztą wszyscy są martwi. – dopiero teraz komandosi zobaczyli pobojowisko na wygranej przez zemnie bitwie. – No dobrze. W wyniku zaistniałej sytuacji wpuszczamy cię do góry Cheyen. Wewnątrz zapoznasz się z sytuacją. – rozkazał kapitan. Ośmiu ludzi zostało przy otwartych drzwiach czekając na zespół inżynierów. Reszta poszła wraz ze mną do centrum dowodzenia aby omówić pewne sprawy. Czekał tam już prezydent wraz z Nadzwyczajną Radą. – Witam panie prezydencie. – rzekłem do dosyć wysokiej postaci w eleganckim garniturze. – Również pana witam, chociaż za bardzo nie wiem kim pan jesteś. Wydziałem twoje popisy przed górą. Skąd ty umiesz tak latać? – Ano, tak jakoś, po prostu mam wrodzone zdolności. Mniejsza oto. Skąd wzięli się ci obcy? – Również ja chciałbym znać na to odpowiedź. – prezydent usiadł na krześle spoglądając czasami na mnie a to na ekrany. – Prawdopodobnie wykorzystując wojnę jaka zapanowała sprytnie weszli do atmosfery. Następnie zaatakowali centrum NASA i stację radarową w Górach Skalistych. Potem ruszyli na nas, przynajmniej taka jest teoria. – zaczerpnął oddechu i mówił dalej. – Jesteśmy w odwrocie. Prawie całe Stany Zjednoczone są w ruinie, świat leży na kolanach, nie mamy z nikim kontaktu. – Ja wam powiem. Polska, choć nie cała i Wielka Brytania nadal mają się dobrze i walczą. Nie wolno nam się poddawać. Na zewnątrz jest mnóstwo wraków i broni obcych, tony potrzebnej technologii. Wykorzystajmy ją. – Dobrze, ale najpierw naprawimy frontowe drzwi i system obrony na zewnątrz. Technologią zajmiemy się później. W naszych schronach jest około 23.000 ocalałych cywilów. Chyba znajdą się dla ciebie jakieś miejsca. – Dziękuję, nie skorzystam. Ruszam do Wielkiej Brytanii. – dalej ruszyłem od góry w stronę zachodniego wybrzeża. Wezwałem samolot transportowy który zjawił się w kilka następnych godzin. W UK byłem po północy dnia 30 maja 2007 roku. Widok z góry nie był już tak przerażający. Miasta nie płonęły. Wylądowałem koło Londynu choć wieża była zdziwiona jakimś latającym pojazdem. W asyście żołnierzy przybyłem do Londynu i spotkałem się z rządem. Rozmawiałem z nimi długo. Ustaliliśmy, że prawie cała Azja i Rosja od gór Ural na wschód to STREFA ZERO. Nikt nie może się do niej zapuszczać. Powrót do USA był już całkowicie spokojny. Przez pierwsza trzy miesiące trwały ciągłe prace remontowe. Angażowano w nie każdego. Ja zapuszczałem się na mało niebezpieczne misje ratowania pojedynczych grupek ludzi. Potem zawoziłem je do USA albo Wielkiej Brytanii. Po 4 miesiącach robota była skończona, a prace nad technologiami obcych ruszyły pełną parą. Powoli acz z zadziwiającą szybkością naukowcy i inżynierowi rozwiązywali kolejne zagadki. Chimery nie pokazywały się zbytnio. Pewnie wycofały się do strefy. Na przełomie lipca/sierpnia grupa elitarnej jednostki komandosów GROM z Polski która przetrwała masakrę dostała się do centrum NASA gdzie w mojej asyście wytłukła w pień dwa bataliony obcych. Centrum od dziwo z większością aparatur i innych urządzeń przetrwało. Sprawdziłem cały system. Tylko mały procent danych został zniszczony. Satelity informacyjne, radiowe itp. zniszczono. Natomiast satelity wojskowe, uzbrojone w lasery i działa rakietowe przetrwały. Pewnie Chimery chciały wykorzystać je do swoich celów. Natychmiast zgłosiłem ten fakt prezydentowi. – Halo? Tutaj Szef. Mam pewną ciekawą informację panie prezydencie. – Słucham uważnie. – Satelity wojskowe przetrwały, mamy potężną siłę ognia w kosmosie. Zrozumiał pan? – To wręcz niesamowita wieść, głupi obcy, naprawdę. To ułatwi nam sprawę. Przyślę wam wsparcie w postaci dwóch plutonów M1A1 wraz z batalionem piechoty morskiej. Do tego czasu obstawcie centrum i zbudujcie perymetr obrony. Planowany czas przybycia posiłków 5h. – zakończyłem transmisję do prezydenta a następnie wydałem rozkazy. – No dobra ludzie, słyszeliście wodza! Rozstawić mi karabiny maszynowe ale już. Snajper, na drugie piętro. Drużyna wsparcia rozstawić się za tamtą ścianą, inżynierowie rozstawić miny przeciwpiechotne oraz przeciwczołgowe, każda w odległości minimum 50 metrów. Zachować pełną czujność bojową. – w spokoju minęły pierwsze trzy godziny. Słońce powoli zachodziło za horyzont a wroga nie było widać. Wtem z kierunku południowego zauważyłem cztery ogromne kłęby dymu i ognia. Kilka minut później ukazały się pojedyncze sylwetki czołgów obcych a następnie cała chmara stworów. Jako pierwszy rozpocząłem ostrzał z broni maszynowej skutecznie eliminując oficerów i dowódców. Obcy przyspieszyły, łamały szyki bojowe byle tylko dorwać nas. Kiedy zbliżyli się prawie do pola minowego wszyscy otworzyli zmasowany ogień masakrując co większe jednostki wroga. Czołgi prawie wszystkie wpadły na miny i rozwaliły się w drobny mak. Dwie godziny odpieraliśmy ataki obcych zanim przybyły posiłki. Straciłem prawie wszystkich ludzi. Na szczęście nasza czołgi i piechota skutecznie rozprawiły się z resztkami Chimer. Ponieważ obcy straciły ogromną część swoich sił nie pokazywały się przez następne dwa tygodnie. Regularnie rozbudowywano bazę w górze Cheyen. Resztki cywilizacji odbudowywały się powolnie. Wyruszyłem na wyprawę do Australii, kontynentu które od wybuchu wojny nie dawał żadnego znaku życia chociaż tylko jedna głowica rąbnęła w Sydney. Zbliżając się w swoim myśliwcu „Feniks” Alpha-22 do zachodniej strony wyspy. Niebo zasnuło się czarnym niebem i w jednej chwili wybuchła prawdziwa zamieć śnieżna. Trafiłem do anomalii pogodowej produkowanej przez kosmitów. Możliwości lądowania spadły do zera. Postanowiłem katapultować się na ziemię a samolot odesłać do bazy. Spadając zdążyłem zauważyć sylwetkę jakiegoś potężnego obiektu wyrastającego z ziemi blisko góry Bruca.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
%d bloggers like this: