World Hydepark

O wszystkim i o niczym… Wolna Amerykanka

Archive for Grudzień 2006

Dzień jak co dzień…

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 31, 2006

Jak zwykle miałem cholernie mało czasu do napisania czegokolwiek. Ale teraz trochę więcej więc korzystam póki mogę. Nie będzie żadnego podsumowania, życzeń na rok 2007 itp. Nie czuję się na siłach aby podsumowywać cokolwiek, było dobrze i tyle. Nic sobie nie życzę na przyszły rok. Marzenia się spełniają ale rzadko. Mam fajne, poukładane życie, czeka mnie teraz jedynie horror (dla mnie jedynie wiadomo jaki 😛 )…równo za 2h 20:00, jeszcze sporo czasu do Sylwestra. Zagrywam się w Total Overdose, sprawdziłem w jeden dzień demo Faces of War oraz FEAR Extraction Point. Raczej na nudę nie narzekam chociaż zawsze mogło być lepiej. Gry to moje hobby, nie ukrywam tego ale nie jest to też mój nałóg. Przed końcem tego roku zacząłem projekt Paranoic Productions ale nic z tego nie wyszło. Brakło weny twórczej lecz zamiast tego opublikowałem dość duży tekst. Umownie to nazwałem Niedokończona opowieść. Już dalej nie chciało mi się tego ciągnąć. Ponownie brak chęci. To chyba będzie moje postanowienie – jak się za coś bierzesz to to skończ. A teraz trochę podsumowuje ale jednym zdaniem – polityka zaszła na dno, rynek gier rozrasta się w szalonym tempie, technologia śmiga jak błyskawica, życie toczy się dalej. Regularnie kupuję Newsweek’a oraz CD-Action. Zajebiste, pierwsza gazeta-tygodnik, drugie czasopismo-miesięcznik (komputerowe). Z CDA mam mnóstwo pełnych wersji, ofkoz legalnych. Opłaca się wydawać 14.99zł i mieć kilka godzin wyjęte z życiorysu. Na dobre zadomowiłem się w CFOG’u, profesjonalnej grupie graczy OFP którzy rozgrywają coop’y ale otatnio przenieśli się na Armed Assault. Być może już w styczniu będę miał ale szanse nie za duże. Przeczytałem recenzje i nie nastrajają mnie optymistycznie. Ale może będzie podobnie jak z Flashpointem, po wydaniu kilku patchy rzogrywka będzie przednia. Nigdy nie zapomnę tych ponad 200h spędzonych przy mojej grze numer jeden. Dowodu szukajcie na Xfire. A co tam na świecie…Nagła egzekucja Saddama Husajna. Jednak rząd Iracki sie nie patyczkował. Ale jakkolwiek by na to nie patrzyć zabijanie kogokolwiek nie służy budowaniu demokracji. Fakt, Saddam przyczynił się do śmierci wielu lecz jak mówią niektórzy komentatorzy fala zamachów wcale nie ustanie, wprost przeciwnie. Czy szykuje się wojna domowa na pełną skalę? Jaka będzie sytuacja na Bliskim Wchodzie? Czas pokaże. To jedne z najważniejszych pytań na 2007r. Oby to był rok pokoju… Dobra ludzie, może na koniec „Ameryki nie odkryłem” ale oto przedstawiam film Introduction opowiadający co się działo przed początkiem Grand Theft Auto: San Andreas.

I na koniec, moja gala najlepszych filmów które przez ten cały rok obejrzałem na różnych serwisach. Najpierw:

NAJLEPSZA KOMEDIA
+ poważna tematyka z przymrużeniem oka
+ zajebiste teksty (np. AAA!!! MOTHERLAND!!!)
+ dobra stylistyka, miłe dla oka

NAJLEPSZY FILM
+ genialna muzyka
+ montaż
+ jednym słowem WSZYTKO!!!

Reklamy

Posted in Gaming live, Real Life | Leave a Comment »

Roleplaying session

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 27, 2006

Przeglądając czeluście Internetu natrafiłem na fajną sesję RPG. Jako że trochę lubię roleplaying chociaż jedynie odpowiada mi storytelling, żadna mechanika, tylko słowa. I to lubię. A teraz przedstawiam sesję Siła Percepcji by Nefarius:

Suzail -stolica państwa walecznych i honorowych Cormyrczyków. Ludzi, którzy po części czczą legendarnego Purpurowego smoka. Dzień, jak co dzień, życie toczyło się tym samym biegiem. Kupcy już od wczesnej pory ustawiali swoje stragany na miejscowym targowisku. Strażnicy na nowej zmianie marudzili, na kolejny parszywy dzień, patrolowania brudnych ulic. Raz po raz na drodze, można było napotkać parę Rycerzy Purpurowego Smoka, bo właśnie parami stacjonowali oni obok miejskiej straży ulice Suzail. Zamek Lady Alusair, dumnie spoczywał na swoim miejscu, gdzie powiewało wiele flag, z herbem Cormyru. Ostatnimi czasy, jednak gościna stolicy traci na rozgłosie. Mieszkańcy są zaniepokojeni dziwnymi i coraz to częstszymi zdarzeniami, jakie ich nawiedzają. Ostatnio społeczność Suzail podzieliła się na elfów, oraz całą resztę rasową. Elfy oskarżane przez resztę po długim okresie przekonywania, o swej niewinności w sprawie dziwnych wydarzeń, przestały prowadzić handel z miejscowymi ludźmi, którzy są powodem oskarżeń. Ludzie stają się mniej tolerancyjni niż dotąd i bardziej zgryźliwi niż krasnoludy. Świątynia Lathandera współpracując z świątynią Helma wyznaczyła nagrodę, dla tego, kto rozwiąże zagadkę dziwnych wydarzeń w mieście…Mortimer, Chęć zarobku poprowadziła Cię wprost do Cormyru, to nie dziwne, gdyż w stolicy dzieją się dziwne rzeczy a miejscowe świątynie słono płacą za rozwiązanie lub pomoc w rozwiązaniu tych problemów. I rzeczywiście piętnaście tysięcy sztuk złota za powęszenie po mieście i popytanie, kogo trzeba było opłacalnym interesem. W świątyni Lathandera w Suzail, dowiedziałeś się, że ludzkie dzieci są ciągle nawiedzane przez demoniczne poczwary. Nieszczęsne maluchy tracą chęć do życia, przestają jeść, wszystkiego się boją oraz tracą kontakt z rzeczywistością. Prości ludzie podejrzewający elfów o używanie jakiś potwornych magicznych mocy. Kapłan –Elberon, poradził Ci byś poszukał sobie jakiś współpracowników, najlepiej kogoś inteligentnego i kogoś, kto zna się na dyplomacji oraz polemice. polemice zasadzie, nikt nie kazał Ci dzielić się z nimi całą nagrodą mogłeś zasugerować mniejszą kwotę a fakt faktem negocjatorem i błyskotliwym geniuszem to nie byłeś…Reesa Sharess, pewnego dnia zostałeś wezwany do świątyni bogini, której służyłeś. Kapłani poprosili Cię, o pewną przysługę. Opowiedzieli Ci oni o dziwnych wydarzeniach, które dręczyły stolicę Cormyru. Kapłani poprosili Cię byś udała się tam wraz ze swoim sługą i razem wybadali, co się dzieje. Ten chaos mógłby być sumiennie wykorzystany przez wyznawców bogini Cienistego splotu. Nie miałaś żądnych przeciwwskazań, więc szybko się przygotowałaś do podróży. Po niedługim czasie, wraz z eskorta udało Ci się dotrzeć do Suzail. Strażnicy miejscy byli dość tolerancyjni, toteż nie zaczepiali Cię w sprawie trzy metrowego golema. Jako, że sługa nie robił, żadnych szkód, nie mieli powodu by Cię dręczyć. Pierwszym miejscem, do którego postanowiłaś się udać była miejscowa karczma, w której mogłaś się dowiedzieć wielu cennych rzeczy…Viral, Twoja podróż z mężczyzną u boku zakończyła się w Suzail. Nie interesowała Cię zupełnie żadna sprawa, która trapiła mieszkańców. Po prostu chciałaś odpocząć w miarę dobrych warunkach. Miejscowa karczma okazała się najlepszym do tego miejscem. Spokojnie rozsiadłaś się z swym towarzyszem przy stoliku. Nie czekając długo do stolika, podbiegła młoda służka, która spytała szybko, w czym może pomóc…Mortimer, pierwszym miejscem, do którego się udałeś była karczma. Z początku chciałeś usiąść przy stoliku i poobserwować potencjalnych współpracowników. Kilka krasnoludów, trójka ludzi, dwa niziołki oraz kobieta wyglądająca na człowieka, wraz z ludzkim towarzyszem. Chwilę później do karczmy weszła inna kobieta, za którą do karczmy wkulała się ogromna istota, którą zwie się golemem. Kobieta usiadła przy ostatnim wolnym stoliku a ogromny konstrukt stanął za nią pod ścianą czekając na jakąkolwiek komendę.Reesa Sharess

To było to, na co od tak dawna czekałą, zwykłe egzekucje nudnych urzędasów nie sprawiały jej radości, to było zbyt proste. Teraz arcykapłan świątynii Shar, mający siedzibę w jej Lodowym Pałacu wezwał ją przed swoje oblicze. Gestem ręki odprawiła sługę, który powiadomił ją o tym fakcie i wstała udając się piętro niżej. Wychodząc z pokoju przystanęła i wydała mentalny rozkaz swemu słudze. Po chwili ponad trzy metrowy diamentowy konstrukt wyszedł z sali obok. Nie poruszał się on jak zwykłe gliniane, czy żelazne golemy. W jego ruchach nie było żadnej niepłyności. Ten konstrukt poruszał sie z gracją i wdziękiem którego brakowało mniej dopracowanym osobnikom jego rodzaju. Razem zeszli piętro w dół do sali arcykapłana. Całe pomieszczenie było skąpane w czerni, której nawet lód nie przebijał. Reesa wiedziała, że jest to mrok pochodzenia magicznego, nie zastanwiając się dłużej podeszła w stronę ołtarza, gdzie czekał kapłan.

-Witaj, o najwyższy…-
-Witaj dziecko mroku, pojawiłaś się szybko, tak jak zawsze nie kazałaś mi czekać, mam dla Ciebie zadanie i to wystarczająco trudne, by sprostało Twoim umiejętnościom. Tym razem nie będziesz mogła posłużyć się nikim z Twojej gildii, ponieważ musisz się udać aż do Suzail, rozmawiałem już z magami żeby przygotowali dla Ciebie zaklęcie teleportacji, przeniosą Cię blisko miasta. Co do samego zadania, musisz sprawdzić co się tam dokładnie dzieje i sprawić, by cała sprawa przysłużyła się Shar. Możesz już odejść.-
-Jak chcesz Marcusie.-

Kończąc rozmowę czarodziejka wyszła z sali biorąc ze sobą golema. Nie było na co czekać, weszła na górę i zabrała ze sobą kilka najprzydatniejszych zwojów, zabrała ze sobą cztery komplety ubrań i inne przydatne kobiecie rzeczy, na koniec nałożyła na siebie swój płaszcz i wzięła ze stołu swoją kulę, teraz w środku jej padał deszcz i biły pioruny, ale zapewne do czasu dotarcia na miejsce jej przejdzie.
Udała się wraz ze swym sługą na dół do maga zwanego Julius. Czarodziej otworzył dla nie portal prowadzący na granice Suzail. Pierwszy przeszedł Khazid, ona weszła w niego druga. Po wyjściu nie czekała na nic i udała się prosto do bram miasta, strażnicy nie robili problemów i wpuścili ich obu. Kobieta udała się do karczmy, gdzie zapewne najwięcej się dowie od zapijaczonych mentów. Idąc przez tłum zwracała na siebie uwagę, właściwie nie ona, a trzy metrowy, diamentowy konstrukt podążający za nią.
Po chwili drogi doszli do pierwszej lepszej tawerny, obaj udali się do niej. Reesa weszła bez problemu, konstrukt musiał się dość mocno schylić. Wszystkie oczy skierowały się na nich, szczególnie kiedy zdjęła kaptur. Trudno nie zwracać na siebie uwagi w tej sytuacji. Oszałamiająco piękna kobieta z towarzyszem wykonanym z czystego diamentu, zastanawiała się czy mężczyźni patrzą na nią z chęcią zabawienia się, czy z chęci przerobienie Khazida’re na kamienie szlachetne… oj żeby się czasem nie przeliczyli.
Czarodziejka skierowała swe kroki w stronę wolnego stolika, ona usiadła, a obok niej stanął golem, teraz czekała aż jakiś facet do niej podejdzie, żeby mogła wydobyć od niego potrzebne informacje…

Viral Genosha & Victor Krieg

Droga minęła szybko i nim zdołała się zorientować byli już na miejscu. Stolica Cormyru. Państwa o którym wiele słyszała i musiała przyznać, że nie wiele z tego mijało się z prawdą. To było cudowne miejsce. Porządek i ład budziły w niej uznanie, natomiast widok strażników i rycerzy purpurowego smoka napawał niezrozumiałą dumą, która wcale nie powinna być obecna w jej osobie. Wszystkie struktury robiły wrażenie zaawansowanych technicznie i jakże odmiennych od tych do których przywykła w domowych stronach. Z tego faktu także się cieszyła. Im mniej przypominało jej o zwyczajach własnej rasy tym lepiej…
Dotarli do centrum. Ludzie przechodzili obok nie zwracając na nich uwagi, handlarze zachwalali swoje produkty z mniejszym, lub większym efektem, w powietrzu unosił się zapach owoców i warzyw z pobliskich straganów. Dziewczyna podeszła na moment do grubego sprzedawcy, pozostawiając swojego protektora samego obok fontanny i zakupując kilka jabłek. Nie byli jeszcze tak głodni, aby zakupić coś więcej. Krieg wziął jeden z owoców i zasiadł przy fontannie, nie przejmując się zbytnio możliwością zamoczenia ubrania. Ona zdecydowała się nie ryzykować i pozostała w pozycji stojącej. Oboje zjedli po jednym, następnie Victor cisnął ogryzki gdzieś w ciemności zaułka. Pozostali tak jeszcze chwilę, nie odzywając się do siebie ani słowem. Viral opuściła swój jadeitowy kaptur odsłaniając brązowe włosy i zielone oczy. Jej twarz zdawała się wyrażać zadowolenie. Nagle obok nich przeszła inna, zakapturzona postać odziana w czarny płaszcz. Szalik skrzętnie zakrywał rysy jej twarzy, jednak siedząca przy swoim protektorze dziewczyna mogła stwierdzić, że… dziwna jednostka miała…czerwone ślepia. Ich spojrzenia spotkały się a Viral poczuła, że tajemnicza osobistość jest użytkownikiem magii. Nim zdołała się jednak przyjrzeć, sylwetka zniknęła w jednej z uliczek. Krieg rzucił swojej damie dość zdziwione spojrzenie, nie mniej jednak nie skomentował niczego. Obecnie miał na głowie poważniejszy problem, a mianowicie jak przekonać odzianą w zieleń aby pozwoliła mu pozostać przy swoim boku.
– Lady Viral, co pani teraz zamierza?
-… nie myślałam jeszcze o tym. To duże miasto. Z pewnością znajdzie się tu coś co będzie wymagało moich umiejętności…
– Słyszałem jak grupka mieszkańców wspominała coś o jakimś konflikcie między elfami a resztą społeczeństwa tego miejsca…może powinniśmy to sprawdzić? To może być coś dla pani. Jak i dla mnie… – dokończył dość niepewnie.
Rzuciła lekko zdziwione spojrzenie, nie mniej jednak uśmiech nie zniknął z jej twarzy. Wiedziała, że tak będzie. Że młody, szlachetny rycerz najzwyczajniej w świecie nie będzie chciał odpuścić. Przećwiczyła w swoim umyśle kilka scenariuszy po drodze tutaj. Jednak żaden nie okazał się dobry. A może po prostu bała się przyznać, że czuła do niego pewien rodzaj…przywiązania? Nie, to głupota. Powoli podniosła się na równe nogi i otrzepała spódnicę dłońmi. Odwróciła się doń mówiąc:
– Tak sir Krieg. To może okazać się czymś odpowiednim. Być może ja zbiję na tym nieco srebra, a pan będzie dalej szerzył swoje racje i hołdował temu w co wierzy…
Spora dawka ironii jak i lekki przewrót oczami nie zraziły wojaka. Cieszył się niczym małe dziecko, że kobieta nie zdecydowała się go opuścić. Oczywiście starał się tego nie okazywać, jednak jedynie ślepiec nie zwrócił by uwagi na jego zadowoloną twarz.
– Skoro mamy to już za sobą, może powinniśmy nieco odpocząć? Z pewnością przyda nam się to po tej podróży…
– Zgadzam się lady Viral
Mężczyzna przytrzymał jej drzwi i wkroczyli do karczmy. Zasiedli przy stoliku, momentalnie znalazła się przy nich służka. Krieg zamówił nieco mięsiwa i wina, podobnie z resztą jak jego towarzyszka. Viral zamierzała nieco popytać okolicznych o co chodzi w tej całej sprawie, jednak na razie trzeba było napełnić żołądek, potem zaś zająć się zabawą w detektywa. Musiała przyznać, że jej uwagę przykuła kobieta która posiadała diamentowego…golema. Czytała o tych stworach. Magiczne konstrukty. Jednak jak potężne by nie były, nigdy nie dorównają intelektem żywej istocie. Uśmiechnęła się z wyższością, następnie wróciła do posiłku, życząc Victorowi smacznego.

Mortimer

Złoto było dla Mortimera jedną z najcenniejszych i najbardziej upragnionych rzeczy na świecie. Chciał go mieć jak najwięcej i żyć w luksusie. Dlatego też chwytał się każdej dobrze płatnej pracy, jaką tylko miał szanse dostać. Nie obchodziło go, czy to zabójstwo, czy ochrona karawany, ważna była tylko zapłata. Można smiało stwierdzić, że był on typowym najemnikiem. Zapytany kiedyś o wyrzuty sumienia, odpowiedział tylko

-Nie mam wyrzutów, przecież nie jestem najwazniejszą osobą na świecie, od moich czynów nie zależą losy ludzkości, więc jeden czy kilka moich złych postępków nie zmieni świata, w którym żyjemy-

Mortimer zmienia pracodawców jak rękawiczki, pracuje dla tego kto zapłaci więcej, nie raz więc zdarzało się, że wynajęty przez jedną osobę przechodził na stronę innej, gdy ta tylko zaoferowała mu bardziej godną zapłatę. Wiele ludzi znienawidziło przez to tego młodego wojownika. Właśnie jeden z wrogów Mortimera podrzucił mu przeklęty topór. Najemnik zachwycony nową bronią nie był świadom, że wpadł w czyjeś sidła. O mało nie postradał przez to życia, bowiem klątwa tej broni była taka, że każdego jej posiadacza odnajdywała i pożerała paskudna nieumarła bestia. Jednak młodzieniec miał szczęście, przeżył walkę i pokonał bestię, jednak stracił w tej walce oko i gdyby nie interwencja kapłanów Ilmatera, umarłby z powodu ciężkich ran. Zaraz po tym zdarzeniu, Mortimer zrezygnował na jakiś czas z podróży. Jednak ta przerwa nie trwała długo, bowiem po niedługim czasie zaczęło mu się kończyć złoto. Gnany więc chcęcią zarobku dotarł aż do stolicy Cormyru – Suzail. Tam dowiedziawszy się, że w mieście dzieją się dziwne rzeczy i, że za pomoc w odkryciu przyczyny tych zjawisk płaca dobrze, postanowił się zgłosić. Udał się więc do świątyni Lathandera, gdzie dostał szczegółowe rozkazy od najwyższego kapłana. Miał znaleźć sobię kilka osób do pomocy. Oznaczało to jednak mniejszą działkę dla niego samego, ale przecież nie musiał dzielić się z nimi po równo, mógł zasugerować mniejszą cenę. Rozmyślając tak nad małym oszustwem udał się do najlepszego miejsca, gdzie mozna znaleść chętnych do pomocy awanturników, czyli do karczmy. Wybrał jedną z lepszych, w końcu kapłan Lathandera nie chciał aby Mortimer wynajął byle oprychów. Najemnik wszedł do karczmy, po czym omiótł całe pomieszczenie wzrokiem. W karczmie było kilku ludzi, krasnoludów, dwa niziołki oraz ludzka kobieta wraz z jakimś innym człowiekiem. Już miał usiąść i poobserwowac potencjalnych współpracowników, gdy nagle do karczmy weszła jakaś czarno odziana kobiata, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zaraz za nią do karczmu wkulał się diamentowy golem. Mortimer przeczesał swoje długie blond włosy dłonią i zmierzył błękitnym okiem konstrukta.

-O bogowie, co to za pokraka? Nie ma to jak chodzić z kilkumetrowym kryształem z nóżkami i rączkami, ehhh…czego to ludzie nie wymyślą…-

Zaraz po tych słowach poszukał jakiegoś wolnego miejsca przy stoliku, po czym szybko podszedł, zdjął z pleców swój topór dwuręczny, po czym usiadł z chrzęstem zbroi płytowej, którą miał na sobię. Zbroja ta jednak nie była zwyczajna, zdawała się być wykonana z niemetalicznego czarnego materiału, poznaczonego czerwonokrwistymi żyłami. Rozsiadwszy się, zawołał do służki

-Jedno piwo proszę! Byle dobre!-

Po tych słowach zaczął obserwowac na przemian, to odzianą w czerń kobietę, to dziwną parę przy innym stoliku. Wolał ich trochę poobserwowac zanim zatrudni ich do pomocy…

Reesa Sharess

Kobieta usiadła przy stoliku, już miała zamówić sobie coś dobrego do picia, gdy usłyszała czyjąś opinię na temat jej towarzysza. Odwróciła się i omiotła tawernę wzrokiem, szukając zbyt pewnego siebie mężczyzny. W tawernie siedziały różne żule i inne marginesy, ale w większości nie patrzyli na nią, albo patrzyli ale bynajmniej nie myśleli o konstrukcie, ale o tym co mogli zrobić z taką kobietą. Nagle ujrzała człowieka w zbroi płytowej z długimi blond włosami siedzącego przy stoliku, popijającego piwo i gapiącego się na nią z drwiącym uśmieszkiem. Jako jedna z pasz Calimportu powinna go natychmiast zabić, ale jednak nie potrzebowała zbytniego rozgłosu na początek. Kazała konstruktowi iść za sobą i podeszła do pyszałka, stanęła obok golema, a ten wyprostował się na tyle by nie uszkodzić sufitu.

-Pokraka, ty chyba nie wiesz co mówisz zarozumiały głupcze. Ta „pokraka” kilkoma ciosami zmieniła by Cię w bliżej niezidentyfikowaną kupę żelastwa i mięsa. A co do diamentów. Nie rzucała bym takich komentarzy siedząc w karczmie i popijając tanie piwo… poza tym, przeszkadza Ci on? Ciesz się, że nie jesteśmy w Calimporcie, a ja zobowiązałam się nie wzywać nikogo z mojego rodzinnego miasta bo jeszcze dziś wieczór leżałbyś na ulicy z opderżniętym gardłem. Taka rada na przyszłość, jeżeli kogoś nie znasz i nie masz wystarczającego uroku osobistego by ten ktoś nie zdzielił Cię po twarzy nie wyrażaj swoich odczuć na tyle głośno, by dało się je usłyszeć.-

Kobieta prawdę mówiąc trochę za bardzo objechała mężczyznę, ale ma co chiał. Rozejrzała się po tawernie i zobaczyła kilku osiłków widocznie śmiejących się z blond włosego mężczyzny, że dostał taką reprymendę od kobiety… eh gdyby byli w Calimporcie, tam nie było tych cholernych purpurowych smoków, ale tutaj też da sobię radę.

Viral Genosha & Victor Krieg

Krieg zakończył spożywanie mięsa i ziemniaków. Z zadowoleniem odchylił się na krześle do tyłu. Musiał przyznać, że to było właśnie to czego potrzebował po tak długiej wędrówce. Poklepał się niezauważalnie po brzuchu i odetchnął, zamykając na chwilę oczy. Viral przyglądając się temu wszystkiemu nie mogła nie wysilić się na lekki uśmiech. Oczywiście, jej też smakowała strawa, jednak nigdy nie zdobyła by się na to, aby zachowywać się w taki sposób. Było to grubiańskie, choć…jednocześnie miało swój specyficzny urok. Było tu tak spokojnie. Cieszyła się, że wybrała tą karczmę. No i oczywiście wykrakała. Nie usłyszała o co dokładnie poszło. Zapewne mężczyzna o blond włosach zaczepił kobietę z konstruktem, ta zaś nie odebrała owej zaczepki zbyt pochlebnie, o czym świadczył jej monolog. Dziewczyna w zieleni uniosła lekko brew. Nie spodziewała się takiej kanonady słów. Można było to przyrównać do użycia kuli ognistej do zabicia muchy. Mimika Viral dała znać o dezaprobacie jej psychiki, ona sama zaś wróciła do maltretowania ziemniaków widelcem. Nie potrzebowała się angażować w żadne kłótnie miejscowych. Nic ją nie obchodziły. Zamierzała jedynie napełnić żołądek i zając się znalezieniem jakiegoś zatrudnienia. Oczywiście Krieg najwyraźniej miał na ten temat inne zdanie, o czym mógł świadczyć fakt, że poluzował wiązania swojego miecza, szykując się na wydobycie go gdyby sytuacja zaszła za daleko. Możliwe, że chciał sprawdzić się w bitwie, lub też ubzdurał sobie, że jego towarzyszka podróży może być zagrożona. Tak, czy siak, nie zamierzał stronić od tego konfliktu.
– Victor. Odłóż ten kawał żelastwa…nie potrzeba nam rozgłosu. Z pewnością nie takiego.
– Dopiero kiedy wszystko się uspokoi lady Viral. I ani sekundy wcześniej.
Cudownie. Był w jednym ze swoich bojowniczych nastrojów, w których nie była w stanie wytłumaczyć mu czegokolwiek, a co dopiero wyperswadować takiego pomysłu. Cóż. Jeśli sprawy zajdą za daleko, może sama będzie zmuszona użyć Arcanum. Jednak jeszcze nie teraz. Odezwała się:
– Nie rób niczego głupiego. Jeśli dojdzie do potyczki, po prostu się broń. Nie chcę żebyś ponownie bawił się w bohatera…
– Bawił lady Viral? Ja najzwyczajniej w świecie robię to co musi zostać zrobione.
– Eh…
Pokręciła głową z niezrozumieniem i dezaprobatą. To nic nie da. Miała szczerą nadzieję, że tamci się uspokoją. Widziała Krieg’a w walce i wiedziała, że szczytne ideały potrafi poprzeć równie wielkimi umiejętnościami walki orężem. Tylko nadal nie rozumiała w jakim celu oni mieli się wtrącać. Jeśli tamci chcąc się pozabijać, niechaj to uczynią. W jej oczach mieli ku temu święte prawo, i naprawdę, nie potrafiła pojąć natury tej interwencji. Odłożyła widelec na talerz, odpuszczając ziemniakom dalsze tortury i przyglądając się dwójce kłótliwych jednostek niczym aktorom w teatrze. Oby tylko ten teatr nie przeistoczył się w arenę…

Mortimer

Najemnik zmierzył wzrokiem odzianą w czerń kobietę. Następnie przniósł wzrok na wilkiego golema u jej boku. Natomiast na rechoty pozostałych bywalców karczmy odpowiedział ostrym spojrzeniem. Kiedy już rechoty ucichły, Mortimer wstał i spojrzał prosto w oczy kobiecie mówiąc

-Oh, jakże mi przykro, ze nie jesteśmy w Calimporcie i nie możesz użyc tego swojego chodzącego kloca drogocennych kamieni, aby zrównać mnie z ziemią. Przykro mi także, że nie możesz wezwać innych sługusów ze swej rodziny, aby poderżneli mi gardło. Czy moge jakoś ci pomóc w oddaleniu od siebie cienia niemocy jaki się na ciebie kładzie?-

Najemnik tak nasączył swe słowa sarkazmem, że gdyby mozna je zamienic w materialne przedmioty, to całe by nim aż ociekały. Nie bał się ani tej czarownicy, czy czymkolwiek ona nie była, ani jej przerośniętego sługi. Oczywiście był świadom tego, ze może zginąć, ale no cóż, zycie najemnika zawsze jest pełne niebezpieczeństw, a on już się z tym pogodził. Dodatkowo, Mortimer uwielbiał walczyć, szczególnie jesli podczas tej walki miał okazję kogoś zabić. Nie pozwoliwszy odpowiedzieć kobiecie w czerni, młodzieniec rzekł znowu

-A może napije sie pani piwa? Wcale nie jest takie złe jak pani myśli, a i drogie nie jest, raczej panią stac, przynajmniej tak myslę, przecież kobieta pochodzaca z wielkiego miasta Calimport musi posiadac znaczny majątek, szczególnie, ze stac ją było na zakupienie pięcio metrowej kryształowej kukiełki, więc jak? Moze łyczka?-

Po tych słowach usmiechnął się wrednie, miał nadzieję, że nieznajoma ma choć trochę cierpliwości i zaraz nie nasle na niego swojego sługusa, ale był na to przygotowany. Skoro już zaczęła go wyzywac, to chciał się z nią trochę podroczyć. W trakcie tej rozmowy, rozmyslał sobię czy, aby nie zatrudnić jej do pomocy w zadaniu, które kazano mu wypełnić. W sumie to przydałby mu się ktoś tak wygadany i potrafiący poprzec swe słowa wielkimi wpływami i pokaźnym skórzanym mieszkiem pełnym złotych, brzęczących monet. Na tę myśl wyszczerzył zęby jeszcze bardziej i czekał na riposte ze strony nieznajomej.

Reesa Sharess

Teraz to mężczyzna wstał, najpierw rzucił zdenerwowane spojrzenie na śmiejących się żuli w tawernie, żeby się uciszyli, a jednak mocno wjechała mu na ego, inaczej nie obchodziły by go te chichoty. Następnie wysilił się na odpowiedź, kobieta chciała wybuchnąć śmiechem ale ograniczyła się do lekkiego uśmieszku widząc, jakże głupi jest ten mężczyzna.

-Jeżeli sądzisz, że żyjesz tylko dlatego bo nie jesteśmy w Calimporcie, to się grubo mylisz. Nie obawiam się tutejszych strażników, gdyż mogę się stąd łatwo wyteleportować. Żyjesz tylko dlatego, że te twoje domniemania mnie bawią. Kochanie, chodziło mi o to, że gdybyśmy byli w Calimporcie, prawdopodobnie w tym momencie celowało by w Twoje plecy kilka kusz i sztyletów czekając na chćby najmniejszy znak ode mnie żeby zadziałać. A „drogocennych kamieni” mogę użyć, ale tego uwierz mi nie chciałbyś… sądzę, że bez niego byłabym w stanie Cię posłać do piachu. A skoro jesteś na tyle zacofany, że nie potrafisz poznać golema i jego możliwości bojowych to już Twoja sprawa. Co do sługusów rodziny, w tym momencie mnie rozbawiłeś… moja rodzina już dawno nie żyje, ewentualnie żyje gdzieś indziej. „Sługusi”, jak ich nazwałeś nie są z mojej rodziny, są z mojej gildii. Dlatego sądzę, że gdybyśmy byli w moim mieście i wiedziałbyś kim jestem nawet Twój mocno zacofany umysł zahamował by Twoją uwagę. Co do pańskiego piwa, pan wybaczy ale odmówię, nie przywykłam pić piw, wolę od niego dobre wino lub miód pitny, poza tym piłam i to całkiem niedawno u siebie. Kończąc tę dyskusję pragnęłabym zauważyć jak mocno ugodziło pańskie ego te kilka chichotów, więc co chce pan tutaj udowodnić. Myślę, że kontynuowanie tej bezowocnej dyskusji nie ma sensu, skoro nie potrafi pan odróżnić
„sługusów z mojej rodziny”, od pracowników „z mojego rodzinnego miasta”. Do widzenia…

Czarodziejka odeszła na swoje miejsce zamawiając butelkę dobrego miodu pitnego…

Mortimer

Gdy kobieta skończyła mówić i poszła do swojego stolika, na twarzy najemnika pojawił się pierw szeroki usmiech, a potem z jego gardła wydobył się śmiech. Mortimer chwycił się za brzuch, ciągle się śmiał, już dawno nikt go tak nie rozśmieszył jak ta tutaj nadeta panienka z jakiejś tam organizacji. Mężczyzna tak się smiał, że aż łzy zaczeły mu lecieć z oka, z wrażenia aż usiadł. Kiedy już skończył rechotać, rzekł z usmiechem

-Ohoho, ale mnie pani zmieszała z błotem, zaraz chyba się zamknę w sobię, ahaahahha! Już dawno się tak nie uśmiałem. Ohh- wojownik wytarł łzy – Może chce pani dla mnie pracowac? Jeśli codziennie potrafi pani tak mówić, to nigdy nie będzie mi się nudzić, a i smutno tez mi nie będzie, szkoda tylko, że ten diamentowy klocek jest taki niemrawy i nie ma poczucia humoru, bo pewnie teraz turlałby się po ziemi gniotac wszystko co mu wejdzie w drogę, hehehe. Co do teleportacji, radziłbym tego nie nadużywac, słyszałem, że można skończyć z głową w scianie, a szkoda by było takiej ładnej buźki, naprawdę. A co do organizacji o jakiej pani wspomniała, co to za zgrupowanie? Sekta czarnych szlafroków? Sądząc po waszym przywiązaniu do tych chodzacych kosztowności to chyba lubidzie się z nimi zabawiać, co? W końcu mają to i owo twarde-

Po tych słowach, Mortimer znowu zaczął rechotać. Miał znaleść pomocników, a zamiast tego świetnie się bawi, w sumie to nawet mu to odpowiadało. Kiedy już przestał się śmieć, zabrał się za dopijanie swojego piwa. Ciekawiło go jakim teraz „wyniosłym” i „bluzgającym” tekstem w niego rzuci.

Viral Genosha & Victor Krieg

Viral musiała przyznać, że czuła się niczym w jakimś komicznym, dziwnym śnie z którego nie można w żaden sposób się przebudzić. Ci ludzie, zachowywali się niczym głupcy. Przekomarzali jak dzieci. Innymi słowy sprawiali wrażenie niedorosłych do swych lat.
Cała ta sytuacja żenowała ją i sprawiała, że ogarnęło nieswoje odczucie. Najchętniej wstała by w tym momencie i opuściła lokal, a wraz z nim tą marnie odgrywaną przez ludzi farsę. Z drugiej strony czuła ogromne napięcie ze strony swojego towarzysza i chęć jego interwencji. Ostatnia próba wyperswadowania mu z głowy tego pomysłu spełzła na niczym, wobec czego odziana w zieleń sądziła, że kolejna nie ma większego sensu. Victor powstał ze swojego miejsca, zgrzytając lekko taboretem. Genosha zakryła na chwilę twarz rękami, chcąc w ten sposób oddzielić się od świata który ją otaczał. Niestety, owa próba nie powiodła się w najmniejszym stopniu. Niechętnie, ona także lekko odsunęła się od stolika, następnie zaś uniosła ku górze i postąpiła powoli za rycerzem. Niezbyt jej się spieszyło. Victor wyszedł pomiędzy dwójkę kłócących się osób i rzekł:

– Prosiłbym, byście się uspokoili. Nie jest to miejsce na sprzeczki, a te zakłócają spokój innych bywalców lokalu, między innymi nasz. Nie wiem o co poszło i nie obchodzi mnie to w najmniejszym stopniu. Nie będę opowiadał się po żadnej stronie. Miast tego chcę, myślę, że podobnie jak inni zebrani tutaj, zjeść posiłek w spokoju i odprężyć się przy kuflu dobrego trunku. Więc jeszcze raz proszę o spokój.

Mężczyzna wpatrywał się zimnym wzrokiem swoich oczu w dwójkę stojących naprzeciw niego osób. Twarz wyrażała skupienie i totalne opanowanie. Mimo, że słowa skierowane do nich były ucharakteryzowane dyplomatycznie, to prawica spoczywająca na wielkim, pokrytym niebieskawymi runami mieczu, mówiła, że do wojaczki także mu niedaleko. Choć starał się nie czynić bezsensownych prowokacji rzecz jasna. Odpowiedziały mu ciche pomruki z różnych kątów izby. Najwidoczniej nie był osamotniony w owym rozumowaniu, jednak dopiero on miał na tyle odwagi aby wyjawić je na głos. Viral stanęła nieopodal, jednak w bezpiecznej odległości. Wiedziała jak wielki jest zasięg ostrzy Victora i mimo przekonania, że do rozlewu krwi nie dojdzie, wolała jednak zachować bezpieczną dla swych odnóży odległość od reszty wojowniczego towarzystwa.
Spojrzała to na diamentowego konstrukta, to na jego właścicielkę. Słyszała odrobinę o tych bestiach. Jeśli plotki faktycznie były prawdziwe, to jej magia na niewiele się tutaj zda. Będzie musiała zaufać ostrzu Victora. Co nie oznaczało, że w przypadku wybuchu potyczki nie mogła zająć się tymi ludźmi, którzy jeszcze niedawno miotali w siebie przekleństwa. Jej dłonie rozprostowały się a nadgarstki cicho strzeliły. Płuca wypełniły się powietrzem a ciało spokojem. Cisza przed potencjalną burzą owładnęła jej umysł. Na wszelki wypadek przypomniała sobie odpowiednie zaklęcia. Mimo, że sprawiała wrażenie zaledwie opierającej się o jeden z pustych stolików i pilnującej własnego nosa…jej wnętrze twierdziło co innego.

Mortimer

Nim kobieta w czerni zdołała odpowiedziec, pomiędzy najemnikiem, a kobietą stanął jakiś mężczyzna, z wyglądu wojownik. Zaczął mówić coś o uspokojeniu się i o tym, ze przeszkadzają innym. Pomruki dochodzace z różnych kątów karczmy swiadczyły, że reszta bywalców także nie jest zadowolona z tej małej sprzeczki. Mortimer spojrzał na wojownika i rzekł do niego nie usuwając uśmiechu z twarzy

-Wiesz, ja też w sumie z chęcią dokończył bym moje piwo, ale sam widzisz, że ta uparta kobieta, z najwyraźniej szlachetnego domu, jest bardziej arogancka niż nie jeden władca. A to, że weszła tu z tym klocem drogich kamieni świadczy tylko o tym, że chciała się popisac przed nami jak małe dziecko popisujące się nową zabawką przed kolegami z podwórka. Dodatkowo, doładowuje swe i tak wielkie ego, bluzganiem zwykłego najemnego wojownika, widać sprawia jej to przyjemność. Ale dosyc już tego, nie gadajmy ciagle o niej bo jkeszcze pomyśli, ze jest najwazniejsza na swiecie. Chciałbym się zapytac, czy nie poszukujesz aby pracy, bo szczerze mówiąc przydałby mi sie ktoś taki jak ty. Więc jak, zainteresowany?-

Mortimer spoglądał na nieznajomego wojownika z uwagą, całkowicie ignorując kobiete w czerni. Miał nadzieje, że ten zgodzi się dla niego pracować, mógłby w końcu wziąść się do roboty, zamiast przesiadywac w tej karczmie i kłócic się z tamtą wiedźmą…

Reesa Sharess

Kobieta czekała na odpowiedź wojownika, który zamiast powiedzieć coś sensownego zaczął się śmiać. Głupi czy co? Czyżby skończyły mu się riposty? Zaczął gadać coś od rzeczy, Reesa miała już po raz drugi dzisiaj wybuchnąć śmiechem, ale wtedy wyglądała by tak samo niedorzecznie jak ten półgłówek, zastanawiała się natomiast czy by go tutaj nie przywołać do porządku, a właściwie czy nie kazać Khazidowi tego zrobić, jeżeli chce faktycznie razem pracować to jej czary albo zabiły by go na miejscu albo zrobiły by mu trwałą krzywdę. Na to nie mogła sobie pozwolić, straciłaby ciekawą zabawkę… do tego ten tekst z tym i owym twardym, i w dodatku obraził coś na co pracowała całe życie… Lodowych magów, mimo że daleko jej było do rycerskości postanowiła odzyskać honor… zwyczajnie pozbawiając go zbyt wyszczekanego najemnika.

-Nie wiem do czego pijesz złotko z tym czymś i owym twardym, jeżeli masz problem, Twoja sprawa ale właśnie obraziłeś coś, na co pracowałam całe życie, za co prawie oddałam życie. Teraz poniesiesz tego konsekwencje. A jeżeli Panu przeszkadza nasza sprzeczka wyjdziemy na zewnątrz.-

Na znak czarodziejki golem przeszedł przez karczmę odsuwając wojownika i łapiąc najemnika w pasie uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. Nie czekając na reakcję innych, przeszedł z nim przez resztę tawerny i wyszedł na zewnątrz. Czarodziejka wyszła za nimi. Byli na zewnątrz, golem odrzucił pyszałka jakieś dwa metry w tył, tak że pokulał się trochę, po czym wstał. Czarodziejka czekała na jakąkolwiek reakcję z jego strony, zastanawiała się, czy ma kazać obić go Khazidowi, czy sama się nim zająć… ale to było by chyba zbyt drastyczne… póki co wyjęła z kieszeni płaszcza lekko świecącą się kulę, teraz szalała w niej ogromna burza oddająca w pełni jej uczucia.

-Powinnam oddać Cię na pastwę Khazida’re, albo sprawić byś wylądował w najbliższej świątyni. Mimo to tak nie zrobię, więc powinieneś się cieszyć, dostaniesz tylko drobną nauczkę, i to nie za obrażanie mnie, nie za dogadywanie odnośnie mojego golema, którego mimo Twoich durnych wywodów nie da się kupić, jego trzeba zbudować, zostaniesz ukarany za coś, za co w innym miejscu leżałbyś martwy. Zadarłeś z czymś, czego wpływów nie jesteś w stanie pojąć.-

Mówiąc to, wyciągnęła rękę z kulą ku niebu. Chmury nad nią zaczęły wirować zmieniając pogodę ze spokojnej na burzową. Kobieta skupiła się i pozwoliła, by popłynęła przez nią moc. W momencie, w którym miała przyzwać błyskawicę, która miała ugodzić człowieka przed nią, zdała sobie sprawę, że nie powinna tracić cennej mocy na takich jak on, poza tym zrobiło się jej żal tego głupka. W pewien sposób był zabawny i spodobało się jej w jaki sposób jego życia zależało teraz od niej, jednak to nie pora i miejsce, by wszczynać bójkim schowała kulę do kieszeni pozwalając, by pogoda zmieniła się ze słonecznej na lekki opad śniegu i weszła z powrotem do tawerny, karcąc się że dała się tak łatwo ponieść emocjom. Podeszła do baru zdając sobie sprawę, że wszyscy teraz się na nią gapią, a co jej, niech się gapią…

-Barman, daj mi jakiegoś dobrego miodu pitnego, i może… tak chciałabym wynająć pokój… muszę wiele rzeczy przemyśleć i odpocząć, aha nie wiesz może o jakichś dobrych źródłach informacji tutaj w okolicy? Chętnie bym jakichś zasięgnęła…-

Mortimer

Widac było, że kobieta w czerni straciła zimną krew, otwarcie wyzwała go na pojedynek. Jej golem odtrącił mezczyzne, który próbował ich pogodzic, po czym złapał w pół najemnika. Wojownik z ledwością zdążył wziąśc topór, który stał oparty o stolik. Kryształowa bestia wyniosła Mortimera za zewnątrz po czym wyrzuciła na około 3 metry. Mortimer, zdenerwowany już wstał i zobaczył jak czarownica zaczyna manipulowac pogodą, nagle słońce zostało zakryte czarnymi chmurami, a w ich wnętrzu zaczęły już kotłować się wyładowania elektryczne

~Robi się ciekawie…~

Pomyślał Mortimer, po czym chwycił oburącz topór i już miał zaszarżowac, gdy nagle chmury rozstąpiły, się, a kobieta jakby nigdy nic wróciła do karczmy, w tym momencie najemnika zatkało. Nie wiedział co ma zrobić, pierw chciała z nim walczyc, a teraz jakby nigdy nic olewając go poszła sobię.

-O nie…tego już za wiele, nie będzie mnie taka menda traktowac jak smiecia!-

Mortimer chwycił topór oburącz po czym kopniakiem otworzył drzwi do karczmy i krzyknął

-Dość tego su.ko! Doigrałaś się, chodź, chciałaś walki to ją będzieśz mieć, czekam na Ciebie na zewnątrz, jeśli wyslesz swojego golema, to będzie swiadczyć tylko o tym, ze stchórzyłaś!-

Po tych ostrych słowach najemnik wrócił na miejsce, gdzie przed chwilą jeszcze miał się rozpoczac pojedynek i czekał na pojawienie się przeciwniczki….

Reesa Sharess

Kobieta miała zostawić mężczyznę w spokoju, nie chciała robić mu krzywdy, więc wróciła do tawerny. W tym momencie drzwi się otworzyły, stał w nich zdenerwowany najemnik chcący pojedynku, cóż jak chce…
Czarodziejka wyszła na zewnątrz biorąc ze sobą golema, stanęła blisko dwanaście metrów od niego, co dało jej chwilę czasu na rzucenie zaklęć.

-Dobrze, skoro chcesz. Chciałam Cię tylko upokorzyć, nie zabijać, tak jak Ty upokorzyłeś mnie znieważając moją organizację. No więc stawaj… a Ty Khazid stój obok… mam dla niego małą niespodziankę.-

Teraz zaklęcia które rzucała codzień rano okazały się przydatne, zaczęła inkantować zaklęcie, jej ręce pokrył ciemny lód, ale i również w tym momencie ten sam lód zaczął osadzać się na ciele najemnika, który musiał najpierw do niej dobiec, by cokolwiek jej zrobić. Nagle mina najemnika wykrzywiła się, jego ciało na moment stanęło. W tym momencie jego serce zamarzało, było to jedno z najstraszniejszych zaklęć czarodziejki.
W momencie gdy skończyłą inkantować zaczęła przybierać nową formę, jej ciało najpierw pokryły łuski, jego barwa zmieniłą się na czerwoną, ona sama zaczęła rosnąć, z pleców wyrosły skrzydła. Oczy zmieniły się na żółte ślepia, a język stał się wężowy. Przed najemnikiem stał teraz najgorszy koszmar senny, jaki mógł sobie wyobrazić. Dzięki zaklęciu przybrała formę księcia demonów, Balora.

~Cholera, później trzeba się będzie ultonić, za dużo pytań będą zadawać…~

Viral Genosha & Victor Krieg

Krieg był całkowicie spokojny. Nie mniej jednak, dwójka nadal nie ustępowała w swoich morderczych zapędach. W ciągu swych wielu podróży nauczył się panować nad swoimi emocjami, trzymać je w ryzach. Jednak skłamał by, gdyby nie przyznał, że nie poczuł leciutkiej irytacji tym wszystkim. Dwie postaci i diamentowy golem wyszły z karczmy chcąc się pojedynkować. Victor przez chwilę stał samotnie po środku lokalu. Musiał stwierdzić, że wcale nie o to mu chodziło. Nie miał zamiaru pozwolić żeby się pozabijali. To było całkowicie głupie i nierozważne. Jak, z powodu kilka słów można chcieć odebrać drugiej osobie życie, co więcej, jak najbardziej ją wcześniej upokarzając? Nie potrafił tego pojąć. Poczuł dotyk kobiecej dłoni na swoim ramieniu. Znał go aż za dobrze, nie musiał się nawet odwracać, żeby wiedzieć, że to lady Viral.

– Sir Krieg, niechże pan ich zostawi. To głupcy. Skoro pragną się pozabijać…co nam do tego? To nie nasza sprawa. Niechaj rozprują się wzajemnie. Mamy ważniejsze rzeczy na głowie niż ta dwójka…na przykład znalezienie jakiegoś dobrze płatnego zadania.
– Lady Viral…ja tak nie mogę. Muszę ich powstrzymać. Ich zachowanie jest głupie, są niczym sadystyczne dzieci .
-W tym jednym się zgadzamy mój drogi. Dlatego powinny zrozumieć co to znaczy poparzyć się ogniem. Bo jeśli im teraz przerwiesz, nigdy tego nie pojmą. Choć dla jednego z nich będzie to zapewne ostatnia lekcja w życiu…heh.
-Z, czy bez pani pomocy…powstrzymam ich.
– Eh. Mój optymistyczny, naiwny przyjacielu. Wierzysz w ideały które już dawno odeszły, może nigdy nie istniały…ale ma to pewien urok. Chodźmy. Udzielę ci swej mocy. Załatwimy to szybko. Zajmę się chodzącym kamieniem…ty resztą.
– Oczywiście Lady Viral. Dziękuję z całego serca.

Odziana w zieleń przewróciła jedynie oczami nie siląc się na jakikolwiek inny komentarz względem całej konwersacji. Choć z drugiej strony, nie okazała także gniewu, którego kilka iskierek tliło się na dnie jej duszy. Kończyły jej się pieniądze, była zmęczona podróżą, a na dodatek Victor musiał wtykać nos w nieswoje sprawy i brać udział w nie swoich walkach. Zastanawiała się niejednokrotnie, czy te jego ciągłe rozprawy o honorze i wartościach moralnych mają jakiekolwiek odzwierciedlenie na innych osobach które go otaczały. Na przykład na niej. Przecież to że powstrzymają tą dwójkę niczego nie zmieni. Ludzie nadal będą walczyć i się zabijać. Taka jest kolej rzeczy, prawo świata. Czy on nie umiał tego pojąć? Nie rozumiał tak podstawowych rzeczy a rozprawiał o szlachetnych mrzonkach? Diabli nadali tego człowieka. Najbardziej jednak denerwowała ją własna reakcja. „Chodźmy. Udzielę ci swej pomocy”. Niedorzeczność. Od kiedy to stała się jego pomocną dłonią? Od kiedy nadstawiała za niego karku? Chyba…od tamtego momentu w zamku. Odgoniła głupie myśli na bok. Miała obecnie ważniejsze zadania. Wyszli na zewnątrz. Palce jej dłoni strzeliły, sięgnęła do sakiewki po wymagany komponent, który rozpłynął się w jej dłoniach jakby nigdy nie istniał. Oczy rozwarły się jak najszerzej tylko mogły, jadeit był jeszcze bardziej jasny niż zwykle, można by rzec, że ślepia skrzyły głęboką zielenią. Gesty dłoni zakończyły się, te połączyły się w głośnym klaśnięciu wywołujący magiczny efekt soniczny, który rozszedł się w postaci błękitnej, ogromnej, nieokiełznanej fali, trafiając prosto w diamentowego konstrukta. Uderzona dziwnym pociskiem istota, zatrzęsła się gwałtownie, dało się słyszeć szereg pęknięć, to głośniejszych, to cichych. Dodatkowo, pojawił się przy nim Victor, który szybkim cięciem, powołał ogromnych rozmiarów pęknięcie. To wystarczyło. Oczy magicznego stwora, zgasły, on zaś z hukiem uderzył o ziemię rozpadając się na setki fragmentów i wzburzając ku górze tuman srebrzystego pyłu ze swych pozostałości. Kapanka zobaczyła nieopodal niej Victora. Stojąca dalej Viral poczęła inkantować kolejne zaklęcie…

Viral Genosha & Victor Krieg

Kiedy kobieta przemieniła się w demona, Victor na ułamek sekundy stanął jak wryty. Podobnie jak człowiek, który miał z nią walczyć wcześniej. Jednak w przeciwieństwie do niego, sir Krieg zdołał się opamiętać, przywrócić zdrowy rozsądek i nie pozwolić na to aby pochłonął go lęk. Wiedział jednak, że miał rację, że dokonał słusznego wyboru podejmując się powstrzymania kobiety. Teraz zaś okazało się, że ta jest przybyszem z piekieł. Jego zmysł nie zawiódł go w najmniejszym stopniu. Wiedział co musiał teraz zrobić. Poprawił swą pozycję bojową i zaszarżował na potwora. Jego umysł był całkowicie pusty, nie zaprzątały go żadne, zbyteczne myśli. Liczyło się jedynie tu i teraz. Uderzenie. Zwinnym ruchem swych dłoni zadał cios. Błękitne ostrze z niejakim trudem przebiło się przez twardą skórę biesa, upuszczając ulewę karmazynowej posoki na ziemię, tworząc nienaturalne, czerwone błoto. Lady Viral stojąca nieco dalej, także skończyła inkantować swoją tajemną moc, jej palce rozszerzyły się, uwalniając potężny ładunek elektryczny, który jak na komendę pomknął w stronę biesa. Jakież musiało być zdziwienie odzianej w zieleń, kiedy promień nie wywołał żadnych, nawet najmniejszych uszkodzeń w powłoce istoty. Bestia zawyła, następnie z jej dłoni buchnął mróz, który uderzył lady Viral, mrożąc jej kości, umysł i ciało. Czuja się okropnie. Sennie…tak jakby wszystkie jej procesy życiowe nagle zwolniły. Stało się coś niedobrego. Nie wiedziała jeszcze co. I chyba nie chciała wiedzieć. Jednak nie mogła się poddać. Nie teraz. Zbyt wiele przeszła w swoim życiu aby teraz ustąpić. Stwór zaczął iść w jej stronę. Szybko i nieubłaganie. Krieg próbował go powstrzymać, jednak miecz ułożył się pod złym kątem i zsunął się po grubej skórze nie czyniąc szkody. Mimo otępienia ciała i umysłu, Viral zastanowiła się nad kolejnym działaniem. Potwora nie mogły powstrzymać błyskawice, więc ogień zapewne też zda się na nic. A gdyby tak…oczywiście. Jej ręce złączyły się tworząc tajemny symbol, a między nimi zaczęła rosnąć niewielka, fioletowa kula. Ta wystrzeliła niczym pocisk i ugodziła w Balora eksplodując fioletową postacią i dziwnym szumem, który powybijał wszystkie, okoliczne okna. Mimo, że magia była niezwykle skuteczna, istota nadal stała na nogach. Zielonooka z przykrością przyznała przed samą sobą, że był to koniec. I faktycznie. Niebieskie niczym ocean ostrze uderzyło przez plecy demona, między jego skrzydłami. Dało się słyszeć przecinanie skóry, mięśni i kośćca. Bestią targnęły drgawki, następnie zaś upadła, wzbudzając tuman kurzu.
– Sir Krieg…nie czuję…się…zbyt…dobrze…
Viral uśmiechnęła się lekko, ciesząc z odniesionego zwycięstwa. Następnie, osunęła się gwałtownie na ziemię, nie mogąc utrzymać równowagi. Rycerz podbiegł do niej i wziął na ręce. Była zimna w dotyku niczym kostka lodu z gór północy. Oddychała bardzo powoli. Victor nie miał zbyt wiele do czynienia z magią, jednak bez problemu potrafił stwierdzić, że ten czar wyrządził jakieś poważne szkody w jej organizmie. A może wciąż to robił. Ułożył kobietę opierając ją o ścianę, okrył ją swoim odzieniem. Następnie odpiął od pasa małą fiolkę z miksturą koloru purpury. Podał ją kobiecie.
– Lady Viral, proszę to wypić.
– Cóż…to? – zapytała pół przytomna.
– Proszę nie zadawać pytań tylko pić!
Kiedy nigdy się nie unosił, teraz naprawdę ogarnął go gniew. A może było to coś innego. Fakt, że mógł utracić kolejną osobę do której się przywiązał, na której mu zależało. Ucieszył się, że nie oponowała. Pomógł jej unieść fiolkę do ust. Szklany pojemnik został opróżniony, Victor rzucił go za siebie, nie przejmując się głuchym trzaskiem. Oczy Viral nagle szeroko się otworzyły, targnięta silnie do przodu oparła się na swoich chudych ramionach. Ciężko stwierdzić co robiła. Kaszlała? Wymiotowała? Kto wie. Na ziemię opadały dość duże bryłki lodu, zmiękczone i zabarwione fioletowym specyfikiem podanym przez wojaka. Klepnął ją mocniej w plecy a następnie pomógł wstać. Mimo, że poruszała się wciąż chwiejnie, widać było już na pierwszy rzut oka, że mikstura spełniła swoje zadanie. Wracała do sił. Victor odetchnął z ulgą. Niestety, nie dane mu było cieszyć się długo luksusem spokoju. Nie dostrzegł już mężczyzny z którym miał mierzyć się potwór, jednak usłyszał szelest zbroi strażników. A jeśli się nie mylił, to także purpurowych smoków. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Poczuł Dotyk kobiecej dłoni na swoich plecach. Kiedy się odwrócił, zobaczył jedynie zwodniczy uśmiech swojej towarzyszki i wszechobecny błękit. Mignięcie światła zalało jego osobę, zaś on i władająca magią zniknęli. W tym momencie zza zaułka wyłonił się mały oddział purpurowej gwardii, jednak jedyną rzeczą jakiej uświadczyli na placu, było ciało upadłego potwora, które z wolna… zaczęło zmieniać się w martwą kobietę. Odziany w srebrny hełm z fioletowym piórem, przywódca oddziału westchnął ciężko i poprawił przyłbicę. I jak on do ciężkiej cholery wyjaśni to wszystko swojemu przełożonemu ?

Tą sesję która na tym forum na jakim go znalazłem była najkrótsza ale z niej można bardzo wiele się nauczyć jak pisać ciekawie w sesjach. Ogólnie kawał porządnej roboty.

Posted in Inne | Leave a Comment »

Pamiętnik z „Showdown”

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 27, 2006

Ladies and Gentleman!! Oto mała namiastka Paranoic Productions, projektu który ostatecznie upadł ale ten pomysł postanowiłem zrealizować. Kupujcie puszki coli, nachos i siadajcie wygodnie w fotelu. Oto najbardziej zakręcony turniej zabijania wszechczasów, największe gwiazdy będą walczyć na śmierć i życie!! Narazie prezentuję tylko kawałeczek ale może póżniej coś dodam, tymczasem… Lets the battle begin! CHARGE!!!

Sneeker Tedizów w Conkerze

– O starym, ale mnie łeb napierdala – użala się swojemu koledze mały pluszowy miś z oddziałów SHC. Płynęli barką nuner 13 na plażę Omaha w strefie lądowania do turnieju. Każdy miał inny punkt, wszyscy przybywali na wielki poligon na ostateczną rozgrywkę o wszechświat. Ale wracając do nich…
– Po co żesz kurwa pił tyle wódki a potem szmapana? Pojebało cię!? – odezwał się GRUNT, wielki mięśniak z mózgiem orzeszka włoskiego. – A rano zanim nas kopem sierżant wyjebał z baraku dobiłeś się tanim wińskiem…
– Znawca się skurywsyn odezwał. Chciałem się najebać. Kurna żeby nie widzieć tej jebanej plaży…Tyle wspomnień ożywa… – westchnął szeregowy Smis, medyk SHC.
– Jakich kurwa wspomnień? Na mózg ci debilu padło? – odparł mięśniak z bazuką.
– PANOWIE!!! STULIĆ SWOJE ZASRANE RYJE!!! – ukazał się nad oddziałami sierżant w Harrierze. Piękna maszyna, 95mm rakiety, działka Gatling 30mm. Istne cudo techniki. – Lądujemy na plaży Omaha. Resztę plutonów wysadzają w innych miejscach. Łącznie bierze w desancie nas udział równo PIĘĆ MILIONÓW. I niech chociaż kurwa jeden dotrze do końca…Dobra ludzie, 30 sekund do lądowania. – i sierżant odleciał do lotniskowców.
Wszyscy w barkach rozpoczęli przygotowania do walki. Polerowanie broni, pucowanie butów, łykanie tabletek, ćpanie marychy i tym podobne. Piękna słoneczna pogoda. W sam raz na śmierć na jebanej plaży. Oddziały SHC doskonale widziały Tedizów jak przygotowywują się do obrony plaży. Skurywysyny, przybyły wcześniej a teraz eliminują konkurencję…15 sekund do lądowania…Odzywa się radio: „I spoko ludzie, jesteście dopiero pierwszą falą 5mln, w kolecje czekają następne 20…Zapomniałem dodać, sorki, a teraz CHARGE!!!” Sierżant zamilkł w radiu a CKM tych kurwiszonów zmutowanych Tedizów rozpoczęły morderczy ostrzał. 5 sekund do lądowania… Pot cieknie, czuć okropny smród…Artyleria rozpoczyna ostrzał. Barki padają jedna za drugą. Radiooperator padł z tonem ołowiu w głowie. Barki dobijają… GRUNT jako pierwszy wyskakuje z łodzi i rzuca się do wraku czołgu M134 CALIOPI (taki czołg z lufą a dodatkowo z rakietami). Za nim wali Sneeker-X oraz zwykłe mięso armatnie czyli ten mały, pedalski misiek. Wszyscy grzali do bunkrów padając jeden za drugim. Najwięcej udało się przebiec 500m jednemu oddziałowi zanim rozpieprzyli ich na kawałeczki. Te jebame CKM pruły pociskami przeciwpancernymi…Atak ustał. Ci co przeżyli schowali się za jakimiś przeszkodami i ani myśleli się ruszyć. GRUNT wnerwiony bluzga do różnych strzelców CKM’ów…
– Zrobie ci z jaj druty telegraficzne ty obrzygany capie ze spuchniętymi jajcami. – albo – Zrobie ci lewatywe na stojąco ty ciulaty kurwiczepku! – ale musiał się szybko schować bo dostałby kulke między oczy. – Panowie…kurwa, miśki! Co robimy?
– Czekamy na jeszcze jeden dojazd naszej fali. Nie zdążyli i teraz na nich czekamy. Pieprzone wsparcie…Pewnie zgarnie całą chwałę… – powiedział Sneeker-X.
– Ża kurwa słucham? To my tu napierdalamy na śmierć a inni ziomale tutaj jadą i myślą że nie będą walczyć. O nie…siedzę i pierdole to. – jak powiedział tak zrobił, a na to Sneeker westchnął. Nagle po 5 minutach mięso armatnie zakrzyczało:
– SAMOLOTY NADLATUJĄ!!! KRYĆ SIĘ SKURWYSYNY!!!
Jedynie niektórzy zdążyli się zorietnować co się dzieje i w pore wyrwać do wody i uciec przed śmiercią. Jakieś Stukery i Flankery zbombardowały całą plażę. Na szczęście lotniskowce SHC odpowiedziały kontratakiem również wysyłając helikopery oraz samoloty które zbombardowały 90% bunkrów Tedizów. Reszta żołnierzy pierwszej fali dobiła do plaży. Medyk Smis gdzieś poleciał szyć rękę. GRUNT i Sneeker-X pobiegli do najbliższego bunkru i ukryli się przy ścianie osłaniając się przed ogiem MG42. Plutony powoli zdobywały plażę, metr po metrze, okupione krwią i ciepieniem.
– WYCHODZI!!! WYCHODZI!!! Wyszedł… – i powietrze zostało skażone, na szczęście w bunkrach. Wykorzystano nową tajną broń – misia śmierdziela. Nasi bohaterowie dołączyli się do plutonu ‚Samobójcy’ i pod bunkrem z ocalałymi opracowywali plan działania.
– Dobra wy pieprszone namiastki prawdziwych soldierów… – zaczął sierżant Pedalski, wielki macho, 200kg mięśni, uzbrojony w bazookę i minigun laserowy. – Za 30 minut przybywa druga fala. Chcę aby ta plaża została zajęta i aby nasi chłopcy tutaj mieli już odpoczynek a nie walkę. Utah i Mexico już zdobyli z dosyć małymi stratami. Omaha będzie następna! Kładziemy ogień zaporowy na te MG42…3…2…1…OGNIA!!! – i tysiące kul pognało do biednych Tedizów, krew lała się w hektolitrach. Pluton dobiegł do bunkra i rozpoczął jego oczyszczanie.
– Hej skurwysyny, jest tu kto? – zawołała sierżant.
– Nie ma nikogo bezmózgi czerepie. – odpowiedział buracki głos.
– O ty głupi pedale!!! – i rzucił granat który w pizdu rozjebał górne piętra bunkra i oczyścił drogę na pola za plażą. Przyczółek został zdobyty, wielkie początkowe zwycięstwo. Przez następne 10 minut rozstawiali miny, działa samobieżne, mobilne maszynówy, bomby, drabiny i masę inych rzeczy w tonach tego chujostwa. Obrona po prostu nie do zdobycia…Przybyła druga fala, ale na plażę Omaha tylko w liczbie 100tyś. Ale za to z czołgami i Jeepami, między innymi. Rozstawiono olbrzymi obóz polowy. GRUNT i Sneeker-X którzy aktywnie brali udział w walce przebywali u sierżanta…
– Naprawdę ludzie, byliście kurwa najlepsi z najgorszych. No nic, ale plaża zdobyta. Mamy ciężki sprzęt…Żyć nie umierać…
– Racja sir. Sir, mam wiadomość do Kowalskiego z plaży Utah. – powiedział radiooperator.
– Dawaj go…
– „Sierżancie Pedalski. Potrzebujemy natychmiastowego wsparcia w Sant Lousie. Napotkaliśmy zdecydowany opór. Nie ma jak ruszyć tych skurwysynów. Okopujemy się na obrzeżach miasta. Czekamy na was. Odbiór.”
– Tutaj sierżant. Nie mamy wystarczających sił. Czekamy na następne fale. Trójka już dobija a czwórka będzie za 45 minut. Odbiór.
– „Co mi pierdolisz? Macie się u nas stawić. NATYCHMIAST!!! Nie rozumiesz pedale…Ale już!!! Zbierasz ludzi i migiem do nas. Co to było?”
– Znaczy się co? – sierżant był mocno wkurwiony. – A…jeden z naszych żołnierzy przypieprzył głową w lufę czołgu.
– A o chyba u nas…O ŻESZ KURWAĆ!!! OBC…AAAARRRRGGGHHHH!!!!!!

Posted in Inne | Leave a Comment »

Romek, czy tobie odpierdoliło?

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 27, 2006

Taka myśl mnie naszła po przeczytaniu na Wirtualnej Polsce nowego pomysłu tak szczerze przez młodzież znienawidzonego 😛 ministra edukacji jakim jest pytanie o ilość uczennic w stanie błogosławionym. Szczyt głupoty… Po pierwsze – nie wiadomo w jakim celu będzie ta ankieta wykorzystywana. Może być do pomocy a może do udupienia tych że uczennic. A po drugie – jak powiedzieli w ‚Faktach’ TVN’u te dane będą nieprecyzyjne, bardzo ogólnikowe i nietrafne czyli jednym słowem: BEZNADZIEJNE. Nie będą żadnym wymiernikiem sytuacji. A po drugie – czy napawde Romek sądzi że uczennice w ciąży tak chętnie będą o tym rozmawiać? To se można między bajki wsadzić i o kant dupy rozbić. Jak nie mówią nauczycielom ani dyrektrom a w niektórych przypadkach bardzo trudno samemu zauważyć. A już o uczennicach które będą gadały o ciążach swoich koleżanek to lepiej nie wspominać. Już to widze… Pierdolenie głupot.

Posted in Real Life | Leave a Comment »

Gaming Ring volume #9

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 24, 2006

I jeszcze raz kolejne misje. Jedziemy, ciężkie życie żołnierza… Najpierw poszła misja pt. Operation First Wave gdzie wcielalismy się w rolę snajpera w oddziale. Do pomocy w akcji brał udział jeszcze jeden sqad piechoty, czołgi partyzantów a także sami „bojownicy o wolność”. Chinnoki przetransportowały siły US na główną wyspę Malden. Po sygnale do ataku nasze siły miały przewagę zaskoczenia, ale nie wiem czy liczebną. Dwoma celnymi strzałami z kilkuset metrów zdjąłem Szyłkę oraz BMP. Natomiast trzecią rakietą chciałem trafić Hinda ale przestrzeliłem. Potem w rcuh poszła zwykła broń. Non stop jakieś kule latały, wybuchy, strzały… Drugi BMP którego nie zdjąłem mocno zdziesiątkował nasz oddział. Wystrzelałem całą amunicję do M21 zabijając kilkunastu ruskich. Ogólnie baza była pełna wroga i nieźle zabudowana m.in namiotami. Próbując dozbroić się dostałem się pod ogień PK oraz innych ocalałych czerwonoarmistów. Nie wiem jak skończył się atak. Oddział do którego należałem został zniszczony, a ja wróciłem do domu w plastikowym worku… Następną misją jaką zagrałem to Down. W tej misji wcielamy się w pilota Skyraidera Edwarda M. Linbomma (czy jakoś tak). Został zestrzelenony nad wrogim terytorium. Teraz znajduje się w lesie, sam na tyłach wroga który go poszukuje i jest w przewadze liczebnej. Misja jest bardzo klimatyczna, jest ta atmosfera i napięcie. Najpierw podchodzę do farmy i spotykam kolesia. Po krótkiej wymianie zdań przyjeżdżają ruscy. Ja się ukrywam, a cywil próbuje z nimi gadać…ale nie wychodzi i trzema celnymi i szybkimi strzałami wykańczam ich. Potem następuje kilka cut-scenek i jest noc a ja muszę dostać się do obozu partyzantów. Czołgam się…a tu z tyłu tzw. z lasu wychodzi 2-osobowy patrol SpecNaz’u. Na szczęście seriami z AK47 udało mi się ich posłać do piekła. Wziąłem Biozna oraz ładunki wybuchowe (chociaż nie wiedziałem po co) i już spokojnie dotarłem do obozu. I jeszcze jedna cut-scenka…Rosjanie zaatakowali obóz. Są w liczbie kilku(nastu) SpecNaz’ów oraz trochę zwykłej piechoty. Dokładnie nie jestem w stanie określić bo oprócz mnie zabijali ich także partyzanci. Po ataku rewanżuję się im niszcząc bazę w Blacie jako członek łącznie 6-osobowego oddziału. Kilka nerwowych strzałów z RPG i już BMP nie stanowi zagrożenia. Potem tylko regularny ciągły ostrzał i cały garnizon leży trupem. Co prawda jako posiłki prawie natychmiast przyjechały dwa Urale z piechotą ale gęsty ostrzał z PK i Bizona pozbawił życia wszystkich. Na koniec trzeba było przedrzeć się do jeszcze innej bazy, tym razem z radiem. W drodze poległ cały oddział natykając się na patrole Rosjan. Jakoś mi się udało…Mission complete… Jeszcze zagrałem w Short Straight gdzie wcielałem się w rolę zwykłego żołnierza USA walczącego przeciwko wojskom VC w Vietnamie. Dysponując i wpsarciem (tylko na początku) helikopterów, artylerii oraz sporej ilości piechoty misja powinna być łatwa…Otóż nie. Wszyscy albo polegli albo uciekli. Oprócz swojego oddziału po większej wymianie ognia i wycofaniu sie do LZ X-ray nie spotkałem żadnego innego oddziału. A teraz kilka misji które stworzyłem w edytorku. Dodałem nazwę, tło fabularne, efekty specjalne itp. Można powiedzieć że wymyślam ale co tam 😛 Najpierw The Road Cut Off. Wcielam się w niej w snajpera komunistycznych partyzantów na Nogovie czekajacych na konwój wojsk CSLA na południe od Neveklova. Oddział składa się z łącznie 32 ludzi z czego tylko czterech posiada broń AT. Są jeszcze ludzie z ładunkami wybuchowymi. Konwój jest kilkufazowy i składa się z wielu pojazdów. Przysyłają potężne posiłki ponieważ wczoraj Rosjanie zdobyli Petrovice i nie mają jak się ruszyć do Slap. Ja wraz z maszinganerem oraz gościem z rurą ustawiamy się obok małego domku robiącego za obserwatorium. Mamy doskonały widok na drogę i w razie czego możliwość zajścia konwoju od tyłu. Tymczasem dowódca rozstawia ładunki wybuchowe, wydaje rozkazy, wszyscy zajmują pozycje. Pierwsza częśc konwoju pojawia się o 5:55 rano. Składa się z Landrovera (wersja z karabinem) oraz dwoma ciężarówkami Tatra, wszystkie pojazdy po brzegi wypełnione jednostkami ACR. Kiedy pojazdy wjeżdżają w strefę ataku BUM!!! I stają się płonącymi wrakami. Żadnej walki bronią palną. Za to tej walki było dużo z następną częścią konwoju która przyjechała 5 minut po tamtym. Był to BMP z oddziałem piechoty zmechanizowanej CSLA. Kiedy z APC zaczęły wysypywać się wrogie jednostki gość z rurą odpalił rakietę a ta zamieniła w kupę gruzu maszynę. Na nieszczęście częśc oddziału CSLA która przeżyła zmasakrowała tegoż gościa oraz ostrzelała moją pozycję. Ale mając zmasowany ogień PK i snajperski skutecznie rozwaliłem wszystkich. Wycofaliśmy się do dowódcu uprzednio biorąc z gazika ładunki wychowe i kładąc je w okolicy drogi. Jest czas aby opatrzyć rany, dozbroić się…Kolejny konwój przyjeżdża o 6:30. W miedzyczasie przybywa dwóch komandosów SpecNazu którzy kładą miny na drodze bezpośrenio pod domkiem i zostają na miejscu aby pomóc w eliminacji ocalałych żołnierzy CSLA. Ta część konwoju składa się z dwóch BMP z piechotą ACR na przodzie, trzech T-72 oraz następnych czterech T-55 w pewnej odległości. Jeden z BMP zatrzymuje się przy domku. Kiedy dwa następne wjeżdżają na miny odpalam ładunek który masakruje załogę APC. Resztę czołgów ze znaczynymi stratami (równo 14 ludzi) rozwaliły inne miny oraz goście z bronią AT. Dostajemy komunikat o zdobyciu Vidlakova i ofensywie znacznych sił rosyjskich w tym kierunku. Wojska CSLA reagują natychmiast i posyłają znaczne siły aby zbudować przyczółek obrony na naszych pozycjach. Są w sile 45 komandosów ACR, 122 żołnierzy zmechanizowanej oraz 8 czołgów + 4-5 transporterów opancerzonych. Cofamy się 200 metrów do tyłu tworząc spore pole minowe oraz pełne ładunków wybuchowych. Fajerwerki załawiają sprawę z pierwszą falą. Kiedy inni orientują się że jakieś siły stacjonują już przy domku rozpoczynają ostrzał artyleryjski oraz moździerzowy. Ginie pięciu naszych. Potem atakują wszystkie siły. Non stop zmasowany ogień, wybuchy, kule larają wszędzie…Ginie jeden za drugim…Oberwał dowódca. Wojska CSLA cały czas napierają aż tu kiedy pozostało z naszego oddziału tylko kilku żywych dwa V-80 z „Czarnych Kruków” rakietami 57mm robią totalną dewastację czołgów oraz przy okazji piechoty. Wojska lądowe czyli pluton T-80 oraz kompania piechoty dojeżdżają na miejsce i dobijają resztki. Mission the end and complete… Przynajmniej tak wygląda na papierze… Następną misją był Assault Support gdzie wcielałem się w snajpera SASR podczas znacznej operacji przeciwko Sowietom na Kolgujevie. Najpierw lot w HMMVW podczepionym do Chinnoka, po wylądowaniu szybka jazda i zatrzymanie się w pobliskich drzewach. Biorę LAW i posyłam załogę BMP do piekła a nastepnie obrzuciłem granatami a potem dobijając snajperką garnizon w bazie komunikacyjnej, zresztą nieliczny. Główny cel był cholernie dobrze strzeżony. Szyłka w bazie, jedna chyba na północy której nie zdjąłem a wezwałem helikoptery które wiadomo zostały zestrzelone a tym samym misja poszła się jebać. Kiedy już baza została zreconowana wezwałem dwa pomocnicze oddziały piechoty które nigdy na miejsce nie dotarły. Samotnie (bo kumpla z oddziału człog załatwił) rozwalałem każdą jednostkę piechoty, i SpecNaz’ów jak później dotarli. Ostatecznie po wytłuczeniu jak mi się wydaje 30-40 żołnierzy wroga poległem… Misja sama w sobie trudna i ciężka ale dobrze wykonana technicznie i klimatycznie. Zagrałem jeszcze w EDF: Invasion. Wcielamy się w niej w Briana Johnsona który wraz z oddziałem ma za zadanie zniszczyć Urale w Mortonie. Sytuacja na wyspie nie jest ciekawa. Rosjanie zaatakowali. Tuż po naszym wylądowaniu na plaży za pośrednictwem łodzi sił EDF znalzły się pod ostrzałem moździerzy i oddziału z BMP który natychmiast przybył. Z 6 wyszkolonych żołnierzy ocalało tylko trzech. Było cholernie trudno. Ustawiłem się w punkcie zbiorczym i poczekałem na PV35 z posiłkami EDF (Everon Defence Forces). Wszystkie jednostki wroga które czaiły się w lesie i były na drodze koło Urala zostały skutecznie i szybko wyeliminowane. Gorzej było już w mieście gdzie nikt nie miał broni AT, kompletnie nic przeciwko T-72 który wybił cały oddział który dowodziłem. A mnie dosiągła kula od żołnierza w centrum Mortonu. Mission failed… I na koniec o OFP jeszcze jedna wymyślona misja. Tym razem prawie niemożliwa, cholernie długa, trudna itp. Można ją pewnie zrobić do ArmA ale co tam. Misja zwie się The Shadows. Akcja dzieje się w Afganistanie i my jako komandos SAS należymy do elitarnej jednostki bojowej pt. Cienie. W wyniku przedłużającej się rebelii ten oddział dostaje elitarne zadanie które zajmie im wiele godzin a nawet może dni. Ich głównym celem jest zamordowanie czterech przywódców bojówek którzy spotykają się w Mazar e Sharif (wyspa CAT Afghanistan). Oddział lizy łącznie 38 perfekcjonalnie wyszkolonych i uzbrojonych żołnierzy SAS. Operacja zaczyna się o godzinie 00:5 wyjazdem Cieni z bazy lotniczej USA. Pierwszym celem jest w miarę bezalarmowe dostanie się pod miasto a może nawet do samego miasta. SAS mogą wybrać sobie dowolny pojazd. Droga przebiegała w miarę spokojnie – raportuje Jack -, żadnego kontaktu z wrogiem. Cisza i pustka… Jestem zwykłym strzelcem-medykiem. Dowodzi kto inny. Dobijamy do wzgórza 90 na południe od miasta. Rozdzielamy się. Ja i dwóch snajperów mamy okrążyć miasto z lewej i wejść na szczyt wzgórza 274 ale tak aby mieć dobry widok na miasto. Nie napotykam żadnego oporu. Rozstawiam snajperów i obserwuję miasto. Widać tylko góra 30 rebeliantów, jakiś pojazd APC. Dowódca całej operacji wzywa wsparcie lotnicze i artyleryjskie które porządnie bombarduje miasto. Po tym jak się wydaje wyelimionowania zagrożenia wchodzimy do miasta. Pusto, co chwila tylko jakiś trup cywila lub rebelianta. Nagle na dachach pojawiają się rebelianci z RPG i HMG. Ostrzeliwuję naszą grupę. Ginie kilkunastu komandosów SAS. Na szczęści trzeźwość umysłu i szybka ręka komandosów ratuje im tyłki. Kiedy zaskoczenie wzięło w łeb rebelianci otwarcie zaatakowali. Powychodzili z zaułków i rozpoczeła się strzelanina. Na drodze na południe od miasta snajper zauważa konwój ciężarówek z mnóstwem piechoty. Szybko zbiegam ze zbocza i wszyscy ustawiamy się w mieście tworząc przyczółek oborny. W międzyczasie odkrywamy że nasze cele nie żyją. Dowódca wzywa helikopter ratunkowy. W tej samej chwili rakieta LAW rozwala pierwszego Urala z rebeliantami. Reszta wyskakuje z wozów i otwiera ogień do nas. Strzelanina trwa nieprzerwanie przez 15min. Ginie 8 naszych. W chaosie nie wiemy ilu nas pozostało. Maskara, rzeź…ginie radiooperator. Kule latają wszędzie…Mnóstwo wrogów. Przylatuje Blackhawk…bieg kilkanaście metrów…ogień pokładowy…eksplozje… Startujemy i lecimy do bazy. Ale nie dane nam było dolecieć. Około 500m od terenu akcji przebywał patrol AA który zestrzelił nas. Przeżyło tylko pięciu komandosów SAS. Znikąd pomocy… Obstawiamy się przy helikopterze obok domku. Piloci nie żyją. Zostało nam mało amunicji. Przyjeżdża konwój. Prawie 40 cholernych wrogów. Bronimy się uparcie i zaciekle. Wtem przylatuje Liitlebird i bombarduje okolicę zabijając większość. Kilka chwil później dobija do nas konwój wojsk USA i wreszcie jedziemy do bazy. This faking mission complete.

Posted in Gaming live | Leave a Comment »

Merry Christmas and a Happy New Year!!!

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 24, 2006

Wesołych Świąt wszystkim!!!!!! Dużo prezentów, smacznego karpia, dużo żarcia, zajebistej imprezy, fajnych kumpli, dużo zdrowia, cierpliwości (do naszych polityków 😛 ), znośnych teściowych, fajnych dziewczyn (do płci męskiej) lub chłopaków (do płci pięknej). To do wszystkich obywetelów naszej pięknej ojczyzny.

Wesołych Świąt!!

Posted in Inne, Real Life | Leave a Comment »

Humor…

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 23, 2006

Jako że zbliżają się święta a nawet już są jest mi wesoło. Nie ma to jak dobry humor. Oto co wyszperałem, zdobyłem itp. Najpierw jedna z mp3 Huty’99. Stare ale jare…
Hendel Zawodowiec
Hendel…płatny zabójca. Bez litości zabijał matki, żony, teściowe i świenki morskie. 15 października o godzinie 3:15 obudził go dzwoniący telefon.
– Halo? Mam dla pana zadanie.
– Ta?
– Musi pan zabic mojego ojca. Płacę 2mln po wykonaniu roboty.
– Kim jest pana ojciec?
– Prezydentem.
– Bez głupich żartów baranie.
– No to elektrykiem.
– Jak się nazywa?
– Lech Wałęsa.
– Bez kitu?
– Tak. Pod pana wycieraczką jest jego adres. Niech pan przyjedzie jutro o 17. Musi pan go zabić.
To była najtrudniejsza robota Hendela, ale dla niego najważniejsza była sława. Następnego dnia późnym popołudniem znajdował się pod domem Lecha.
– Kto tam? Już otwieram. Dzieńdobry, w czym moge służyć?
– Niech pan zdejmie dywan. Nie chce go poplamić.
– A po co? Nie ma takiej sytuacji.
– Nie to nie.
– Eee…Moge byś ty mnie zabił… Powiem ci coś w tajemnicy. Jestem supermenem.
– A ja jestem Hendel i zawsze wykonuję robotę.
– Pierdolisz mi głupoty. Ała, złamałeś mi panzokcie. Jestem inwalidą.
– Dlaczego jeszcze żyjesz złamasie?
– Bo jestem kosmitą debilu. Miałem chronić prezydenta. On jest na naszej planecie od ponad 10 lat i nie może to wyjść na jaw. Lecimy na naszą planetę…
– To kto do mnie kurwa dzwonił?
– Sigma i Pi skurwysynu.

PRZEROBIONA WERSJA KUBUSIA PUCHATKA

Posted in Inne | Leave a Comment »

Gaming Ring volume #8

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 22, 2006

Oj, dawno nie było nowej części 😉 No może nie tak całkiem. Sporo się działo, mało czasu a tak dużo do napisania. Do tego wpisu akurat przygotowywałem się długo. Będzie kilka wydarzeń jak skończenie mi się trial’a do Guild Wars, granie w cholernie trudne misje 😉 do Operation Flashpoint. Pozatym ludzie święta idą a ja wcale nie mam nastroju świątecznego poza dzisiejszą wigilią klasową. Ale zastanawiam się co zażyczyć sobie pod choinkę? Czy kasę czy mniejszą kasę i Armed Assault. Tak, ta gra wrezcie wychodzi w Polsce a wyszła już na świecie. Czy godny następca? Zamierzam się przekonać. Tymczasem raporty bojowe z misji nie tylko modu CSLA ale także zwykłego OFP z kilkoma giga addonów 😛 A więc na pierwszy ogień poszła misja Airborne gdzie jako kapitan drużyny piechoty US uczestniczyliśmy w akcji desantowej. Kilka helikopterów UH-60 (potocznie Blackhawk) oraz jeden czy dwa Chinnoki. Atakowaliśmy lotnisko na wyspie Malden które zajęte było przez wojska radzieckie. Ale żeby nie było łatwo w misji już od prawie samego początku helikoptery dostały się w ogień dział p/lot. Strącili kilka maszyn ale kilkunastu żołnierzom udało się szczęśliwie dotknąc ziemi po desancie. Moja drużyna straciła dwóch żołnierzy kiedy lądowaliśmy na spadochronach. Kilkaset metrów dalej z tyłu podjechał BMP ale koleś z LAW skutecznie go rozwalił. Paręset metrów później kiedy brałem broń AT natknął się na nas jeden żołnierz radziecki. Nikt go nie zauważył i posłał nam granat który zabił około 5-6 moich ludzi. Tak zdziesiątkowanym oddziałem dotarłem do punktu zbiorczego. Po zapoznaniu się z sytuacją trochę odespałem aż do warty. Miałem do dyspozycji karabin M2 i trzech ludzi ze swojego oddziału. Okazało się że część kompanii przeżyła. Wzgórze zostało ufortyfikowane minami oraz flarami. Atak kilku oddziałów wroga z łatwością udało się odeprzeć z kilkoma stratami. Łączne straty na szczęście nie były zbyt wysokie dlatego dowódca operacji zdecydował się zaatakować główny cel czyli lotnisko. Tutaj przy południowej bramie po rozwaleniu w drobny mak BMP załatwił mnie skutecznie ukryty gość z PK (taka rosyjska maszynówa). Niestety, mission failed… Trochę lepiej poszło mi z misją Absolute Zero gdzie grałem jako dowódca drużyny piechoty w ataku na Vidlakov na Nogovie. Wsparcie stanowił drugi oddział żołnierzy, squad granadierów, dwa AH-64 i pluton czołgów. Miasto portowe było chronione przez ok. 40-50 żołnierzy i dwa BMP. Po desancie w okolicy zebrałem oddział i wydałem rozkaz do ataku. Jednocześnie grupa granadierów ostrzelała miasto po czym niestety poległa pod ogniem wroga. Niewiele wiecej szczęścia miał oddział Bravo który na jakiś czas związał wroga i posłał do piachu kilku „towarzyszów” ale na tyle tylko było ich stać. Nie poniosąc zbyt wielu strat zniszczyłem oba transportery opancerzone. Do akcji wkroczyły też dwa M113 które swoimi karabinami maszynowymi zdziesiątkowały czerwonych i wprowadziły chaos. Ten oddział stracił po ataku tylko jeden tranporter, drugi zniszczył V-80 podczas lotniczego kontrataku Rosjan na Vidlakov. Wracając do miasta od tyłu zaszedłem i zabiłem pistoletem oficera. Mnóstwo trupów, wraków…ogólna rzeźnia na całego. Pojawiła się cut-scenka w której SpecNaz zniszczył radary w bazie lotniczej i po tym Rosjanie uruchomili atak powietrzny składający się z dwóch Mi17, jednego V-80 i chyba Mi24. Na szczęście na pomoc przybył oddział November który rozprawił się z wrażymi helikopterami. Ostatnia część misji to atak lądowy dwóch plutonów czołgów które posiadały Szyłki, te cholerne mobilne działa AA. Jedyne co zdążyłem zrobić to szybkie wzięcie AT4 i szybko do punktu obrony na drodze. Odpaliłem rakietę ale widocznie nie trafiła bo Shilka nadal jechała a mnie jak i resztę oddziału rozpieprzyły T-80. Na pocieszenie to mogę sobie powiedzieć że zadałem ogromne straty radzieckiej machinie wojennej. Co do jej technicznego wykonania – jest bardzo dobrze, prawie że wspaniale. Kolejna misją był Apache Assault. Misja można powiedzieć dosyć długa i wcale nie łatwa z ciekawymi zadaniami. Początek to typowa młócka czyli eliminowanie hurtowej ilości czołgów za pomocą rakiet naprowadzanych jak i 57mm siejących niezły chaos. Gdy baza jest oczyszczona i znajduje się w rękach USA dostajemy kolejne zadanie. A, zapomniałem wspomnieć ża akcja dzieje się na wyspie Kolgujev. Więc, następnie musimy eskortować UH-60 z pułkownikiem do innej bazy przez prawie całą wyspę. Jak to bywa jacyć ruscy z wyrzutniami p/lot ukryli się w lesie i zniszczyli helikopter. Część załogi i pułkownik – nadal żyli. Robiąc użytek z uzbrojenia przerzedziłem lasy 57mm-trówkami. Gdy inny helikopter podchodził do lądowania na radarze pojawiły się innej pancerne jednostki Rosjan. Szybko udałem się najpierw do jednej grupy a potem do drugiej niszcząc największe zagrożenia jak T-80 i T-72. Z lekko uszkodzonym helikopterem, z kilkunastoma czołgami na koncie wróciłem do bazy, mission complete… Następna misja zwała się Cope’s Revenge czyli Copeho pomsta na polski. Wcielamy się w niej w Williama S. Cope i zabawimy się w rewolwerowca na Nogovie. Krótki treściwy brefing i notatki wyjaśniają wszystko, on jest tutaj dla zemsty. Przy pomocy rewolweru S&W oraz Kozlicy (taka dubeltówka) przyjdzie nam walczyć z partyzantami w ruinach zamku, w willi i na farmie a także w Lany przeciwko bodajże pięciu motocyklistom. Klimacik jest zajebisty, nastrojowe piosenki, świetne efekty specjalne jak rozbłyski i zwolnienie czasu po strzale. Tu liczy się ułamek sekundy. Zaczynamy…biegne kilkanaście metrów, pierwszy przy ognisku. BANG! I leży trupem, kilka kroków i z bliska zdejmuję gościa na ruinie wieży. Przybiegają następni, cztery strzały załatwiają sprawę. Gleba i do trupa po dubeltówkę a po drodze z odległości ok. 100-200 metrów zamordowanie kolesia na murze. Drugi daleki strzał, pada we krwi partyzant przy bramie. Wchodzę powoli i ostrożnie, wychylam się zza każdego rogu…przy bramie…BANG! BANG! Dwaj żołnierze nawet nie zauważyli co ich stuknęło. Idę dalej, natykam się na ciało kobiety, chyba wiadomo po co ją trzymali… Na koniec dwa bliskie spotkania trzeciego stopnia. Nie więcej niż z 10 metrów o ułamek sekundy uprzedziłem kolesi zanim wpakowali mi kulkę między oczy. Aha, partyzanci też mają tylko S&W i Kozlice. Takto jakby mieli AK47 to by było za trudno. Ruiny wyczyszczone ze zła, teraz do farmy. Z daleka zaczynam ostrzał. Kule lecą daleko i w większości przypadków celnie. Padają jeden za drugim. Zbliżam się do farmy, jakiś koleś do mnie strzela, ciężko go namierzyć ale po chwili moje celne oko pozbawia go życia. Jeszcze szybkie wpadnięcie i zrobienie rzeźi i koniec z tym miejscem. Przedostatnim przystankiem dokonania zemsty była willa. Kilkaset metrów na brzuchu i mam na celu 2-osobowy patrol. Nie trafiam ale debile lecą jak baranki na rzeź. Pięć, sześć strzałów i ochrona na zewnątrz leży martwa. Jeszcze błyskawiczny refleks w środku, dwa trupy i do rozprawienia się tylko motocykliści w Lany. Tutaj było naprawdę blisko, zdjąłem jednego, drugi podjechał i strzelił mi w nogi. Resztę załatwiłem bez problemu, i jeszcze jak fajnie motocykle upadały. Aczkolwiek dosyć zaskakujące zakończenie… Na dzisiaj z OFP to by było na tyle…

A teraz krótkie słowo o Guild Wars. Kilka dni temu skończył mi się trial ale nie rozpoaczam. Gra owszem była fajna, ale miała swoje wady i nie jest MMORPG z krwi i kości. Nie dorównuje World of Warcraft ale za to mniej szarpie budżet, nie trzeba wydawać na nią ~800zł rocznie. Przez te dwa tygodnie, 10h spędzonych przy niej udało mi sie dobić do 11lvl, zwiedzić kawałek wyspy na której jest Shing Jea Monastery (to nie jest główny kontynent), zdobyć dużo złota, wykonać kilkanaście fajnych questów oraz wybić trochę mobów a także jednego bossa. Wrażenia mam dobre, fajna grafika, muza, nawet fabuła. Troszeczkę spaprany gameplay. Poznałem kilka fajnych osób. Z ciekawszych wydarzeń mogę powiedzieć o właśnie queście z zakażonym ministrem Cho który zamienia się w monstrum i ogólną rzeźią w mieście. A także duże dance party. Żeby lepiej poznać tą grę musiałbym spędzić zdecydowanie więcej czasu, tak z 10 razy więcej 😉

Posted in Gaming live | Leave a Comment »

Coś dla fanów demolki…

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 21, 2006

…i nie tylko. Oto filmiki autorstwa Drakorthy przedstawiające różne wypadki, popisy kasakderskie które potoczyły się źle, nieprzewidywalne zdarzenia, wybuchy itp. Na uwagę zasługuje naprawdę porządne zmontowanie scenek (co prawda w niektórych filmach się powtarzają) i bardzo dobry podkład muzyczny. Komentowanie tego zostawiam wam, w niektórych przypadkach lepiej zachować ‚no comment’, sznase na przeżycie mierne. A więc: Lets the showdown begin!!!

Posted in Inne, Real Life | Leave a Comment »

Boże, widzisz i nie grzmisz…

Posted by mrcollector w dniu Grudzień 20, 2006

Już wiele osób w wielu blogach i nie tylko powiedziało to zdanie. Ono najlepiej określa stan polityczny we Polsce. Mamy teraz taki burdel i taki chaos że największym filozofom się nie śniło. Non stop jakieś afery, zamachy stanu, teorie spiskow, ba…nawet nie teorie. To jest spisek. Dawać mi tu Al-Kaidę!!! Mam do nich sprawę 😛 😛 😛 😆 A teraz na serio. Moralny poziom polityczny leci na łeb na szyję i osiągnął totalne dno. Przez takie seks-afery zapominamy o naprawdę ważnych sprawach jak paranoiczne pomysły Imperium Romana, o budżecie, jak to pojebane państwo chce ułożyć mi życie itp. Już teraz wiem że wyjadę za granicę (jeśli da radę) a jednym z pierwszym powodów będzie po prostu wstyd. Tak, dobrze widzice i czytacie…przez wstyd. Zręszto zrobie tak samo jak lwia część emigrantów zarobkowych gdzie obok powodów finasowywch jest wstyd za rząd. A ostatnio to najlepszy prezydent…ROFL i te jeszcze beznadziejne tłumaczenia. I na koniec do zwolenników PiS’u których żaden argument nie rusza – nie pierdolcie mi łaskawie jakie to wpadki miał pan Kwaśniewski. Co prawda były jakieś afery, ale ludzie…to było PRZEZ 10 LAT KADENCJI!!! Człowiek to nie robot…popełnia błędy. A Kaczyński, ledwie będzie drugi rok prezydentury a tych wpadek to ja nawet na palcach obu rąk nie moge policzyć. Ach…zobaczymy się „tam na górze” i okaże się jaka jest prawda…

Posted in Real Life | Leave a Comment »