World Hydepark

O wszystkim i o niczym… Wolna Amerykanka

Archiwum dla styczeń 7th, 2007

Sesja “The Thing” vol.3

Opublikował/a mrcollector w dniu styczeń 7, 2007

Agnes Katzeberg

Z wielkim oporem ruszyła spowrotem. Miała ochotę wyrzucić porucznika przez okno, wiedziała, że miał rację, ale co jest ważniejsze? Ludzkie życie czy wezwanie helikopterów? Może faktycznie wezwie pomoc, ale jeżeli będzie za późno dla tego mężczyzny? Powinni zrobić wszystko, aby go uratować. Skoro porucznik uważa, że narazie nie jest potrzebna przy nim… to wróci do maszyn.
Agnes rozmyślała próbując nawiązać łączność z bazą poprzez sprzęt w pomieszczeniu. Zastanawiała się co właściwie przytrafiło się temu rannemu i czy morfina mu pomoże. Od czasu do czasu spoglądała na działania Lany i porucznika. Czuła się nieco winna, że także nie próbuje pomóc.
Całkowicie milcząc próbowała uruchomić sprzęt…

Sprzęt nie dał się za żadne skarby uruchomić i z nikłym klnięciem pod nosem myślałaś, że szlag trafił tę rupieciarnię jak i wszystko w tej bazie badawczej. Z pozoru milczące przyciski, które powinny wręcz świecić, a strzałki kręcić się wydawały się nietknięte. Sprawa musiała siedzieć głębiej i tak oto zauważyłaś, że stołki wzdłuż ścian, na których były panele lecą na blaszanych szafeczkach pod sobą. Są one poskręcane śróbkami i gdybyś mogła się dostać do środka to może udałoby ci się zobaczyć co jest przyczyną chwilowej awarii.

Travis Christie

Kiwa głową – Co racja to racja. Mamy zadanie i nie polega ono na pilnowaniu jednego człowieka. Znajdźmy mu bezpieczne lokum i zostawmy… będziemy go odwiedzać z jedzeniem i aby pomóc mu załatwić co ważniejsze sprawy… no i zabierze nam to o wiele mniej czasu i wysiłku niż ciągłe pilnowanie – gdy pomyślał sobie, że mógłby zostać zamknięty, sam, w jednym z tych pomieszczeń aż dreszcz mu przeszedł po plecach…

Jesus Mendoza

Pomysł zamknięcia Radzyminskyego wydał się Mendozie najrozsądniejszym rozwiązaniem.
Dobrze, zamknijmy go. Tylko gdzie? W jadalni leży trup po sekcji, a łazienka jest zakrwawiona. Może na górze widzieliście coś czystego? I potrzebne będą klucze. Zaraz, przecież w szafie były jakieś klucze, Travis, chyba ty je wziąłeś.

 

Agnes Katzeberg

Mechanik rozejrzała się. Widząc panele spróbowała najpierw sprawdzić czy da się do nich dostać. Wyjęła śrubokręt i spróbowała zarówno przejść do paneli podchodząc do szafeczek jak i rozkręcić ich obudowę. Agnes próbuje otworzyć panele…

Randolph Clare

-Zastanówmy się przez chwilę czy gdzieś nie widzieliśmy pomieszczenia spełnającego nasze wymogi? – zwracam sie do obecnych

Po chwili namysłu

Chyba wiem gdzie mozna go zamknąć , Jesus zostań z nim jeszcze na chwilę a ja z Travisem pójdziemy sprawdzić ok?

Udajemy sie do magazynu gdzie porucznik znalazł poćwiartowane zwłoki w worku na śmieci.

Travis Christie

Przeszukuje kieszenie. Po chwili z jednej z nich wyjmuje trzy kluczyki – Ta. Mam. Zaraz zobaczymy co tam jest i wrócimy. Tylko nie szalej tu sam – mruga Jesusa i uśmiecha się. I rusza za Clare’m

Travis, Jesus oraz Clare szybko ruszyli po schodach niosąc ze sobą skomlącego Radzymskiego, który ślinił się za każdym razem jak dostawał dziwnego tiku głowy skaczącej na szyi. Szyja była niczym sprężyna wrażliwa na mordercze myśli. To co się działo w jego umyśle było czystym więzieniem. Światem ucieczki przed najgorszym z koszmarów. Koszmar, który nigdy się nie kończył. Jedynym lekarstwem była litość osoby, której opętany nigdy nie pozna. Ta litość miałaby się wykazać chęcią zabicia opętanego…
Weszliście po drżących schodach do sali pełnej komputerów, przepalonych obwodów i porozrzucanych papierów, instrukcji, dyskietek i śróbokręców. Znalazły się nawet gdzieniegdzie odłamki szkła.
Mendoza sprawdził wszystkie klucze na drzwiach do śmierdzącego magazynu przepełnionego odorem rozkładu. Rozkładu, którego smród i związki wodoru i siarki potrafią zabić.
Sprawdził pierwszy metalowy i pozpolity klucz, który wyglądał na niemal nowy. Nic się nie działo poza trudnym wciskaniem go w coś twardego, ale ustępującego. Potem bardziej niebieskawy klucz, też się nic nie działo. Następnie ostatni, lekko pozłacany miedzią.
Ząbki na trzemieniu klucza zachaczały o co kolejn ząbki śrób. Usłyszeliście znajomy dźwięk trzasku przy całkowitym włożeniu klucza. Powoli przekręcił dłoń…

Zadziałało i metalowy zasuwak wychodził i się chował, a klucz siedział sobie spokojnie w zamku, ale za cholerę nie chciał z niego wyjść.

Pozostałe klucze pokryte były skrzepem… krwi…

Randolph Clare

– Co do cholery skąd na kluczach krew?- zapytałem obecnych

- A tak wogóle to dawajcie go tu wkładamy go do środka i zamykamy drzwi i przekręcamy klucz

- Potem zobaczymy co dalej

Travis Christie

Spogląda na Clare’a. Czuł jego podenerwowanie – Zaraz to zrobimy… ale sprawdźmy co z tą krwią – celuje karabinem w drzwi – Niech któryś to otworzy… wolę nie ryzykować że ktoś na mnie wyskoczy z Bóg wie czym i mnie pochlasta. No i świr, świrem ale z drugim go tam nie zamknę – ciało mu lekko drżało, czuł napięcie narastające w całym kompleksie

Randolph Clare

-Ok
-Jesus ty z prawej ja otwieram drzwi i pilnuje z lewej a ty Travis miej oko na Radzymińskiego [/i]- może masz rację z tym pomieszczeniem chyba coś tam może być

Jesus Mendoza

Mendoza zdjął z ramienia swój karabin i odbezpieczył go. Następnie podszedł do drzwi z prawej strony i przyklęknął na jedno kolano. Uniósł karabin i przycisnął jego chłodną kolbę do policzka, jednocześnie kierując lufę tak, aby mógł widzieć przez drzwi lewą stronę pomieszczenia.
Mendoza gotów. – rzucił krótko.

I Randolph na pozycji szybko machnął drzwiami, które ze skrzypem się otworzyły. W pomieszczeniu ciemno jak to porucznik sprawdzał.
Czuć było potężny odór. Jednak nie było nigdzie Czegoś. Czegoś czego się obawialiście nigdzie nie było. Tak się przynajmniej wam wydawało.

Randolph Clare

Nic szczególnego sie nie wydarzyło -pomyślałem
A czego do cholery miałes oczekiwać , gromady wściekłych kosmitów -zganiłem się w myślach

Już głośno powiedziałem - bierzemy latarki i idziemy sprawdzić pomieszczenie

Jeżeli nic w środku nie będzie wietrzymy pokój i wprowadzamy tam Radzymińskiego

Jesus Mendoza

Mendoza aż zachwiał się, gdy fala odoru dotarła do niego. Nie opuścił jednak stanowiska, tylko przesłonił rękawem lewej ręki usta i nos. Jego prawa ręka wciąż trzymała karabin.
Co za smród. Przecież on się tam udusi. – powiedział.
Mendoza, wciąż z rękawem przy nosie, przesunął się bliżej drzwi i zajrzał do środka.
Nie mam latarki, Travis masz pożyczyć?

 

Travis Christie

Kręci przecząco głową – Nie nie mam. Ale rzeczywiście ciężko było by go tu zamknąć… – otwiera zaciśniętą rękę, gdzie ma pozostałe dwa klucze – Poszukajmy innego miejsca – zaciska dłoń i chowa klucze do kieszeni

Randolph Clare

-Chyba masz rację poszukajmy innego pomieszczenia , a drzwi zostawię otwarte niech sie przewietrzy bo w najgorszym razie będziemy zmuszeni niestety go tu zamknąć robiąc mu otwory powietrzne w drzwiach -ostentacyjnie unoszę lufę km w górę

Travis Christie

Spogląda na Clare’a – To jest kiepski pomysł bo… a. Zapach się raczej nie wywietrzy. B, zmarnujesz amunicję – potrząsną głową – ruszajmy

Randolph Clare

-Ok przekonałeś mnie ale…………..tylko na jakiś czas

Ruszamy dalej po kompleksie szukać pomieszczenia zamykanego na zamek

Jesus Mendoza

Mendoza opuścił broń, wstał i z ogromną ulgą oddalił się od pomieszczenia. Potworny smród wyciskał mu łzy z oczu i zatykał oddech, wiec rozkoszował się teraz możliwością odetchnięcia czystym powietrzem.
Dobrze, ruszajmy – powiedział.
Niezbyt delikatnie podniósł Radzyminkyego na nogi i popchnął w stronę schodów. Sam ruszył za nim, podtrzymując aby tamten nie upadł, ale bez zbytniej troskliwości.

Rozglądnęliście się ponownie po wszystkich pomieszczeniach. Po przeciwnej stronie do śmierdzącego magazynu znajdyawała się maleńka przebieralnia. Pomieszczenie jaśniejsze i cieplejsze, gdzie razem z porucznikiem Danielem O’Mannleyem znaleźliście zaschniętą krew na ubraniu tuż przy drzwiach. Było to gruby kożuch, grubszy od waszych polarnych sfeterków. Światło dobywało się z tylko jednego małego okna tuż pod sufitem.

Randoplh Clare

-Ok no i chyba znaleźliśmy przytulne gniazdko dla niego – z usmiechem wskazuje na pomieszczenie i na Radzymińskiego

-Dawaj go tu Jesus , zamykamy go i wracajmy do reszty grupy

Jesus Mendoza

Sprawdź najpierw czy klucz pasuje.
Mendoza wszedł do pomieszczenia. Od razu zwrócił uwagę na plamę krwi na podłodze.
Czy w tej bazie nie ma jednego czystego pomieszczenia? – mruknął do siebie.
Mendoza ominął kałużę zakrzepłej krwi i wszedł głębiej do pomieszczenia. Gdy zauważył okno zadumał się, zastanawiając się czy fakt, że w pomieszczeniu jest okno, może stanowić jakieś zagrożenie dla Radzyminkyego. W końcu kto wie, co taki świr może wymyśleć.

Travis Christie

Uśmiecha się lekko – To jak chłopaki, zostawiamy go tu? – rozgląda się po pomieszczeniu – Nie ma tu zbyt wielu rzeczy o które zrobi sobie krzywdę… chyba

Travis wyjął złączek kluczy na paru ogniwach i poszperał w zamku pierwszym srebrzystym – lekko zabrudzonym. Najwyraźniej roztocza założyły we wszystkich jego zakamarkach wielkie imperium. Haczenie ząbków i charakterystyczny dźwięk merdania w zamku. Nakle suwak sie poruszał to w jedną, to w drugą stronę. Z drzwiami wszystko było w porządku.
Chwyciliście Jacka, a raczej powłokę skóry jaka z niego została. Co przerażenie potrafi zrobić z ludzkim umysłem? Przybyły dawne wspomnienia, które przez lata wpychał do głębin podświadomości? Przeszłość zawsze cie dorwie bez względu na to jak bardzo starasz się o niej zapomnieć.
Wcześniej czy później…

podpor. Lana Smith

Pani Doktor spojrzała na porucznika. Nie miała wesołej miny. Prawde mówiąc to małował się na jej twarzy smutek.
-Nie sądzę by morfina pomogła, sir – wydusiła z siebie wreszcie. Przejechała mężczyźnie po twarzy, zamykajac mu oczy – Za późno. – Doktor zaczęłą pakować apteczkę. – O nie wiele za późno…
Podporucznim wstała. Słowa nie były potrzebne. Nie trudno się było domyśleć, co się stało.

Porucznik spojrzał na drobną panią medyk bezradnie i ze złamanymi nadziejami i upadłymi chęciami w umyśle. Wojna to gra kul i ostrzy… wojna była wszędzie i miała jeden cel. Dla braku jakichkolwiek korzyści ginęli ludzie. Nadal giną.
Omenem takiej żądzy krwi jest prośba o dobicie. Prośba o skrócenie cierpień. – Trzymam to Boże! – wykrzyknął bezsensownie człowiek – Nie dam kurwa uciec! – wszechobecny pot, przekrwione bandarze i posiniała twarz.
Mężczyzna sięgnął lewą luźną i wyflaczałą ręką do kieszeni. Jego koścista dłoń ściskała teraz odbespieczony dziewięcio-milimetrówiec. Zwykłą klamkę mającą na koncie sporo śmierci.
Daniel na widok lufy broni skierowanej w głowę mężczyzny wzdrygnął się i wykrzyknął z zaskoczenia – Nie!- odruchowy okrzyk po czym spokojniej zaczął gadkę – Nie rób tego… wyratujemy cię. – odparł spokojniej jednak głos ciągle mu drżał od strachu i emocji. Dzierżyciel broni przyłożył ją do głowy i odparł – Czuję to Coś… achchh..cholera! – wydarł się z bólu pod koniec i zakaszlał sucho wysiewając sporo zarazków na pomieszczenie oklepywane z zewnątrz kulami śniegu. Powoli naciskał na broń i sina, blada twarz robiła się lekko różowawa. Trzęsąca się jak osika pomarszczona skóra z potem i łzami… łzami paniki i strachu. Pod nosem mruczał łacińskie teksty, które po trochu rozumieliście jako łaskę i błaganie o zbawienie. – Panie żałuję! Chryste wybaw, Ojcze przenajświętszy… usłysz…

Trójka opon mózgowych starła się w walce trwającej ułamek sekundy z dziewięcio-milimetrowym pociskiem. Miękkie różowe i pofałdowane mięso rozbryzgało się z warstwami krwi na martwą i chłodną ścianę.

- Jezu… – wyszeptał porucznik…

Randolph Clare

Wtargaliśmy Radzymińskiego do pomieszczenia położyliśmy w kąt pomieszczenia i spokojnie wychodzimy z pokoju.
Zamykamy drzwi na klucz i rozgladam się po obecnych z pytaniem zapisanym w wyglądzie twarzy. – I co dalej koledzy

Agnes Katzeberg

Kiedy Agnes była pochłonięta pracą wydawało się, że nic nie powstrzyma jej przed ukończeniem jej. Tymczasem dramatyczne i przerażające sceny rozgrywające się dosłownie za jej plecami wywołały u niej natychmiastowe przerwanie pracy i wręcz paniczny lęk. Obserwowała każdy ruch rannego mężczyzny, atmosfera coraz bardziej stawała się napięta, aż do chwili wystrzału…
Na ten głośny dźwięk Agnes krzyknęła przeraźliwie. Stała niczym słup z wyjątkowo przerażonym wyrazem twarzy… zielone oczy świdrowały mężczyznę i zawartość jego głowy na ścianie - Boże…! – wyszeptała bliska płaczu. Agnes nie wiedziała co robić… spojrzała na porucznika badawczo… – Ja tego nie zniosę! – uniosła się w przerażeniu.
Zaczęła kręcić głową i szlochać… zachowywała się jak każdy nieprzyzwyczajony do takich makabrycznych widoków człowiek. Przerażona nie chciała na nic patrzeć, ani nikogo słuchać… cicho błagała, aby wszyscy dali jej święty spokój…

Drgający Jack został położony w końcu ciasnego pomieszczenia. I modlić się pozostało, aby nie obudziła się w nim kaustrofobia. Zatrzaśnięte drzwi były znakiem oddzielenia go od was… na czas dłuższy. A przekręcenie klucza dla wielu byłoby intrygującym czynem.

Jesus Mendoza

Mendoza odetchnął z ulgą, gdy drzwi zatrzasnęły się za Radzyminskym. Właściwie to śmieszne, zdrowy, silny mężczyzna boi się zaślinionego gościa, który jest strzępkiem nerwów i cieniem samego siebie. Ale Mendozie wcale nie było do śmiechu. Widział już, co tacy ludzie potrafią zrobić. Jak pozornie bezbronny facet przewraca tuzin zdrowych żołnierzy i z obłędnym błyskiem w oczach wysadza się granatem wraz z nimi. Mendoza nie miał zamiaru oglądać tego po raz kolejny. Z uśmiechem sięgnął po krótkofalówkę.
Bzz … Panie poruczniku, … bzz … tu Mendoza, … bzz … zamknęliśmy Radzyminskyego … bzz … w jakiejś, eee … bzz … przebieralni. Czekamy na dalsze rozkazy. … bzz … Over.

- Co zrobiliście? – zapytał porucznik przerażony tym co się tutaj działo i zdziwiony zachowaniem podopiecznych – On potrzebuje fachowej pomocy. Nie wydawałem żadnego rozkazu, aby go zamknąć w pomieszczeniu! – był bardzo zły – Natychmiast go wyciągnijcie, najlepiej na łóżku w pobliżu pomieszczenia ze śluzą. Musi mieć najwięcej świeżego powietrza. Szczególnie ozonu podczas zamieci. Macie być cholera przy nim cały czas! – bez odbioru - i wyłączył nadajnik, który i tak trzeszczał od warunków pogodowych jakie tu mieliście, lecz żołnierze dobrze wiedzieli jaka była twoja opinia. Nerwy oraz wszeobecny stres przeszły same siebie i na szyi porucznika pojawiły się grubo żyły. – Lana! – odparł – Sprzątnij to. – wskazał na zwłoki po czym podszedł prędko do Agnez – Czy to urojstwo działa panno Katzberg? – nie mogąc się powstrzymać trzasnął ściśniętą dłonią o blat stołu zapchanego panelami do urządzeń optycznych.

Agnes Katzeberg

- Niestety bezpieczniki wysiadły – odpowiedziała drżącym głosem i wycierając oczy, starała się opanować, jakoś zmienić sposób myślenia - Cholerne bezpieczniki… panie poruczniku – wymamrotała i wzięła głębszy oddech – Trzeba wyjść i to naprawić… – spojrzała na porucznika - I już się za to zabieram… – wzięła swoje narzędzia i ruszyła w stronę wyjścia z zamiarem znalezienia bezpieczników ciągnących energię z jakiegoś generatora – Modlić się, żeby przyczyna niesprawnego sprzętu nie leżała gdzieś dalej niż tylko w bezpiecznikach… – powiedziała wychodząc. Ręce jej drżały, ale silniejsze opanowanie Lany i porucznika działało na nią kojąco. Starała się nie patrzeć w stronę zwłok, nie zwracać uwagi na paskudnie obryzganą ścianę… i działania Smith *Zająć się pracą… zająć się pracą… tylko dzięki temu nie zwariuję…!* myślała Agnes szukając bezpieczników. Jej wzrok był spokojny, ale wewnątrz burzyła się w niej wręcz zwierzęca panika *Chcę stąd uciec! Mam dość!* rozpaczliwe głosy w głowie nie dawały jej spokoju… Coś było w bazie, coś się zdarzyło… coś przez co ten człowiek popełnił największy grzech, samobójstwo… - Cholerne bezpieczniki… – wyszeptała Katzeberg.

Travis Christie

Słyszał głos porucznika, ale nie chciało mu się w to wierzyć… spojrzał na Jesusa – Powtórz co powiedział porucznik… chyba mi się przesłyszało – zachwiał się lekko – Nie jestem pieprzoną niańką… a mam pilnować śliniącego się idioty do jasnej… argh – był wściekły a może podenerwowany. Prawdopodobnie ilość emocji które wywoływało to miejsce, robiła swoje z psychiką

Randolph Clare

-Chyba go poje..ło , czy on upadł na głowe
-Qrw. powiedz że to ci się przesłyszało albo to ja już dostaję w głowę , Trzech zawodowych żołnierzy niańczy jakiegoś pojebusa , który nigdy nie był normalny a
co dopiero teraz - bardzo zbulwersowany zwracam się do Travisa i Jesus

- Czy wy przypadkiem nie uważacie że Radzymiński stanowi dla nas zagrożenie , zwracam sie do chłopaków z strasznie szelmowskim uśmiechem

-My możemy już nie wrócić doi domu z tego gówna bo nikt nie wie o co chodzi , wszędzie tylko same trupy i krew a ja mam tu jakiegoś świra pilnować jakby nie mógł tu sam zostać

-A może to już nie nasz porucznik z nami rozmawia , przecież jasno mu powiedziałem wychodząc : Panie poruczniku , obiecałem Mendozie że wrócę do niego i pomogę mu przy Radzymińsim.Trzeba skutecznie się nim zająć , zabezpieczyć go przed zewnętrznym środowiskiem jak i przed sobą samym.- zwracam się do dowodzacego

- Jak tylko załatwię tę sprawę do przyjdziemy tu Razem Z Mendozą i możemy dalej prowadzić poszukiwania

-Na co on wyraźił zgode , co on Qrwa myśli że ja nogi na loteri wygrałem

Strasznie zdenerwowany pluje na podłogę i siadam koło drzwi odbezpieczając karabin

Jesus Mendoza

Mamy wyciągnąć go z zamknięcia, położyć do łóżka i zaśpiewać kołysankę. A, i zapewnić fachową pomoc. – w głosie Mendozy można było wyczuć wściekłość.
Fachowa pomoc, nie ma co. Wybrał najmniej odpowiednich do tego ludzi. Mnie uczono zabijać, a jak ktoś jest ranny to się woła: Medyk, medyk! Czy tego porucznika to już całkiem poje..ło. Może to miejsce jest nieco upiorne, ale przez takie zachowanie oficer tylko traci szacunek ludzi.
Jakto nie nasz porucznik, a kto, może księżycowy ludek? Dalej Travis, otwieraj te cholerne drzwi, rozkaz to rozkaz.
Mendoza mógł się nie zgadzać z rozkazem i do woli go sobie komentować, ale jeszcze nigdy w swojej karierze nie złamał oficerskiego rozkazu.

Randolph Clare
-No dobra Jesus co chcesz z tym pojebańc.. zrobić?

Jesus Mendoza

Co ja chcę z nim zrobić? – w głosie Mendozy znów można było usłyszeć nutki wściekłości – Ja tu ku…wa nie mam nic do gadania.
Cała ta sytuacja doprowadzała Mendozę do pasji. A może to miejsce tak na niego działało. Postanowił jednak zapanować nad sobą.
Zrobimy to co kazał porucznik. Weźmiemy go i położymy do łóżka, porucznik wspominał, że koło śluzy powiny być jakieś. Zresztą wyście już tam byli, powinniście wiedzieć. Travis – otworzyłeś już te drzwi?

 

Randolph Clare

-Mam to w dupie – byłem już zupełnie wśiekły i bliski niesubordynacji
-Jak chcecie to go bierzcie ja do tego ręki nie przyłoże
Mówiąc to wstaje i przygotowuje się do ruszenia w drogę

Jesus Mendoza

A rób jak uważasz.
Mendoza był już nieźle wkurzony. Wpadł do przebieralni, chwycił Radzyminskyego za “szmaty” i niemal wyrzucił go z pomieszczenia. Sam wypadł za nim, chwycił za kurtkę na plecach i na wpół pchając, na wpół niosąc, przetransportował po schodach na wyższe piętro. Tam, niezbyt delikatnie, pchnął go na najbliższe łóżko (oczywiście to z czystych łóżek).
Uff, trochę mi ulżyło – mruknął do siebie.

Randolph Clare

Podczas całego przenoszenia Radzymińskiego nie odezwałem sie ani razu .

Gdy już Radzymiński znalazł swoje miejsce w łóżku zastanawiam się co teraz dalej, czy w trójkę będziemy tu siedzieć , a może tamci potrzebują pomocy?.

-Lojalnie was uprzedzam – zwracam sie do chłopaków – że jeżeli Radzymiński moim zdaniem zacznie stwarzać dla nas realne niebezpieczeństwo to nie zawacham się go zastrzelić jak psa- odparłem juz nieco spokojniejszy tonem

Jesus Mendoza

Masz moje błogosławieństwo – czy im się wydawało, czy przy tych słowach twarz Mendozy rozciągnęła się w nikłym uśmiechu – Dobrze, czas złożyć raport.
Bzz … Panie poruczniku … szszsz … tu Mendoza … bzzz … Radzyminsky leży w łóżeczku … ziziziz … tylko, że żaden z nas nie wie … bzzz … jak się nim zająć. … szszsz … Przydałby się nam medyk. Odbiór.

 

Przez chwilę z nadajnika nie wydobywało się nic i gdy już miałeś ochotę go wyłączyć wśród trzeszczenia usłyszałeś głos porucznika – Dobrze, że to zrobiliście. Wielu z was ma rodzinę, żonę i dzieci więc nie mówcie mi, że nie wiecie jak się kimś zaopiekować. – odparł beznamiętnie starszy stopniem oficer – Słodka blondynka to nie jest, ale narazie musi wam wystarczyć. Zaraz tam przyjdziemy. – bez odbioru - – skończył porucznik odsuwając siebie i Lanę od zwłok mężczyzny, od którego nic się nie dowiedzieli.
Zaś Mendoza, Ralph i Travis zostali sam na sam z zasypiającym Jackiem…

Agnes Katzeberg

Tymczasem Agnes, która jakiś czas temu wyruszyła na poszukiwania zepsutych bezpieczników znalazła je i naprawiła. Wracając tą samą drogą, przez mróz panujący na zewnątrz kompleksu nie zwróciła uwagi na to jak zatrzasnęła drzwi wychodząc…
- Co jest?! – szarpnęła za klamkę od drzwi - Otwórzcie drzwi! – Agnes zapukała mocno, ale przez panującą wokół zawieruchę jej krzyk mógł być tak samo jak pukanie, mało słyszalny. W taki mróz i mocno padający śnieg ciężko nawet użyć narzędzi, aby dostać się do środka. Agnes miała problem i wydawało się, że jedyne co może zrobić… to mocno uderzać pięściami o drzwi…

Travis Christie

Siada na ziemi i zamyka oczy… ta sytuacja zaczyna go przerastać… oraz przerażać. Czuje się zagubiony… jego towarzysze przeszli jakąś metamorfozę… zezwierzęcenie… nie obchodziło go to. Był zmęczony chciał spać…

podpor. Lana Smith

-Cholera! – wymknęło się jej – Sir, nie jestem psychiatrą. Nie umiem pomóc Radzymińskiemu. Jakbym wiedziała jak pomóc, to bym już dawno to zrobiła. Nie jestem nawet wstanie postawić diagnozy! Dla mnie to beznadziejny przypadek.
Lana stanęła opierajac się o cokowiek co było za nią.

Jesus Mendoza

Tak jest – rzucił Mendoza do radiotelefonu, upewniwszy się wpierw, że jest wyłączony – Ja mu zaparzę ziółek, a Clare upiecze ciasteczka.
Mendoza spojrzał na Radzyminskyego. Leżąc na łóżku wyglądał jakoś tak niewinnie i bezbronnie. Widok ten “rozbroił” nieco Mendozę. Opuścił lufę swojego karabinu, przeszedł kilka kroków i usiadł na jednym z wolnych łóżek. Mimo wpół leżącej pozycji, nie spuszczał wzroku z Radzyminskyego, a i jego ręka wciąż spoczywała w pobliżu spustu.

Agnes Katzeberg

*Jedyna nadzieja w tym, że w końcu zauważą brak mojej obecności…* pomyślała Agnes pozostawiona sama sobie na mrozie. Dziewczyna rozpaczliwie zaczęła rozglądać się za jakimś innym, bardziej oryginalnym wejściem do budynku. Może uda jej się wejść gdzieś indziej, byle by nie siedzieć dłużej tutaj.

Przepełniony ponadto emocjami i dawką stresu Jack zasnął niewinnie kuląc się w łóżku. Niczym w przypadku drącego się w niebogłosy niemowlęcia tak samo i tutaj ucieszyło was, że macie wreszcie spokój.
Travis przykucnął i oparł się o łóżko tuż obok Radzyminskiego. Musiał przy nim czuwać, taki był rozkaz. Szalony rozkaz? A może przełożony nie wie co robi? A może to tylko wyobrażenia wyssane z palca i wzorowane na filmach s-f gdzie główną rolę pełnił sławny alien, u którego dało się wyszczególnić wyjątkową dbałość o zęby.

Lana, która już praktycznie zrobiła to co mogła i olała resztę rozkazów dała sobie spokój dając do zrozumienia porucznikowi, że cała załoga chce się stąd wyrwać i to jak najszybciej.

Kiedy rzypomniało im się, że kluczem do dania dyla z tej stacyjki jest skontaktowanie się z bazą. Agnez powinna niebawem wrócić.
Racja…
Słabe trzaski wydobywały się z drzwi wyjściowych do wieży radarowej. Mechanik ma problem z powrotem na pokład.

Travis Christie

Powoli otwiera zmęczone i obolałe oczy. Spogląda po towarzyszach. Czeka na jakąkolwiek reakcję z ich strony… na jakąkolwiek racjonalną reakcję… “Czemu tutaj… nie chcę… to miejsce, źle na nas wpływa“… znów przymyka oczy. Chce spać, ale nie może, coś nieustannie plocze się w jego głowie, otwiera nagle oczy - Udało się wreszcie nawiązać kontakt?

 

Randolph Clare

Poprzez siedzenie przez dłuzszy czas w jednym miejscu normalny człowiek trochę by wyluzował ale nie ja jestem tak wkurzony że z chęcią bym komuś przyłożył . – pomyślałem gdy z odrętwienia wyrwał mnie głos Travisa.
Z wyrażnym wysiłkiem spojrzałem na niego ale sie nie odezwałem

Jesus Mendoza

Mendoza rozluźnił się nieco widząc śpiącego Radzyminskyego. Z nudów zaczął rozkładać i składać swój karabin, tak jak uczono go na szkoleniu. Lecz jego czujny wzrok i tak co chwila wędrował w kierunku śpiącej postaci.

Lana Smith

Zaczęła zmierzać w stronę drzwi, przez które jakiś czas temu wyszła Katzeberg.
- Czy on… – wskazała na zwłoki – …powiedział coś zanim tu przyszłam ?
Podeszła do drzwi, w które ktoś najprawdopodobniej pukał, otworzyła je. Spojrzała na zziębniętą Katzeberg.
- Naprawdę, nie pomagasz próbując zrobić z siebie mrożonkę… – powiedziała bez emocji.
Czuła się bezradna i źle jej z tym było. Nie dawała jednak oznak tego.
Wróciła do zwłok i zaczęła z dystansu przyglądać się im. Po głowie chodziło jej wiele myśli, ale starała się nie dopuszczać do siebie wizji zakończenia życia w tym ponurym miejscu. Zaczęła przypominać sobie to, co widziała podczas ‘prowizorycznej’ ? sekcji *O czym ja myślałam… Przecież jakby ktoś próbował wysadzić kogoś… od wewnątrz to dookoła byłoby pełno porozdzieranych brakujących tkanek miękkich… to raczej wyglądało jak… – złapała się za czoło i zamknęła oczy, poczuła się nagle dziwnie słabo, ale to był tylko chwilowy stan – … Jakby ktoś albo coś usunęło je ostrym narzędziem… jednak poszarpana rana bardziej wskazywała na … wygryzienie… – powiedziała to cicho, sama do siebie i sama nie mogła uwierzyć w to, co mówi.
- Ale, po co ktokolwiek by to robił… – powiedziała już normalnie spoglądając znowu uważnie na zwłoki, ze szczególnym uwzględnieniem okolic pasa. *‘Uciekajcie, albo się dowiecie wszyscy…Na sobie’ – te słowa nie dawały jej spokoju.

Agnes Katzeberg

- Dzięki – Katzeberg skwitowała Lanę, nie miała najmniejszej ochoty na żarty *Przecież jeszcze przed chwilą nie mogłam otworzyć tych cholernych drzwi… otwierane od środka…* pomyślała Agnes, gdzieś w jej głowie myśli tłukły się ze sobą dawając dziewczynie do zrozumienia, iż najwyższa pora stąd uciekać…

- Bezpieczniki naprawione panie poruczniku – spojrzała na mężczyznę, jej głos był bezceremonialny, zimny i pusty jak miejsce, w którym się znaleźli.

Drzwi z niesłyszalnym skrzypem otworzyły się w krainę świstów. Niesamowity przymrozek. Aż sam kożuch na Agnez zaczął się trząść z zimna. Daniel przez dłuższą chwilę przyglądał się zmarzniętej i niewinnie wkulonej w skórę pani mechanik. Zupełnie jakby zapomniał, że obok znajdują się zwłoki.
Przyżegnał się nad samobójcą. Widać iż był w wielkim zakłopotaniu i nie mógł już dalej udawać twardego porucznika. Zaciągnął zwłoki w kąt.
Zajął się korbką obok sprzętu nadajnikowego i szybko wyjął stary mikrofon z kablem, który obrośnięty był mchem pokrywającym taśmę izolacyjną w wielu miejscach.
Widać dawno nie było tu żadnej grupy od wymiany, a i wilgoci tu nie brakuje.
Antena widocznie nadal działała. Porucznik zaczął monolog i w naiwności swej wierzył, że ktoś to usłyszy. – Tu zero, zero, zero, jeden, pięć. Grupa eta z sił rezerwowych wywiadu. Mówi major Daniel O’Mannley, zagrożenie drugiego rzędu. Proszę o natychmiastową asystacje. – bez odbioru - – Nadzieja matką głupich… Powtórzył ten sam komunikat na wyższej częstotliwości i jeszcze raz. Nie otrzymując odpowiedzi ze złością uderza o blat. Stoi zgarbiony nie mogąc patrzeć na dwie panny w pomieszczeniu. Czyżby poczuł ten wstyd, który pojawia się przy bezradności przełożonego? Nadzieja umiera zawsze ostatnia…

* * *

Wśród trójki strażników pilnujących Radzymińskiego zaczął się unosić nieprzyjemny zapach… moczu.

Lana Smith

Po raz kolejny, może to z nerwów, znudzenia albo przez intuicje, podeszła do zwłok.
Teraz już w pełnym opanowaniu zaczęła przyglądać się im.
- Czy mógłby mi ktoś tu pomoc, chce przyjrzeć się lepiej jego ranom… ale trzeba go przekręcić na plecy, żebym mogła to zrobić… spojrzała na pozostałych.

Agnes Katzeberg

Niechętnie spojrzała na zwłoki mężczyzny, co też za tajemnice skrywał w tej chwilli jego mózg… – Pomogę ci – odrzekła po chwili zastanowienia. Powoli zbliżyła się do Lany, był to może wynik spokojnej natury Agnes, a może porządnego mrozu, który jeszcze przed chwilą miała okazję zapoznać ze swoją skórą.

Kobiety wolno przewracały mężczyznę na plecy.

- Nie Anges. – odparł pewnie porucznik – Ty już spełniłaś swe zadanie. – dodał, a te słowa były naprawdę miłe i pocieszyły cie. Wreszcie jakieś uznanie po środku lodowej pustyni – Usiądź i zajmij się tym sprzętem. – wskazał na radiową aparaturę składającą się z nadajnika i sprzętu odbiorczego, a także ekranów do wizji, sensorów…

Sam podszedł do zwłok. I sprawnie przewrócił zesztywniałe cielsko jak metalową belę. Ten pokaz siły zaimponował obu paniom, które chodź w wojsku od paru lat, dawno nie widziały takiej męskości w ciężkich warunkach. Czerwony na twarzy wstał i począł przyglądać się pracy Agnes co nieco ją krępowało.

Zwłoki mężczyzny mówiły same za siebie. Niesmaczny widok bladej twarzy był niczym w porównaniu do oczu… Pustych białek, które dalej miały za sobą pustą przestrzeń.

Najprawdziwszy mózg ociekał z krwią na ścianie…

Lana Smith

Schyliła się nad zwłokami. Sprawdziła puls, choć to było działanie typowo odruchowe, nikt z takimi uszkodzeniami mózgu nie przeżyje… Ewidentnie był martwy. Rozpięła grubą kurtkę, jaką miał na sobie denat i ubranie pod nią.
- Przed śmiercią… – zaczęła powoli – …wyraźnie cierpiał z powodu bólu umiejscowionego partii brzusznej… Widzieliście jak trzymał się za brzuch? – zapytała na koniec, ale jakby nie do końca oczekiwała na odpowiedź.
Przyłożyła obie dłonie do brzucha. Ucisnęła palcami, aby przebadać jamę brzuszną.
- Nie wiem jak to zinterpretować… – powiedziała – …wyczuwam dziwne skurcze i niejednostajne pulsowanie tej części jamy brzusznej… – zabrała ręce – Jeszcze czegoś takiego nie widziałam… nie wydaje mi się to normalne…

Agnes Katzeberg

- Dziękuję – odparła porucznikowi. Następnie według rozkazu zasiadła przy aparaturze. Jednym uchem słuchała co mówiła Lana, zaś całą resztę swej uwagi skoncentrowała na sprzęcie przed sobą. Gdyby nie fakt, iż jej praca była cały czas nadzorowana poczułaby się niemal jak na zwyczajnym domowym przeglądzie urządzeń elektronicznych.

Katzeberg sprawdzała przewody, podłączenia i przyciski. W głębi siebie zaczęła nienawidzieć to miejsce…

- Co jest Lana? – zapytał porucznik zaniepokojony twoimi słowami. Wszystko go interesowało, a już na pewno wasze bezpieczeństwo. Podszedł z twarzą pełną niepokoju i przykucnął obok ciebie przy zwłokach. Mina symbolizowała oczekiwanie na odpowiedź. – Słucham? – żądał wyraźnie wyjaśnień.

* * *

Agnes zaniepokojona burdelem jaki panował w przewodach z nerwami wszystkie je odłączyła i postanowiła jak pedantka je poukładać. Po dłuższej chwili natrafiła na kable, które pokryte były czymś gęstym i mało widocznym i nie do wytarcia. Śluzem, maścią…

* * *

Radzyminsky nawet zaczął się turlać po ziemi na plecach. Patrząc prosto przed siebie omiatał wzrokiem zszarały od tytoniu sufit. Bełkotał, aż w ustać wśród śliny panowało bulgotanie. Nie wiedzieliście co robić. Baliście się…
Przewrócił się na lewy bok i zwymiotował chyba wszystko co zostało mu w żołądku…
Okropny widok.
Po szybkim zajściu Radzyminsky ciężko dyszy. Wydawało się wam iż powiedział szeptem coś w stylu “Kurwa mać”. Chyba jedyna radosna dziś wiadomość. Najczęściej używany przez niego zwrot wybił się na szczyt myśli w jego mózgu przepełnionym adrenaliną i innymi substancjami lęku.

Travis Christie

Pociągnął nosem. Następnie rozejrzał się po sali, jakby rozbudzony nieco nieprzyjemnym zapachem -Który… - powiedział nieco zirytowany i zniechęcony. Tak naprawdę chyba też znał odpowiedź, bo jego wzrok padł na pilowanego przez nich człowieka.

Randolph Clare

Co za kutas - – wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Nie dość że gnijemy w tym syfie i pilnujemy tego gnoja to jeszcze zasmrodził całe pomieszczenie. Juz nie potrafiłem skrywać irytacji i podenerwowania. Może też i trochę strachu. Wszystko skupiało się na leżącym człowieku. Podnoszę się z miejsca i idę do drugiego pomieszczenia ale w taki sposób żeby mieć cały czas na oku Radzymińskiego.

Agnes Katzeberg

- Ble… – wyrwało się Agnes kiedy natrafiła na dziwny śluz pokrywający kable – Panie poruczniku, mamy tu coś dziwnego – powiedziała powoli przyglądając się przewodom. *Chyba nie używali tego do konserwacji? To nie jest normalny smar* dziewczyna zastanawiała się nad sensem nacierania przewodów takim paskudstwem.
- Wygląda jak jakaś maź – powiedziała do zebranych w pomieszczeniu – To nie jest smar – wzruszyła ramionami. Agnes było teraz zimno i zdecydowanie nieprzyjemnie, poliki piekły ją od mrozu, a palce pomimo, iż były na nich rękawice porządnie zmarzły na powietrzu… i to: dziwne paskudstwo pokrywające kable. Katzeberg przeszły dreszcze.

Lana Smith

- Jeszcze nie wiem… – odpowiedziała niepewnie. – Co to ma być ?! – prawie krzyknęła i odsunęła się od zwłok.
- Nie mam pojęcia, nad czym oni tu pracowali… Gdyby była to kobieta to nic dziwnego… ale to jest FACET… a TO COŚ kopnęło ! – powiedziała zszokowana do porucznika, cały czas nie spuszczając ze wzroku denata.

Porucznik odskoczył bezwarunkowo przestraszony agresją i strachem Lany. To musiało być coś poważnego. Zdał sobie sprawę. – Cokolwiek… to jest… – zastanawiał się jak to określić. Czyżby zaczął wierzyć? – Wyrzucimy te zwłoki na mróz. Zrzucimy z dachu. Pomożesz mi w tym Lana. – zdenerwował cie rozkaz zetknięcia się z mrozem, ale kto mu pomoże jak nie ty? – Ty za nogi. Ja za bark…

Lana Smith

Wstała i wyprostowała się. Po głowie chodziło jej tysiąc myśli. Dopiero po chwili doszło do niej, że słowa porucznika to nie prośba, a rozkaz.
- Dobrze… ale najpierw daj mi broń… albo sam to zrób…

Jesus Mendoza

Mendoza skrzywił się, kiedy pomieszczenie wypełnił odór moczu. Nie odezwał się ani słowem, ale przestał bawić się karabinem i z większą uwagą spojrzał na Radzyminskyego. Gdy ten rozpoczął swój “taniec” na podłodze, Mendoza odsunął się jak najdalej od niego, kierując w stronę chorego lufę swojego karabinu i uważając, by mieć czyste pole do strzału.

Plusk!

Usłyszeliście pluśnięcie we na płytkach na podłodze. Tuż przy posiniałej twarzy Radzyminskiego. Dziwny, podróżny, flegmowaty na kształt glisty ludzkiej kształt wystrzelił w stronę ciemnej toalety.

Mendoza pół przerażony poczuł jak zabolały go końce wszystkich członków i kończyn od tego poteżnego impulsu. Serce szybciej było. Ułamek sekundy później nacisnął spust. Pociski odbiły się od płytek.

Coś schowało się za drzwiami.

Krzyk Radzyminskiego. Krzyk bólu.

Ta akcja trwająca krócej niż sekundę wyrwała z drzemki Travisa i Randolpha.

* * *

- Przecież masz broń… – odparł porucznik dotykając twego prawego boku. Wiedział gdzie trzymasz pistolet. Mimo iż chciał ci to wszystko uświadomić, ten dotyk spowodował u ciebie ciepły dreszcz czułości. Idiotyczne uczucie szybko minęło.

Lana Smith

Odruchowo spojrzała na porucznika. Na chwilę zapomniała, po co w ogóle potrzebowała broń…
- …Aaa… Tak wiem… – sięgnęła ręką do prawego boku i odsunęła rękę porucznika. – …To pewnie… przez ten stres… – dokończyła spuszczając wzrok na zwłoki, ręką dotknęła rękojeści jakby jeszcze raz chciała upewnić się czy broń tam na pewno jest.
Po krótkiej chwili ciszy podeszła do zwłok od strony stóp i lekko się schyliła.
- Wynieśmy TO na zewnątrz -

Porucznik pewnie pochwycił delikwenta za barki i zajął się jego wynoszeniem pierwszy wchodząc na oblodzone schody. Miał taką siłę iż właściwie nie musiałaś mu pomagać, ale gwoli spełnienia obowiązku doniosłaś te zwłoki pod drzwi. Wejście drgało i trzęsło się pod naciskiem wiatru i śniegu. Mróz przesiąkał przez stalowe płyty i kożuch do waszej skóry, zaś to…
Świst niczym złowieszczy szept przesiąkał powietrze. Porucznik poczuty do obowiązku powiedzenia czegoś w stypie westchnął i zamknął oczy poddając się refleksji. Poczułaś, że wypadałoby również to uczynić. Po minucie ciszy odparł. – Dzielny człowiek. – Jego spojrzenie było spokojne, lecz brwi lekko dygały. Otworzył w milczeniu drzwi na świat mrozu. Lodowate i żrące powietrze szczypało was w resztki odsłonionej skóry. Porucznik wyciągał ciało, aby połączyło się z ziemią. – Gdybyśmy wiedzieli co siedziało w jego głowie… – w tym momencie klatka piersiowa zwłok wypukliła się i usłyszałaś chrzęst i pęknięcie kości. Coś pod skórą podeszło bardzo szybko aż do gardła. Sina głowa napęczniała i w tym momencie klatka piersiowa i gardło pękło tryskając spektakularnie krwią we wszystkie strony. Kożuch jak i twarz Lany był obity krwią i resztkami narządów wewnętrznych. Przez moment wydawało ci się iż znowu ciało na ciebie spojrzało…
Usłyszeliście… odgłos zwierzęcia…
Było to połączenie odgłosu małego jastrzępia połączone ze skrzekotem żaby, poprzez skowyt wilka, na pisku nietoperza kończąc. Serce biło coraz szybciej. Z trudem zaczęłaś łapać oddech, a każdy kolejny był coraz trudniejszy. Ciężko przełykasz ślinę niemal się krztusząc. Ręce niemal odmawiają ci posłuszeństwa, a nogi paraliżują. Chcesz krzyczeć, ale nie możesz. Coś ci nie pozwala, dusisz się… Drżenie wentylatorka wydaje się docierać jakby z zaświatów. Słyszysz tylko jego echo. To co znajduje się przed tobą jest zasłonięte przez łzy. Widzisz tylko czerwoną, trzęsącą się galaretę…

* * *

Agnes usłyszała krzyk…

- Kurw…….. – z duży przestrachem i zdenerwowaniem wyrzucił słowa z siebie Randolph.
- Mendoza uważaj bo nas pozabijaszco to było do kurw.. nędz…
Skinał na Mendoze aby ubezpieczał lewą strone a sam posuwał się po prawej .
-I co ty na to – zwrócił sie do towarzysza – musimy uważac żeby to nie wlazło w nas , tak jak w Radzymińskiego

Jesus Mendoza

- Ku.wa widzieliście! Co to było?
Mendoza skierował lufę w stronę toalety. Powoli ruszył skrajem pomieszczenia pilnując, aby nie wejść Clare na linię ognia, a jednocześnie by mieć w zasięgu wzroku jak największą przestrzeń.
- Ma któryś latarkę? Nie chcę wdepnąć w jakieś gó..no!

 

Agnes

Kiedy usłyszała krzyk stanęła na równe nogi, atmosfera zaczęła przybierać klimaty taniego horroru. Co dziwne Agnes zazwyczaj śmiała się takowych projekcji, tym razem jednak… nie było jej do śmiechu, nie po tym wszystkim czego musi doświadczać na tymże pustkowiu. Agnes wyjęła pistolet, uznała, że nie będzie dłużej bawić się w żadne ucieczki – postawi na swoim cokolwiek się stało. Nie zaskoczy ją żaden trup, ani śluz. W końcu jest w wojsku.

Ruszyła pewnym krokiem w stronę z którego dobiegł krzyk. Kurczowo trzymała w dłoni broń, była tym razem doświadczona, wiedziała czego może się spodziewać…

Daniel O’Malley

Krew jej zapach, smród.. łkanie.. Lana.. czerwień - co… – uderza w niego, odbija się.. ucieka w zamieć. O’Malley odwraca się, dusi karabin spoconymi dłońmi.. jego nerwowe oczy wpatrują się w białą pustkę w poszukiwaniu.. Smuga krwi.. ciągnie się i znika w nicości na granicy jego wyobraźni. Zimny karabin tańczy w jego drżących rękach, powietrze kuje w twarz swoim chłodem. Serce milknie, umysł milknie a wiatr krzyczy.. Lana.. krzyczy. Robi krok w tył, potem drugi. Noga zahacza o coś miękkiego, ciało. W głowie słyszy ten dźwięk, odgłos tego.. czegoś! Chwyta za drzwi i całą siłą jaką tylko mógł w to włożyć zatrzaskuje je. Chrzęst łamanych kości. Ciało! Jak mógł o nim zapomnieć. Wiatr świszczy a otwór wydaje się idealny by przeszło przez nie.. coś. Wyprzedzając swoją świadomość i wyobraźnie odpycha nogi. Zamyka drzwi a pół-głuchy odgłos oznajmia jego sukces. Pada na kolana – ..co… co to… – przerywa nie mogąc złapać tchu. Smród krwi.. łkanie – ..Ag… Agnes! – wrzasną resztką sił.

Lana Smith

Łomotanie serca i świszczenie łykanego powietrza do płuc to był jedyny odgłos słyszalny dla niej. Usta otworzyły się odruchowo w celu wydania krzyku, jednak jedyne, co przyniósł to smak krwi, cierpki smak.
Przed oczami miała widok patrzących się na nią oczu trupa, jednak obraz rzeczywisty zasnuty był czerwono-różową mgłą.
Chciała krzyczeć, w tej chwili uważała to za jedyną rzecz, która może jej pomóc, ale nie mogła. Powodowała to u niej uczucie bezradności jednak zarazem w głębi czują z tego powodu złość na samą siebie i na brak kontroli nad własnym ciałem.
Zdawało jej się, że jej ciało powoli się osuwa i pod kolanami czuje twarde podłoże.

Agnes Katzeberg

Usłyszała przeraźliwy krzyk, który przeszył ją dreszczami i strachem. Rozpoznała do kogo należał – porucznik O’Malley. Był teraz wraz z Laną pozbyć się ciała nieszczęśnika, co mogło pójść nie tak w takim zadaniu? Agnes zbliżając się do celu odczuwała zakłopotanie, nie miała pojęcia co też mogło wywołać tak przerażający, lekko zdławiony wrzask. Kobieta była mniej pewna tego czego może się spodziewać, lecz nie powstrzymywało ją to przed pójściem i zbadaniem sytuacji. Trzymając wciąż broń zbliżała się do miejsca, z którego dobiegł ją głos. Agnes szła ostrożnie i jak na naglącą sytuację dość wolnym tempem.

- Poruczniku?! Lana?! – zawołała w przestrzeń przed sobą, aby sprawdzić czy załoga odpowie. Niestety Agnes nikt ani nic nie odpowiedziało, jedynie głucha cisza…

Daniel O’Malley

* spokojnie.. uspokój się.. weź się kurwa w garść! Wiesz dobrze, że nie możesz się bać.. * podniósł wzrok z ziemi * Jesteś oficerem, więc zachowuj się jak oficer! * starł kciukiem krew z jej twarzy – L.. Lana? – poczuł jak puste oczy, mimo iż skierowane na niego wpatrują się gdzieś.. indziej – Lana.. Otrząśnij się! – otwartą dłonią uderzył ją w twarz. Wstał. Wyciągnął radiotelefon – Mendoza. Tu O’Malley , macie natychmiast wrócić się na nasze pozycje! Bądźcie ostrożni, tam.. coś jest. Nie warzcie mi się nie zabierać Radzyminskiego! Uważajcie na siebie. Koniec odbioru. -

Jesus Mendoza

Mendoza nie zdejmując palca ze spustu swojego karabinu, drugą ręką sięgnął po radiotelefon.
- Tu Mendoza – głos Mendozy był przyspieszony i lekko drżał – panie poruczniku, my też tu coś mamy. To … to chyba … wyszło z Radzyminskiego.
Kurczę, to zabrzmiało jak w kiepskim horrorze.
- Uciekło do kibla … pilnujemy wejścia … ale nie mamy światła. Odbiór!

 

Daniel O’Malley

* cholera * zacisną rękę na radiu – Macie się natychmiast wycofać, to jest kurwa rozkaz! – czuł jak jego serce zaczyna tańczyć odrobinę szybciej. * Co tu się dzieje.. Gdzie do cholery jest Agnes *

 

Jesus Mendoza

Mendoza podniósł radiotelefon do ust.
- Tak jest, przyjąłem! – rzucił krótko.
- Christie, Clare, słyszeliście? Mamy się wycofać. Radzyminskiego zostawiamy.
Mendoza ruszył tyłem w kierunku schodów, wciąż kierując lufę w stronę drzwi za którymi zniknął dziwny stwór. Z jednej strony czuł ogromną ulgę, że nie musi sprawdzać co to było. Z drugiej niepokoiły go słowa porucznika, które wskazywały, że tam gdzie się udają też nie jest wcale tak bezpiecznie.

Agnes Katzeberg

Agnes, była, owszem, lecz dopiero na schodach prowadzących do drzwi na zewnątrz. Poruszła się wolno i ostrożnie. Po głowie chodziły jej dziwne myśli… zastanawiała się co też przydarzyło się Smith i porucznikowi, dlaczego krzyczą, dlaczego tu nikogo nie ma… kto popełnił morderstwo, dlaczego Radzyminsky postradał zmysły, czemu żadne urządzenie nie działa… dziewczyna poczuła na sobie ciężar pytań, na których odpowiedzi było wiele, lecz czy były prawdziwe? Może to jedynie domysły?
Z bronią w ręku Agnes zbliżyła się do drzwi, za którymi gdzieś na przeraźliwym zimnie tkwią ludzie z jej załogi. Cała metalowa konstrukcja ścian otaczających ją zewsząd trzeszczała głucho pod napływem mrozu i wiatru. Dziewczyna w milczeniu otworzyła drzwi i ujrzała… widok podobny do poprzedniego. *Krew* przeszło przez głowę Agnes, kobieta czuła, że jeżeli ma być wkrótce następna ofiara szaleństwa… to napewno będzie nią ona sama… Stanęła jak wryta w ziemię nie wiedząc zupełnie jak ma się zachować. Z niewyraźną miną przyglądała się Lanie, następnie porucznikowi… wszędzie krew… Smith najwyraźniej traciła przytomność.
- Co to ma znaczyć? – Agnes nie mogła uwierzyć własnym oczom, zaczynała obawiać się własnych znajomych. Czyżby wszyscy zaczynali tracić rozum? Z przerażeniem w oczach kobieta spoglądała na O’Malleya, bała się… bała się nawet zapytać o to co się tu stało.

Randolp Clare

- Jesus – krzyknał głośno w kierunku wycofujacego sie kolegi.
-Z tego co słyszałem przez radio to mielismy zabrać Radzymińskiego. Trzeba sprawdzic czy żyje.. Daj mi nadajnik
Mówiąc to cały czas spogląda na łazienkę.

Jesus Mendoza

- Masz swój – odparł Mendoza również nie spuszczając wzroku z drzwi łazienki.
- Nie wiedomo ile tego pieprz…nego czegoś jeszcze w nim siedzi. Jak chcesz to go zabieraj. Tylko trzymaj go ku…wa z dala ode mnie.
Mendoza starał się gniewem zamaskować uczucie przepełniającego go strachu. Nie za bardzo mu to wychodziło.

Daniel O’Malley

Dźwięk zbliżających się ludzkich kroków podziałał kojąco na jego nerwy. Katzberg wkroczyła do pokoju a on począł w duchu dziękować za to swojemu bogu. Nic jej nie jest. Ale.? Czemu tak na mnie patrzy. Zrobił krok w jej stronę. Cofnęła się na dwa. Słyszał jak palec delikatnie drga na spuście jej pistoletu – Agnes – krok w przód, dwa kroki w tył – spokojnie – w pokojowym geście wyciągnął przed siebie dłonie – patrz na mnie Agnes, uspokój się. Nie musisz się mnie bać. Proszę odłóż tą broń. – krok w przód, dwa kroki w tył.

Agnes Katzeberg

- Co jej zrobiłeś? – spytała Agnes, najwyraźniej przestała ufać O’Malleyowi. Widać było jak bardzo starała się skupić, zebrać myśli… lecz krew, krew i zamęt, wszystko to działało jak koszmarny impuls, który nie przestawał przeszkadzać głowie racjonalnie myśleć. Dłoń kurczowo trzymała pistolet, starczyłaby chwila aby kula w środku wystrzeliła prosto w porucznika. Jednak dziewczyna wykonała niepewny ruch do tyłu, zawahała się… i wyrzuciła broń przed siebie łapiąc się za głowę. *Co ja wyprawiam!* nawrzeszczała na siebie w myślach. Zupełnie tak jakby została ogłuszona, chwiejnym krokiem Agnes podeszła do ściany i oparła się o nią. Powstrzymywała łzy. – Przepraszam… – rzuciła w stronę przełożonego – Nie wiem co mnie napadło, to chyba przez to miejsce… – wzięła oddech, ręcę Agnes zaczęły drgać ze zdenerwowania – Jestem tym wszystkim zmęczona, co z Laną? I skąd… krew? – zapytała. Stojąc tak pod ścianą i wyżalając się zaczęła przypominać małą dziewczynkę, która dopiero co zbiła wazon.

Randolp Clare

-Ja wcale nie mam zamiaru go zabierać – rzekł Randolph. Znasz mój stosunek do niego.

- Ale wydawało mi się że porucznik wyraźnie powiedział żebyśmy wzieli go razem z nami.

-Więć podejdę zobaczyc czy żyje i będziemy mogli spokojnie powiedziec porucznikowi że zostawiliśmy trupa,tylko kryj mnie ogniem w razie czego, idę. Mówiąc to powoli podchodzi do Radzymińskiego szukając będąc przy nim jakichkolwieg oznak życia. Robi to oczywiście bardzo, bardzo uważnie będąc przygotowanym na każdą okoliczność.

Jesus Mendoza

- Ok, Christie – pilnuj drzwi od kibla a ja będę miał na oku naszego przyjemniaczka.
Mendoza przeszedł kilka kroków, aby móc dobrze widzieć, co się dzieje z Radzyminskym a jednocześnie aby przypadkiem nie postrzelić Clare.
- Clare, możesz działać.
Mendoza nie miał najmniejszej ochoty zabierać Radzyminskyego. Słowa Clare troszkę go uspokoiły. Tak będzie najlepiej. Stwierdzą zgon i zostawią trupa. I będą z czystym sumieniem mogli pójść do porucznika, gdzie jest miło i bezpiecznie. Czy aby na pewno bezpiecznie?

Pośród tego lodowatego piekła, niecałym dwóm czy trzem godzinom szaleństwa i biegu przez chory świat, nie było problem podjęcie decyzji, aby zostawić tu towarzysza. Niech zdycha w imię większego dobra jakim jest życie pełnosprawnych ludzi. Zero współczucia. Nazizm.
Dewastacja stacji dobiegała końca. Nie było tu nic poza wolą ucieczki. Ucieczki nawet na pustynię piekącego mroku.
Mendoza bez współczucia nie może doczekać się końca chwili, w której Clare podchodzi do “zwłok”, aby stwierdzić zgon bez względu na to, czy jegomość da oznaki życia czy nie.
Randolph powoli i jeszcze wolniej kroczył, aż nie mogąc znieść napięcia podbiegł bliżej. Leżący na podłodze, opierający się o ławę Jack zażygał szyję, mundur i część zimnych jak lód kafli na podłodze. Clare zdjął rękawicę z sinej, spoconej dłoni, którą przyłożył do suchej części szyi Radzyminskiego, który cały czas lekko dyszał, lecz w najlepsze drzemał. Z pewnością był w lepszym miejscu, zdala od Antarktydy. Puls… był wolny. Malał.

Daniel O’Malley

Serce porucznika zaczęło powoli uspokajać się i zwalniać z rozrywającego pierś tempa, do przyspieszonego stanu zdenerwowania. Patrzył się w oczy chyba prawie oszalałej Agnes, po czym na leżącą przed nim broń, którą wyrzuciła. Po dłuższej chwili milczenia odezwał się wolnym głosem, który lekko drżał jeszcze po tym, co żołnierz zobaczył niedawno.

-Katzeberg, już wszystko dobrze. Weź się w garść i uspokój. Potrzebuję cię sprawną.- Na jego twarzy zawitał wymuszony uśmiech, który mógł znaczyć, że zaraz zostanie wypowiedziany kiepski żart.- Dwóch Radzyminskich jednego dnia to dla mnie za dużo.

O’Malley następnie odwrócił się do Lany. Wyglądało na to, że była w jeszcze gorszym stanie, niż mechanik. To, co zobaczyła musiało nią wstrząsnąć poza granice wytrzymałości. Wyglądała podobnie do drugiego medyka, który najwyraźniej kompletnie odszedł od zmysłów.
“Jasna cholera”. Czyżby Radzyminsky zobaczył to samo? Przed oczami O’Malleya znów stanął widok tego “czegoś” za drzwiami. Porucznik nie miał nawet pewności co to było. Wszystko zdarzyło się szybko i nagle. A on sam zareagował jak kompletny żółtodziób. Paniką i utratą zdolności bojowej. Skarcił siebie za to w myślach. Wiedział, że będzie sobie to wypominał jeszcze długi czas. Jednak teraz ważne było zebranie do kupy oddziału i upewnienie się, że wszyscy są, przynajmniej chwilowo, bezpieczni.

-Podporucznik Smith.- Powiedział twardym głosem, takim, jakiego sierżanci w bazach szkoleniowych używają by postawić na nogi cały pluton rekrutów.-Wstawać na równe nogi żołnierzu! Już!- O’ Malley miał nadzieję, że to obudzi ją z szoku. W przeszłości, porządne ryknięcie często skutkowało…

Agnes Katzeberg

Agnes stała pod ścianą najwyraźniej nie w pełni świadoma tego co się z nią działo. Czuła jak coś zaczyna zjadać jej umysł, żeby tylko mogła coś na to zaradzić… Spojrzała dziwnie smutnym wzrokiem na broń leżącą na ziemi. *Jak blisko byłam żeby skończyć ze sobą? A może nadal jestem…* rozmyślała *Potrzebuję ciszy i spokoju, chociaż na moment* kobieta “zjechała” plecami po ścianie, aż wreszcie przycupnęła przy tej zimnej powierzchni. Miała ochotę płakać, krzyczeć i uciekać stąd jak najdalej. Miała zbyt słabą psychikę by dawać sobie radę z takimi obrazami. *Gdzie do cholery są wszyscy?* Agnes nie zauważyła nawet jak myśli same wpadły jej na język – Gdzie do cholery są wszyscy?! – krzyknęła i schowała twarz w dłonie. Głos rozległ się po otoczeniu przebijając się przez gęstą zamieć.
O’Malley’owi mogło się wydawać, że pytanie Katzeberg dotyczyło reszty załogi… tymczasem dziewczyna borykała się ze swoimi myślami w czterech ścianach jej własnego świata.

Nagle z nadajników radyjnych wysyczało drżenie i szum. Nieskończony szum ustawionej na wysoką częstotliwość antety. Wydobyłsię stamtąd zbawczy głos. Głos, który zwiastował nadzieję. Niczym wąskie źródełko po środku pustyni płynące po horyzont. – … -//- tzzt -//- grupa Eta, słyszycie -//- tzzt -//- – masa zniekształceń przerywała głos. Baza wreszcie nawiązała nietrwały kontakt.

Agnes Katzeberg

Znajomy szum radiostacji był jak tysiąc krzyków, budzików i znaków prosto z nieba. Agnes przetarła oczy, rozejrzała się uważnie nasłuchując. Niemal identycznie zareagowałby chyba każdy w jej sytuacji.
- Radio?! – Katzeberg podniosła się na równe nogi – To radio! Radio! – Agnes zapomniała o wszystkim: o Lanie, O’Malley’u, resztkach zwłok (krwi), o tym jak dosłownie przed sekundą była załamana. A może ten szum był tylko w jej głowie? Dziewczyna jak najszybciej mogła znalazła się przy radiostacji, liczył się czas, liczył się jak nigdy. Katzeberg minęła korytarze i dopadła radia, a wyglądało to tak jakby je zaatakował dziki zwierz.
- Tu grupa Eta, słyszymy was! Mówi Katzeberg, wzywamy pomoc! Mamy problem! Jesteśmy w zagrożeniu! Błagam, przyślijcie pomoc! – Agnes zaczęła kombinować z częstotliwością powtarzając błagalny komunikat kilkakrotnie – Błagam, przyślijcie pomoc! Tu są zwłoki i krew! Nie ma nikogo prócz tego… – Katzeberg zaczęła połykać łzy…

O’Malley powstrzymał w sobie chęć natychmiastowego biegu za Katzeberg. Chciał się wydostać z tej przeklętej zamarzniętej bazy nie mniej niż ona, jednak wiedział, że to jeszcze nie koniec. Nie dla niego. To miejsce było celem jego misji, misji, której jeszcze nie wykonał…

-Podaj im zwięźle naszą sytuację i zarządaj wsparcia na moją autoryzację! Potrzebujemy ewakuacji dla rannych i specjalistycznego sprzętu!- Wykrzyczał w stronę wbiegającej po schodach Agnes.

O’Malley wypuścił ciężko powietrze z płuc i podszedł do podporucznik Smith. Nie mogła zostać sama w takim stanie. Porucznik podniósł ją z ziemi i przewieszając jej ramię o swój kark, ruszył z nią w stronę radia, po części wlekąc, po części wspierając na sobie. Po drodze wyjął z kieszeni krótkofalówkę i po przekręceniu zębami włącznika skontaktował się z resztą drużyny.

-Co do kurwy nędzy tak długo? Ruszajcie swoje dupy!

Zakłócenia i dziwne impulusowe dźwięki szarpania strun towarzyszącego nagłemu zmienianiu częstotliwości na tym przedwojennym sprzęcie przyprawiały o ból głowy. Rozpacz i szaleństwo podczas kilkusekundowego trzeszczenia, które potrafiło trwać wieczność. Ściśnięte, suche gardło oblewane łzami. Co kobieta robi po środku lodowego piekła? Trza było zostać w domu. Zdala od miejsca rozpaczy i wiecznej męki. – -//- tzzt -//- – Piski i kliknięcia – -//- tzzt -//- garnizon Rosevelt. -//- tzzt -//- – kolejne zakłócenia wprawiające w szał – -//- tzzt -//- koordynaty, powtarzam -//- tzzt -//- – i następne zakłócenia w postaci zamieci uniemożliwiającej pracę fal radiowych – Podajcie współrzędne. – głos oczekiwał. W tle Agnes słyszała brzęczenie podobne do takiego, które słyszała wcześniej, na schodach parter-piętro w tej stacji badawczej. Dźwięk trwał chore, pamiętne około dziesięć sekund…

Sapiąc i stękając, O’Malley gramolił się po schodach, trzymając mocno Lanę. Nie chciał zostawiać nikogo na dole, w miejscu, które wyglądało jakby ktoś wymalował je czerwoną farbą od podłogi po sufit. Obejrzenie się za siebie znowu przywołało na myśl cholernie niepokojący widok krwi tryskającej z tamtego biedaka…Czegoś, do czego O’Malley nie chciał wracać aż do chwili pisania raportu. Uśmiechnął się krzywo sam do siebie. W głowie zaświtała mu myśl, że jeśli opisze w tym raporcie dokładnie to, co wydarzyło się przed jego oczami, dowództwo pewnie zafunduje mu miejsce w pokoiku bez klamek, w izolatce obok Radzyminskiego. “Jezu, nie ma z czego się śmiać”. Nogi plątały mu się na każdym kroku, przytrzymywał się więc metalowej barierki, posuwając się powoli do góry. W połowie drogi przystanął i krzyknął.

-Jak to wygląda Katzeberg? Masz coś?!

Stojąc czekał chwilę na odpowiedź, po czym ruszył dalej. Jego krótkofalówka cały czas była nastawiona na odbiór i oczekiwała na wiadomość od reszty.

Agnes Katzeberg

- 157*E 74*S – podała Katzeberg kilkakrotnie, licząc się z tym, że wiadomość może wcale nie dojść do odbiorcy lub dotrzeć w “częściach”. W drugim jak i w pierwszym przypadku – mogą tu czekać na pomoc aż do śmierci, która może nadejść szybciej niż się tego spodziewają.
Umysł Katzeberg choć nieco rozjaśniony nadzieją wydawał się być nadal czymś obłąkany i zaniepokojony. Dziwne myśli o śmierci, krwi, zaginionych naukowcach… robiły swoje. Dziewczyna nie zauważyła nawet jak O’Malley zadał jej pytania.

Radio wypełniło się stałym szumem i trzeszczeniem, nie pozostawiając żadnej odpowiedzi, potwierdzenia. Pozostawiające tylko niepewność. Albo ją usłyszeli albo zamarzniecie na skraju lodowej pustyni.

Agnes od wpatrywania się w stół zauważyła na nim masę map Ziemi Wiktorii. Po przyjrzeniu się bliżej, niewiele dzieliło ich od innej norwedzkiej stacji badawczej, znajdującej się pare minut na południe. Wgłąb lodowatego lądu.

Agnes Katzeberg

I zapadła wkońcu cisza. Agnes wyłączyła radio i zaczęła, jak się wszystkim mogło zdawać, bezmyślnie wpatrywać w stół przed sobą. Czyżby faktycznie jej odbiło?
- Tutaj jest jeszcze jedna stacja… – powiedziała do siebie w chwili oświecenia, coś na rozłożonej przed nią mapie przykuło jej uwagę. Zerwała się z siedzenia na równe nogi i na stojąco spoglądała na to co miała przed sobą.
- Poruczniku! – zawołała O’Malleya, kiedy on tylko się zjawił przedstawiła mu sytuację odnośnie blisko znajdującej się kolejnej stacji badawczej – …tam muszą być ludzie, nie mogę się już z nikim połączyć, radio już nic nie odbiera. Moim zdaniem powinniśmy zabrać wszystko co może być przydatne i zabierać się stąd – dokończyła poważnie wpatrując się w oczy mężczyzny.

O’Malley usadowił Lanę na najbliższym krześle i podszedł do mapy wskazywanej przez Agnes. Po krótkim obejrzeniu sytuacji na papierze, odezwał się do Agnes bez owracania na nią wzroku.

-Wydaje się ryzykowne. Wygląda na to, że śnieżyca się zmaga. Będziemy mieli dwójkę ludzi do przetransportowania na naszych rękach
. – Porucznik spojrzał się przez chwilę na siedzącą za nim Smith.- Poza tym przywędrować do Norwegów z prośbą o pomoc…Specjalna amerykańska grupa pokonana na tym cholernym pustkowiu przez co? Nawet nie wiem, co im powiedzieć…

“No i czysta kartoteka poszła właśnie w cholerę.”


- Ale chrzanić to. Nie ma innego wyjścia. Mamy ludzi, którzy wymagają pomocy medycznej i cierpimy na cholerny brak pieprzonego sprzętu, żeby chociaż przebadać resztę stacji.
- O’Malley uśmiechnął się do siebie.- Mam nadzieję, że będą tam mieli porządne latarki… Poczekamy tutaj na resztę i zastanowimy się, z czego zrobić jakieś nosze. Trzeba rozejrzeć się za wszystkim, co będzie przydatne. Szczególnie do nawigacji w śnieżycy.

Agnes Katzeberg

- Tak jest Sir! – powiedziała po czym zasalutowała krótko jakby wstąpił w nią zupełnie nowy duch. Pomału zaczęła rozglądać się za wszystkim co mogło być przydatne, przede wszystkim mapy…

Porucznik poświęcił chwile na rozbrojenie Smith i przejrzenie zawartości jej apteczki.

-Nie chcemy by chwila słabości pchnęła nas do kropnięcia któregoś z towarzyszy, prawda podporuczniku?- Powiedział cicho do siebie, wyjmując magazynek z jej broni. Następnie zaczął się rozglądać za czymś, co pomogloby w przenoszeniu jego zwariowanych podkomendnych.

-Jak myślisz Katzeberg, z czym my się tutaj właściwie zetknęliśmy?
- Rzucił za siebie, przegląddając jakąś szafkę.- Myślisz, że to robota komuchów?

O’Malley przeszedł do jednego z rogów pomieszczenia i począł tam się rozglądać. Gadał na wpół do siebie, na wpół do towarzyszki.

-No wiesz. Powiedzmy, że dostali się tutaj, wymordowali cały personel bazy, a później rozpylili jakieś halucynogenne świństwo, po to żeby zobaczyć jak świrujemy i zamieniamy się w roślinki…Pieprzone czerwone dranie byłyby do tego napewno zdolne. Nie wiem jak tobie, ale mi wydaje się bardziej prawdopodobne, że chrzaniony Gorbaczow siedzi teraz i się z nas śmieje, niż że mamy do czynienia z cholernymi zielonymi ludzikami…

Agnes Katzeberg

- Bardzo możliwe – odpowiedziałam stojąc nad stołem i przeglądając przedmioty znajdujące się na nim – Choć takie posunięcie byłoby dla nich chyba nazbyt ryzykowne, ja stawiam na świra, który po prostu… dostał pomieszania zmysłów na tym… cholernym pustkowiu… – Agnes ściszyła głos, była świadoma, że takim świrem mogłaby być ona sama – Każdy miewa chwile słabości, tylko ważne żeby się im nie dać – dodaję dla otuchy, lecz w myślach wciąż mam złe wspomnienia, właściwie… sprzed paru minut. Westchnęłam *Cholera, nie dam się już wyprowadzić z równowagi… nie dam. Nigdy.* Milknę na dłuższą chwilę.
- Myślę, że powinny tu znajdować się jakieś sanie… ewentualnie tkanina, z której możnaby zrobić nosze i przetransportować ludzi. Trzeba poszukać – po ciszy zwracam się do porucznika czekając chwilkę na jego polecenie – Co z Laną? – spoglądam na nią.

Lana Smith

Oddech kobiety zdawał się zwalniać. Nie był już taki płytki i świszczący jak wtedy…
Zdawała się odzyskiwać świadomość. Zachwiała się na krześle, jednak na czas podparła się lewą ręką unikając upadku. Prawą dłonią zasłoniła twarz. Ból głowy. Przez chwilę patrzyła przez mgłę, jednak z czasem kształty stawały się coraz bardziej wyraźne.
- Co się stało ? – powiedziała do Katzeberg i O’Malleya. Dłońmi zaczęła przecierać skronie.

Daniel O’Malley

-Sanie to cholernie dobry pomysł. Trzeba tyl…- O’Malley odwrócił się jak skaczaca sprężyna na dźwięk pierwszych od jakiegoś czasu słów Lany. Ręka mimowolnie powędrowała w stronę broni przy boku. Dopiero ułamek sekundy porucznik ogarnął sytuację i odprężył ciało.

“Zbyt jesteś nerwowy durniu”

-Smith, wróciłaś do żywych? Co z tobą? Jak się czujesz?- Powiedział O’Malley powoli podchodząc do Lany. Podczas tych kilku kroków przygotował manierkę z burbonem, z której jeszcze dotychczas nie miał okazji skorzystać i podał ją pani podporucznik.

Lana Smith

- Tak myśle… – ze zdziwieniem i zmieszaniem wzięła do ręki manierkę. Po wnikliwym przeglądzie napiła się płynu dość łapczywie. Kiedy w końcu dotarła do niej istotna wiadomość iż płynem tym nie jest woda, lecz bliżej jej nieznany alkochol sprawił, że zaksztusiła się. – Co to jest ?! – odparła przez zęby po tym jak dało jej się zapanować nad oddechem.

Daniel O’Malley

-Burbon z Kentucky. Klaruje sytuację pod łepetyną i kopie jak młody Mustang.- Zaśmiał się O’Malley, po czym sam pociągnął zdrowego łyka z manierki. Po chwilowym zatknęciu i głębokim oddechu, podał trunek Agnes.- Przyda się na drogę.

-Zmieniamy hotel. Katzeberg, byłabyś tak miła i wprowadziła podporucznik Smith w sytuację, podczas gdy ja spróbuję skontaktować się z resztą i rozejrzę się za saniami. Wprawdzie teraz potrzebne będą tylko jedne, ale i tak trzeba będzie jakoś ewakuować stąd tego mądralę z rusko brzmiącym nazwiskiem.

O’Malley ruszył w stronę schodów prowadzących w dół wierzy. Zdjął z ramienia karabinek maszynowy. Jego przedsięwzięcie miało polegać na zajrzeniu na zewnątrz, a to mogło nie być przyjemnym przeżyciem. Po kilku krokach zatrzymał się jeszcze i po odwróceniu się, rzucił Lanie jej sprzęt, który wcześniej jej zabrał.

-Zwrócone w stanie nienaruszonym.

 

Lana Smith

Na widok toczącego się ku niej jej magazynku, odruchowo sięgnęła ręką do broni i wyciągnęła ją. Pusty… Schyliła się i chwyciła go. Załadowała go. Chowając broń spojrzała na Katzeberg.
- Długo byłam … nieprzytomna ? – zapytała Agnes.

Agnes Katzeberg

- Nie, parę minut… – Agnes sama straciła orientację w czasie – Kiedy byłaś nieprzytomna udało nam się na krótko połączyć z naszymi, ale niestety… raczej nie odebrali naszej wiadomości, są straszne zakłócenia. Zamierzamy przenieść się do norweskiej stacji badawczej i tam poprosić o pomoc – streściła Agnes lekko uśmiechając się – To będzie niezbyt komfortowa przeprawa, ale pozostanie na tym bezludziu przypłacilibyśmy śmiercią, jak ty uważasz? – spojrzała na Lanę oczekując jej opinii na ten temat.

Randolp Clare

Randolph sprawdzając puls Radzymińskiego zastanawiał się desperacko co robić. Choć wyczuwał słaby puls tomiał zamiar powiedzieć że pochyla się juz nad trupem. I tak podjął juz decyzje.

- Chłopaki niestety on już jest w krainie wiecznych łowów – krzycząć do pozostałych.
-Możemy wracać do porucznika .

Daniel O’Malley

“Nic nerwowo. Otworzyć drzwi na ościerz, zmierzyć otoczenie przez celownik karabinku i rozwalić cokolwiek nieprzyjacielskiego krótką serią. Uważać na mogącą iść w tą stronę resztę drużyny.”- O’Malley sporządził w głowie plan najbliższych paru sekund, po czym zabrał się do jego wykonania. Dochodząc do drzwi wyciągnął jeszcze spod grubych fałdów ubrania mały łańcuszek z krzyżykiem.

“Ojcze nasz, któryś kurwa w niebie.- Na więcej nie było czasu.

Założył futrzany kaptur kombinezonu na głowę, przycisnął kobę broni podbródkiem i dając kilka kroków do przodu, nacisnął na klamkę drzwi wyjściowych z wierzy radiowej. Powitała go biała ściana śniego wiejącego na zewnątrz. Mokry puch całymi strumieniami zaczął wpadać do środka. Wraz z nim dudniący wiatr.

Zmrużywszy oczy, chwycił pewniej karabinek maszynowy i zlustrował nim otoczenie. Obawiał się w sercu, że nie zobaczy ciała mężczyzny, którego wypchnął na zewnątrz, po tym jak ten wytrysnął fontanną juchy…

Lana Smith

- Aha… – skomentowała krótko. Zamyśliła się na chwilę – Teraz to nie mamy nawet co liczyć, że nasi przyjdą nam na ratunek. Od początku jak tu lecieliśmy, coś mi nie pasowało. Myśle, że już wtedy nas skreślili. Mieliśmy tylko potwierdzić, że coś tu jest nie tak… – słowa wypowiadała bez emocji, z posępnym wyrazem twarzy. – … Więc norweska stacja badawcza to chyba dla nas jedyny ratunek… – spojrzała na Agnes

Agnes Katzeberg

- Na to wygląda… poczekamy aż wróci porucznik O’Malley i zobaczymy co dalej. Możemy tylko iść przed siebie i pokazać tym dupkom, że nie damy się tak łatwo! – powiedziała Agnes z pełnym przekonaniem – Norwegowie muszą nam udzielić wsparcia i odesłać do domu… – dziewczyna usiadła przy radiu – …ale będzie afera, nie? Będziemy pewnie sławni – zaśmiała się cicho, szczerze to miała rozgłos głęboko w nosie, ale napawało ją to swego rodzaju zaciekawieniem *Ciekawe jak to będzie…* pomyślała.
- Będziemy miały co wnukom opowiadać… – Katzeberg wpatrzyła się w mapę.

Jesus Mendoza

- No to nic nas już tutaj nie trzyma. – powiedział Mendoza opuszczając nieco lufę karabinu – Idziemy do porucznika.
Nie zwracając uwagi na towarzyszy ruszył w stronę schodów. Nagle zatrzymał się gwałtownie, jakby coś sobie przypomniał. Lewą ręką sięgnął do przełącznika radiotelefonu.
- Panie poruczniku … tutaj Mendoza … Radzyminsky nie żyje … idziemy na górę … Odbiór.
Nie czekając na odpowiedź Mendoza ruszył po schodach.

Daniel O’Malley

Porucznik wpatrywał się mrużąc oczy w śnieżycę przed nimi. Trudno było określic, jak daleko mogło potoczyć się ciało wyrzucone przez niego. Karabinek cały czas pozostawał przy policzku, stanowiąc dające otuchę oparcie. W pewnym momencie odezwała się krótkofalówka przytroczona do pasa i poleciały z niej ledwo słyszalne przez wyjący wiatr słowa Mendozy. O’Malley podniósł urządzenie do twarzy i dusząc przycisk nadawania starał się przekrzyczeć śnieżycę.

-Radzyminsky nie żyje?! Jak to się kurwa stało?! -Wykrzyczał bardziej do siebie, niż do Jesusa. To nie były dobre warunki na wyjaśnienia.- Spotkanie przy wieży radiowej ASAP. Uważajcie na podejściu…coś cholernie chujowego może się czaić w tym śniegu.

O’Malley odwiesił krótkofalówkę i znów wyjrzał na zewnątrz. Polwoli zaczął robić ostrożne kroki po śniegu. Musiał odnaleźć to ciało…

Zimna, łopocząca zamieć uderzyła niczym fala wody. Prosto w twarz majora. Na zewnątrz nie było nic prócz bieli. Krew, jeśli tu była, to z pewnością została wsiąknięta przez niższe warstwy śniegu. W takim gównie nie było sensu rozpoczynać poszukiwań.

Daniel O’Malley

Porucznik stał chwilę na śniegu, rozglądając się i wypatrując. Dla upewnienia się, rozgrzebał nogą warstwę śniegu przed sobą. Był to tylko pusty gest, który służył upewnieniu się, że nic nie znajdzie. Powolnym krokiem wrócił do wieży radiowej i przymknął za sobą drzwi. Zdjął kaptur z głowy, odetchnął głęboko.

-KURWA! KURWA! KURWA!- Ryknął wyładowywując frustrację.

“Nie ma cholernego drania. Sam widziałem, jak coś wyłaziło mu z bebechów. Nikt nie miał prawa być żwawym na tyle, by po czymś takim poprostu sobie pójść. Nawet by odpełznąć. Pieprzeni ruscy. Chyba faktycznie bawią się z moją głową!”

Agnes Katzeberg

Usłyszała porucznika i postanowiła szybko zbadać sytuację. Okazało się jednak, że to chyba nic poważnego, przynajmniej raz.
- Co się dzieje poruczniku? – zapytała rozglądając się uważnie dookoła – Czy panu się coś stało? – pytała dalej, w końcu… przed momentem O’Malley był całkiem spokojny i opanowany, czyżby tutejsza atmosfera tak wpływała na wszystkich pokolei?
- Nie znalazł pan żadnych sani… – było to bardziej stwierdzenie niż pytanie wypowiedziane bardzo ponurym tonem.

Daniel O’Malley

-Wygląda na to, że nie będą nam już potrzebne sanie. Reszta drużyny melduje, że Radzyminsky nie żyje. -Powiedział porucznik wspinając się po schodach któryś raz z rzędu.

-Siedzimy tutaj i czekamy na naszych. Nie wiem w jaki sposób się to zdarzyło, więc nawet nie próbujcie się mnie pytać…Szlag!- O’Malley kopnął w jedną z szafek stojących przy wejściu. To przynajmniej troche wyładowało jego złość.

Agnes Katzeberg

- Jednak – powiedziała Agnes słysząc o śmierci Radzyminsky’ego. Sama wyglądała na mało przejętą. Doskonale natomiast zdawała sobie sprawę z tego co czeka O’Malleya po powrocie z tej misji. Wywiady, sprawozdania, rozprawy w sądach jak do tego wszystkiego doszło… Jeżeli mu coś udowodnią może nawet siedzieć za zabicie tego świra. Właściwie to mogą posadzić ich wszystkich, w końcu jeżeli odkryją, że mogli jednak coś zrobić by Radzyminsky żył? Tak zawsze się dzieje…
Katzeberg wróciła na swoje miejsce przy ścianie. W ciszy czekała na powrót żołnierzy.

Travis Christie

Travis nieobecny duchem wlecze się za kompanami. Przez myśli tłukące mu się w głowie niemoże się skupić. Cholera, Radzyminski nieżyje. To niemożliwe, wszystko miało iść tak gładko, a tu takie buty. Mamy ofiarę, całkowicie bezsensowną ofiarę. Nielubiłem Radzyminskiego, ale to nie ma nic do rzeczy. Niemuszę go lubić, by mieć jakiś szacunek. Teraz jego ciało zgnije na tym pustkowiu pozostawione. Szlag. Nie, nie, nie. Niemoże tak być. W końcu jestem żołnierzem.
- Poczekajcie chwilę, co my kurwa wogóle robimy? Chcecie zostawić ciało towarzysza? Ja na to nieidę! – mówił coraz głośniej. Wraz ze słowami uchodziła z niego furia, która go ogarnęła. – Do cholery co się dzieje? Jego stan to nasza zasługa, to my go nie ochroniliśmy! On w końcu kurwa był tylko medykiem! Powinniśmy byli go pilnować, ale daliśmy wszyscy dupy! Nikt się nie poczuwa? Chcielibyście, by wasze ciało inni zostawili psom na pożarcie? – ten wybuch stracił na mocy, energia się wyczerpała.
Wziął parę głębokich wdechów i nieczekając na reakcje pozostałych opiera się plecami o ścianę i wyjmuje krótkofalówkę.
- Sir, tu Travis…Proszę o pozwolenie zabrania ze sobą ciała Radzyminskiego! Trup, nie trup, jednak to swój…niemożemy go tak zostawić…Odbiór.
Niech to wszystko szlag trafi. A jak odmówi? Rozkaz jest rozkaz, ale nie wiem, czy będę potrafił akurat ten respektować. Ehh…do diaska. Jeśli będzie trzeba pójdę po ciało sam, ale nie sprzeciwię się wobec bezpośredniego rozkazu. Mam nadzieję, że dowódca wykaże się honorem , a nie rozsądkiem.

Daniel O’Malley

Porucznik słuchał wiadomości oparty o ścianę. Jego wzrok błądził gdzieś po zaśnierzonym oknie wieży łączności, wpatrując się gdieś w dal, jakby cokolwiek mógł dojrzeć przez białą warstwę szronu. W pewnym momencie chciał aż wstać i samemu pobiec do reszty ludzi z drużyny, jednak to było bez sensu. Z punktu w którym byli, najłatwiej było się dostać do kolejnej stacji, a pozatym nie mógł przecież prowadzić każdego za rękę. Po chwili, O’Malley podniósł krótkofalówkę i powiedział do niej.

-Nikogo nie zostawiamy za sobą. Nie uczono was tego żołnierzu?

 

Travis Christie

Przez parę sekund Travis dał wytchnienie umysłowi, cieszył się, że w końcu dzieje się coś po jego myśli.
- Zrozumiano…bez odbioru! – spojrzał na twarze kompanów zastanawiając się jak zareagują na rozkaz.
Za wszelką cenę niemożna dopuścić do rozłamu w drużynie. Może jednak dotrze do nich, że mięli zamiar postąpić niewłaściwie. Na to skrycie liczył.
- Słyszeliście, rozkaz jest jasny. Bierzemy ciało i dołączamy do reszty oddziału – wskazuje lezące nieopodal ciało Radzyminskiego. – proponuję znaleźć jakąś linę i przywiązać któremuś z nas zwłoki do pleców, łatwo nie będzie, ale może damy radę. Możemy także nosić parą. Co wy na to?
Czeka chwilę na odpowiedź, po czym bez względu na jej treść powoli idzie w kierunku ciała.

Agnes Katzeberg

Wsłuchała się w komunikat nadany przez krótkofalówkę i pomału zaczęła analizować sytuację. Zdjęła rękawiczki i pomasowała sobie różowe odmarznięte dłonie czekając aż porucznik odpowie pozostałej części żołnierzy będących w gruncie rzeczy całkiem niedaleko ich pozycji.
- Poruczniku… – przerwała zastanawiając się. Powoli wstała i zaczęła dalej – …czy to oznacza, że będziemy nieśli ze sobą martwego Radzyminsky’ego? Nie chciałabym niczego kwestionować, ale obawiam się, że to… nienajrozsądniejszy pomysł. Będzie nas jedynie spowalniał, a wciąż nie mamy żadnego pojazdu – ugryzła się w język i spojrzała w oczy O’Malley’a. Była w załodze jedynie mechanikiem i to w dodatku napewno nie najlepszym, a mimo to próbowała podsuwać pomysły dowódcy, co tu dużo mówić… próbowała kwestionować jego rozkazy.
- Przepraszam… – wpatrzyła się w ścianę obok. Chciała już być gdzie indziej, tymczasem nic nie wskazywało na to, aby było choć trochę szybciej dostać się w wymarzone miejsce. Ciągle nie rozumiała jak stan Radzyminsky’ego mógł się tak pogorszyć, właściwie nikt z nich nawet nie wiedział co mu dokładnie było, a teraz chcą zabierać truposza z nieznaną chorobą na dalszą eskapadę… Honor i duma żołnierza swoją drogą, a bezpieczeństwo? Powinno być najważniejsze. Agnes rozmyślając nad tym potarła trochę chłodne policzki, aby je rozgrzać; wciąż było jej zimno.

Daniel O’Malley

O’Malley popatrzył się na Agnes tępo, po czym po pociągnięciu z piersiówki porządnego łyka burbonu, odezwał się do niej spokojnie. Chociaż na twarzy wykwitł mu uśmiech, jego oczy wskazywały na zupełnie odmienny stan świadomości, niż radość, czy dobry humor.

-Bardzo dziękuję Katzeberg za to światłe i błyskotliwe nakreślenie naszej sytuacji taktycznej i uwidocznienie mi mi pewnej nieścisłości w rozumowaniu dotyczącym transportu naszego ZMARŁEGO TRAGICZNIE W NIEJASNYCH, SZLAG BY TO TRAFIŁ, OKOLICZNOŚCIACH towarzysza. A teraz, jeśli nie masz jeszcze innych wskazówek natury logistycznej to MOŻE BYŚ TAK…

O’Malley zamknął się w samą porę. Wszystko wokół trafiało do niego chyba zbyt intensywnie. Sam zaczynał zachowywać się jak podrzędny zupak w akademii. Trzeba było się uspokoić.

-Wybacz Katzeberg. Niech przyniosą tu to ciało. Później zastanowimy się, czy wziąść je ze sobą teraz, czy poczekać na posiłki i wtedy się nim zająć. Nie zostawimy napewno amerykańskiego obywatela na pastwę tych komuchów, co siedzą w tej stacji. Chyba zgodzisz się w tym ze mną?

 

Agnes Katzeberg

Obserwowała w milczeniu mimikę twarzy O’Malleya.
- Ma Pan rację… – odpowiedziała raczej odruchowo niż prawdziwie z głębi siebie. Nerwowa atmosfera dawała się odczuć w każdym, wszyscy dostawali w głowę… Pytanie tylko kiedy to się skończy. Sama Katzeberg po małym szaleństwie, którego się dopuściła czuła wyłącznie upust wszystkich emocji. Zdawało się, że małe odłączenie się od rzeczywistości dobrze robiło na dalszy spokój ducha.
- Poruczniku, wiem, że wszyscy mamy dość tego cholernego miejsca, ale jeżeli Radzyminsky złapał coś zaraźliwego to wszyscy znajdziemy się w diabli wiedzą jakich okolicznościach… Nic więcej nie mam do powiedzenia prócz uświadomienia nas w niebezpieczeństwie choroby – powiedziała powoli i wycofała się w tył sali opierając plecy o ścianę. Rozumiała O’Malleya, to duża odpowiedzialność stać na czele kilku żołnierzy zostawionych na własne ryzyko w totalnym odludziu, lecz jeżeli on postrada zmysły to będzie ich całkowity koniec. Teraz Agnes było i tak obojętne, czy Radzyminsky ich wszystkich pozaraża zależało jej jedynie na dostaniu się do stacji Norwegów, jeżeli po drodze umrze… nie będzie narzekać. Dość się naoglądała, kiedy wrócą do kraju będzie tylko gorzej.

Randolph Clare

-Travis – spojrzał na niego i sie odezwał -nie mam zamiaru wracać po żadne zwłoki , już dośyć naoglądałem sie okropieństw i chuj wie czego wyłażącego z ciała. Jedynym wyjściem jest według mnie jak mam ci pomóc to wpakowanie dwóch magazynków z mojej maszynki w to ciało i potem możemy je zawinąc w worek i wziąść.Nie chcę ryzykowqać że nagle coć z niego wyjdzie i mnie ugryzie w dupe.

Travis Christie

Dobra passa musiała się kiedyś skończyć. Cóż, w sumie niczego lepszego realnie nie mogłem się spodziewać. Mówi spokojnym głosem:
- Clare, mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z konsekwencji. Bezpośrednia odmowa wykonania rozkazu w obliczu wroga – robi efektowną przerwę. – Jak dla mnie jesteś martwy nieważne, czy uda nam się wyjść z tego cało, czy nie – znowu chwilę czeka. – Tak Clare, wyjdzie wielki ochydny potwór i odgryzie ci dupę. Myślałem, że jesteś ulepiony z lepszej gliny – wzdycha.
Może to podziała. Jeśli nie, jest źle. Cholera wie co jeszcze może tym ludziom do głowy strzelić. Chyba muszę na nich bardziej uważać. Odwraca się z uśmiechem na twarzy i podchodzi do Radzyminskiego. Staje zastanawiając się jak najlepiej będzie przenieść ciało.

Jesus Mendoza

Mendoza powoli odwrócił się w stronę towarzyszy. Jego zwężone źrenice zatrzymały się na Christiem.
- Zgadzam się z Clare. Jak chcesz dźwigać tego pieprzonego trupa, to zrób to sam.
Mendoza przez chwilę mierzył wzrokiem Christie, po czym sięgnął po radiotelefon.
- Poruczniku, tu Mendoza … ciało Radzyminskiego może stwarzać zagrożenie natury … eee … biologiczno-medycznej. Chyba nie powinniśmy go ruszać bez odpowiedniego wyposażenia. Odbiór.
Mendoza trzymał radiotelefon czekając na odpowiedź, cały czas patrząc prosto w oczy Travisa.

Travis Christie

Kwestionowanie rozkazów, to nie jest coś, co spodoba się dowódcy. Cholerni amatorzy. Zresztą co mnie to obchodzi. Ja już podjąłem decyzję. Travis podchodzi do Radzyminskiego i podnosi go chwytem strażackim.
- Osłaniajcie mnie jakbym musiał się go szybko pozbyć. Tylko o tylę proszę. Idziemy.
Powolnym krokiem rusza dalej.

Travis przerwał nerwową sytuację i ruszył, by pochwycić Radzymińskiego kładąc kres dyskusji. Przynajmniej na to wyglądało w ciszy, w której zarzucił cielsko na barki. Jack smacznie parsknął co oznaczało, że żyje. Wprawiło to w niemały szok Travisa i Jesusa. Clare chwilę temu zbadał puls twierdząc o śmierci medyka.

Daniel O’Malley

-”Zagrożenie natury ‘eee’ biologiczno-medycznej”? Mendoza co ty mówisz? Radzyminsky nałykał się uranu, zanim umarł?! Słuchajcie mnie, według protokołu jego ciało należy ewakuować wraz z opuszczeniem terenu misji. Musimy jak najszybciej się z tąd wynosić, więc nie chcę go zostawiać. Jednak jeśli faktycznie stanowi to problem mogący stanowić zagrożenie dla osób postronnych, należy poczekać z ewakuacją ciała do momentu przybycia odpowiedniej ekipy. Ale Mendoza…jeśli poprostu boisz się pobrudzić sobie rąk i chcesz zostawić ciało swojego towarzysza na tym pustkowiu bo za nim nie przepadałeś, to niech Bóg cię ma w opiece. Tak czy inaczej powinniście być tutaj za pięć minut. Jeśli nie, to chyba sam do was przyjdę.

“Sprzeczne rozkazy O’Malley. Pięknie, sam byś takiemu dał po pysku.”
- Porucznik pomyślał smutno i pociągnął kolejnego łyka z manierki.

Travis Christie

Zaskoczony Travis podczas składania się do chwytu zrzuca Radzyminskiego.
- Co do…??? – wrzasnął. – Trupy ożywają? Cholera! – Odbiega pod ścianę biorąc w ręce karabin i celując w Radzyminskiego.
To jest niemożliwe! Do diabła co się dzieje! Zaraz spokojnie…Clare…on sprawdzał puls. Travis przesuwa lufę karabinu w kierunku Clare’a.
- Ktoś tutaj będzie się kurwa zaraz tłumaczył! – w drugą rękę bierze krótkofalówkę. – Sir, mamy problem. Radzyminski żyje. O szczegóły proszę pytać Clare’a.

Daniel O’Malley

Porucznik zdębiały słuchał krótkofalówki.

-CO?? Pieprzyć was wszystkich, idę tam. I módlcie żebym nie poczuł cholernej trawki, kiedy tam wejdę.

O’Malley kopnął stojącą mu na drodzę szafkę i chwytając mocniej broń ruszył w dół schodów.

-Cholerne ćpuny!

 

Sytuacja wrzała, aż stała się gorąca nawet jak na południowe koło podbiegunowe.

Daniel w nieukrywanym amoku wystrzelił po krętych i śliskich schodach trzymając się poręczy. Zamieć działała mu z pomocą przez co szybko trafił do otwartej śluzy, przez którą wgramolił się na drugie piętro. Czuł jak broń pulsuje mu za pazuchą.

Gdy dotarł do wewnętrznych schodów skrzypiały i uginały się pod jego pospiesznymi krokami i słyszeć je było w całej stacji. Echem odbiły się aż na parter i wszyscy spodziewali się porządnego opierdolu od porucznika.

Daniel O’Malley

Porucznik biegł przed siebie cały czas klnąc pod nosem. Droga minęła mu szybko, tym bardziej, że w głowie buzowało mu autentycna złość. Sytuacja na stacji była ciężka, a ludzie wokół niego zachowywali się jak w cyrku. Albo stroili jakieś dziwaczne fochy, albo celowali do niego z odbezpieczonej broni. Co gorsza, on sam poddawał się atmosferze paranoi. O’Malley czuł to pod skórą. Coś nieokreślonego, jakaś furia wzbierała się z tyłu jego głowy, pragnąc eksplodować. Sytuacja już dano wymknęła mu się spod kontroli, ale dopiero teraz zaczynał zdawać sobie z tego sprawę. Jak mógł do tego dopuścić? Prawie widział przed sobą twarze tych, którzy po powrocie do domu będą go oskarżać o wszystko, co złego stało się podczas misji. Jego wyobraźnia podsuwała mu pod palce zimny blat ławy oskarżonych na jego własnym procesie na sądzie polowym.

Oczywiście to wszystko było przesadą. Porucznik Daniel O’Malley stanął naprzeciw nowemu rodzajowi broni. Bardzo wyrafinowanej komunistycznej broni mającej na celu wprowadzenie zamętu w szeregach żołnierzy armii amerykańskiej. Ale przecież zdołał zwalczyć jej wpływ. Zdołał rozpracować jej sposób działania i odnalazł rosyjskich szpiegów, których zadaniem było jej dystrybucja na terenie arktycznej bazy…

O’Malley wpadł do pomieszczenia, w którym przebywał oddział trzech żołnierzy. Natychmiast podniósł celownik pistoletu maszynowego do twarzy i wymierzył go w Travisa

-Ooo mamy tutaj małe przyjęcie tak? Dlaczego nie jestem zaskoczony widząc któregoś z was z bronią wycelowaną w twarz innego. Christie, na mózg ci padło? Co, planowałeś kropnąć swoich kumpli i zameldować, że dołączyli do Radzyminskiego?

Agnes Katzeberg

Przysłuchiwała się rozmowie z trochę nachmurzoną miną. Kiedy usłyszała o zagrożeniu natury biologiczno-medycznej przyszło jej na myśl jedynie: “A nie mówiłam?”, lecz nie w jej stylu było wypominać każdemu na drodze ich własne przekonania, tym bardziej, że sytuacja stała się jeszcze dziwniejsza…
*Radzyminsky żyje?* pomyślała zrywając wzrok w kierunku O’Malleya, ten po niedługiej chwili wybiegł z pomieszczenia w stronę żołnierzy pozostawiając ją i Lanę same sobie.
- Chyba powinnaś na to zerknąć… – stwierdziła Agnes patrząc na Smith – Idziemy? – zapytała robiąc kilka niepewnych kroków w stronę wyjścia.

Travis Christie

No to mamy ładny kurwa bajzel. Już widzę co najmniej dwa chodzące trupy. Trzeba coś wymyśleć, by nie znaleźć się wśród nich.
- Sir, oczywiście, że nie. Przed chwilą stwierdziłem, że wbrew opinii Clare’a Radzyminski żyje – nie opuszczając broni. – Jak dla mnie chciał nas wszystkich zrobić w huja, sir. Niewiem co o tym myśleć, dlatego go pilnuję. Mendoza wszystko może potwierdzić.
Proszę, uwierz mi, uwierz mi, to może nie pozabijamy się przynajmniej na wzajem.
Travis wzdycha i bierze głęboki wdech.
- Sir, to chyba nie jest dobry pomysł by tutaj stać w wycelowaną w siebie bronią, gdy nadal jesteśmy w rozsypce.
Cholera, co tu można jeszcze powiedzieć. Dobra, niech będzie.
- Czekam na rozkazy!

Clare wykorzystał lekką nieuwagę Travisa, na którego twarzy pojawiła się złość i niedowierzenie. Jedna z najgorszych sytuacji w oddziale. Wzajemna nieufność. Clare wykonał szybki i nieco niezgrabny zwrot na prawo od siebie. Z całym ryntunkiem obiejał się od podłogi, jednak sztywnie i z siłą stanął na nogach nie tracąc równowagi chwycił za broń. Opłaciły się miesiące ćwiczeń. Lufa wymierzona była w Christiego.

Randolph Clare

-Panie poruczniku cos mu sie we łbie pojebało , jak taki zaczyna kierowac broń w kolegę to jak skończy. Zwraca sie podniesionym głosem do dowódcy
- A patrząc na Travisa dodaje – a pilnowac to możesz sobie własnej dupy.
Zwracając się znowu do porucznika dodaje. Przecież wiemy że nie jest to normalna misja , dzieją się tu rzeczy anormalne , sprawdzając tętno Radzymińskiego nie wyczułem go i byłem pewien że nie zyje, więc tak powiedziałem , a zreszta jestem tylko żołnierzem więc mogłem sie mylić .a na pewno nie jest to powód żeby kierować broń w kierunku kolegi .
Mówiąc to splunał w kierunku Travisa

Daniel O’Malley

-Coś sie tutaj ‘komuś’ na pewno pojebało. Ale rozgryzanie tego ołowiem nie jest najbardziej bystre. Teraz na przykład odłożymy wszyscy broń i będziemy już grzeczni ok?

Porucznik oczywiście nie zrobił tego jako pierwszy. Nadal lustrował Travisa pistoletem maszynowym. Nie mógł i nie chciał strzelić. Nie był pewien całej sytuacji. Należało wszystko powolutku wyjaśnić. Poza tym, ten kto pierwszy strzeli napewno był rosyjskim szpiegiem…Trzeba było jedynie poczekać na jego ruch.

Travis Christie

Nareszcie ktoś rozsądny. Z ulgą Travis szybkim ruchem wyjmuje magazynek z broni i chowa go za pas. Karabin zaś puszcza, by swobodnie zwisał na pasku i podnosi ręce do góry uspokajająco. Byle tylko dowódca utrzymał to wszystko w ryzach. Jeden nerwowy ruch i posypą się kule.
- Ja jestem czysty. Proszę na niego uważać, sir. Niewiadomo do czego jest zdolny skoro w takiej sprawie nas okłamał.
Oddycha głęboko, by uspokoić się. Po chwili dodaje:
- Mendoza, powiedz coś. Ty jesteś bezstronny, albo pogadamy jak będziemy w komplecie, coś czuję, że działania w grupach nie są zbyt skuteczne. Zresztą mięliśmy świetny przykład – wzdycha głęboko i wodzi wzrokiem po towaryszach.

Jesus Mendoza

Mendoza przez cały czas wymiany zdań stał nieco z tyłu po lewej stronie porucznika. Jego palec spoczywał na spuście broni, ale lufę wciąż miał opuszczoną. Wnikliwym wzrokiem wpatrywał się w Christie.
- A co mam kurwa powiedzieć? Najpierw Radzyminskiemu kompletnie odbiło. Potem zasnął i wylazło z niego to gówno. A później to już wcale się nie ruszał i Clare stwierdził zgon. A ty uparłeś się zabrać ciało, choć Bóg jeden wie, czy nie siedzi w nim więcej tego świństwa. A potem zacząłeś wymachiwać bronią. I to dlaczego? Bo wydaje Ci się, że Radzyminski żyje. A skąd wiesz, że żyje? Bo jęknął? A może się rozkłada, albo to coś w nim jęczy? I z tego powodu jesteś gotów zabić kumpla? To chciałeś usłyszeć?
W miarę mówienia głos Mendozy stawał się coraz bardziej donośniejszy, zaś ostatnie słowa były prawie wykrzyczane. Mendoza zaczerpnął kilka szybkich oddechów by trochę się uspokoić.

Daniel O’Malley

Porucznik odjął pistolet maszynowy od twarzy, jednak nadal trzymał go w prawej ręce. Po pierwsze musiał sam na własne oczy przekonać się co się działo z Radzyminskim. Powoli podszedł do miejsca, gdzie leżał jego żołnierz i krzywiąc się nachylił się nad nim. Radzyminski nie wyglądał zbyt różowo. Jego stan bardzo przypominał tamtego człowieka…

-Chcecie usłyszeć bajkę o duchach? Może nie mamy ogniska i kiełbasek, ale atmosfera się nada. Tamten człowiek z wieży radiowej. Próbował nam o czymś powiedzieć, zanim rozpękł się od środka. Cholera, wyglądał dokładnie tak jak nasz kolega tutaj. W każdym razie widziałem…wydawało mi się, że widziałem jak coś z niego wyskakuje. Nie wiem co to było. Troche mnie poniosło i wykopałem umarlaka na śnieg. Ale gdy potem wróciłem, by zobaczyć co z nim…jego już tam nie było. Kurwa, martwi ludzie nie chodzą na spacerki.

O’Malley nachylił się mocniej nad ciałem i po zdjęciu zębami rękawiczki z lewej dłoni, zaczął sprawdzać puls.

W Radzyminskim coś pulsowało. Pulsowało i czuł to tylko Daniel, aż drżenie było słyszane w całym pokoju. Mimowolnie i odruchowo skierowaliście lufy w Radzyminskiego. Nie poruszał się lecz drgał. Jakby niewidzialna ręka posuwała jego ciałem. Z ust wysunęła się spora warstwa śliny, która ciekła po policzku kapiąc na podłogę.
Porucznik z lekkim obrzydzeniem odruchowo odskoczył od Jacka.

Travis Christie

No dobra, koniec tego dobrego. Kamera, światła, akcja! Natychmiast odskakuje pod ścianę spowrotem ładując broń. To się nie dzieje naprawdę, a nawet jeśli, to zagrzejmy trochę ołowiu! Celuje z broni w Radzyminskiego.
- Clare, miałeś rację! Proponuję natychmiastowy odwrót! – wrzeszczy – Poruczniku! Rozkazy!
Ile jeszcze będziemy tak stali. Niewiem co się dzieje z Radzyminskim, ale nagle straciłem ochotę, na dowiadywanie się. Zabierajmy się stąd! Już!

Jesus Mendoza

Mendoza postąpił krok do przodu, a następnie przyklęknął na prawe kolano, jednocześnie unosząc broń do policzka. Znad lufy uważnie obserwował co się dzieje z Radzyminskim oraz w jego pobliżu.
- Przed chwilą chciałeś nas zastrzelić aby ratować ciało Radzyminskiego, a teraz pierwszy się rwiesz aby w niego wygarnąć. Coś szybko zmieniasz obozy, przyjacielu.
Mimo lekko rzuconego żartu, na twarzy Mendozy trudno byłoby wypatrzyć coś na kształt uśmiechu. Bo i rzeczywiście w tej chwili nie było mu do śmiechu.

Daniel O’Malley

Bez niepotrzebnych słów, czy rozważań. O’Malley wycelował broń w Radzyminskiego i ryknął do reszty.

-Nie strzelać! Czekać na rozkaz!

Truposz na razie tylko podrygiwał. Jednak w razie jakiejkolwiek oznaki zagrożenia dla ludzi wokół, miał być zaraz naszpikowany ołowiem.

W pewnym momencie usłyszeliście dźwięk tłuczonego jajka przyprawiający o obrzydzenie oraz plusk. Spod zamkniętych powiek Radzyminskiego poczęła sączyć się trew i stróżkami sunąć na skraj twarzy, by kropić na podłogę.
Od tego oderwała wasze spojrzenie poruszają się nogawka byłego medyka. Jeden punkt w niej urósł aż począł się poruszać w stronę wyjścia jakim były stopy.
Skórzane buty medyka również nasiąkły krwią…

Daniel O’Malley

Porucznik nie poruszył się nawet o centymetr, jedynie patrzył się z rozdziawioną szczęką, na to co działo się przed nim. W dalszym ciągu nie mógł w to uwierzyć. To było tak, jakby Radzyminski żył jakimś dziwacznym, niezbyt Radzyminskim życiem. Jakby coś przybrało jego skórę…oczywiście! Tak jak u tamtego gościa! To była ta cholerna ruska broń!

-Co do kur…Chrzanić to, rozwalić skurwysyna!

O’Malley zrobił wreszcie to, na co podświadomie czekał już od dłuższego czasu. Wreszcie jego palec wskazujący przestał świerzbić i zacisnął się na spuście. W tak samo radosnym tonie jak jej właściciel, broń wypluła z siebie serię pocisków.

Lana Smith

Wieści o domniemanym zmartwychwstaniu Radzymińskiego nie były dobre. Pierwsze, co przyszło na myśl Lanie to konający człowiek, którego zastali tutaj i to COŚ, co z niego wyszło.
- To naprawdę nie jest dobry pomysł – powiedziała z naciskiem do Agnes – Zostańmy tu, do powrotu reszty, lub poczekajmy na wieści od nich i wtedy postanowimy czy idziemy. Możliwe, że to, co uznali za oznaki życia wcale nimi nie są.

Randolph Clare

Duzo słów cisneło mu się na usta ale zadne nie było cenzurowane. Pokazanie że jednak miał racje i dobrze postapił nie było teraz najwazniejsze, będzie miał na to jeszcze czas
na skopanie dupy Travisowi tez znajdzie czas i zrobi to z wielkim uniesieniem, ale teraz należało strzelać , strzelać,strzelać,strzelać i właśnie to zrobił wysyłając w strone Radzymińskiego krótkie 3-4 pociskowe serie.w kierunku tego czegoś co poruszało się w nim i o dziwo strzelanie do Radzymińskiego powodowało mu przyjemnośc i gdzies głęboko ukrytą satysfakcję.

Jesus Mendoza

W innych okolicznościach nigdy by tego nie zrobił. W innych okolicznościach nigdy by nie strzelił do towarzysza. Ale okoliczności były takie, a nie inne. Mendoza czuł jak wszystkie jego uczucia – strach, gniew, zdezorientowanie, głód i tysiące innych, których nawet nie potrafił nazwać – wszystkie zbierają się w końcówce palca opartej na spuście. I czuł, że przez to delikatne naciśnięcie, może się tego wszystkiego pozbyć. W tej chwili nie było siły, która by go przed tym powstrzymała. Z uczuciem ulgi Mendoza odczuł, jak karabin “tańczy” mu w dłoni. Jednocześnie uświadomił sobie, że słyszy donośny krzyk, właściwie nawet ryk, i że to on tak krzyczy. I z każdą chwilą ryku, i z każdym pociskiem opuszczającym lufę karabinu, krok po kroku jest coraz bardziej rozluźniony. Przez tą chwilę nie miało znaczenia to, że znajduje się w sercu lodowej pustyni. Do rzeczywistości przywrócił go dopiero odgłos iglicy trafiającej w próżnię. Mendoza przez chwilę ze zdziwieniem przyglądał się swojemu karabinowi, po czym wytrenowanym ruchem zmienił magazynek.

“Beznamiętne, twarze twarze ze spokojem patrzące na śmierć towarzysza.”

Seria pocisków gwizdała w powietrzu, z czego większość z nich nietrafiając z gwizdem odbijała się od kafelków zostawiając na nich trwały ślad wgniecienia i popiołu. Radzyminsky został rozstrzelany, a na jego grubym korzuchu wypalona została seria nierównomiernie rozmieszczonych dziur. Z ust wypłynęła mu kolejna porcja świeżutkiej krwi zmieszanej z niemal bulgocącą śliną połyskującą w świetle neonówek. Cokolwiek znajdowało się w nodze Jacka, zamilkło. W powietrzu unosił się smród spalin oraz…

rozkładu.

Po krótkim pruciu nastała cisza. Nikt nie śmiał nikomu spojrzeć w twarz na świadectwo popełnionego tutaj czynu.

Travis Christie

Jako jedyny nie wystrzelił ani jednego pocisku. Skurwysyn nie jest dokładnym oznaczeniem celu, uśmiechnął się w duchu. Cały czas jednak celował lufą karabinu w Radzyminskiego, po rzezi nadal wpatrywał się w to co z niego zostało.
- Biedaczek – westchnął. – Jak pech, to pech, ale może zabierzemy już stąd nasze tyłki? On – wzsazuje resztki Radzyminskiego – chyba nie jest tak fascynującym widokiem, byśmy musieli dłużej tu stać i się wpatrywać – skrzywił się mimowolnie.
Kolejny kluczowy moment. Jeśli ktoś rzuci nieodpowiednie słowo, to może się źle skończyć. Mam nadzieję, że to niebędę ja. Nie chcę skończyć jak ten tutaj.

Daniel O’Malley

Odblokowany, pusty magazynek z brzdękiem upadł na podłogę, podczas gdy pistolet maszynowy wypuścił cienką strużkę dymu ze swojej lufy. Porucznik niespiesznie odpiął kaburę z amunicją i załadował kolejny magazynek. Szczęk kuli ładowanej do komory odbił się echem po pustych korytarzach.

-Panowie, chyba każy z was miał po trochę rację.

O’Malley obrócił się na pięcie i skierował się do wyjścia.

-Czas się stąd wynosić. Czekają na nas w wieży radiowej. Jeśli nikt nie ma jakichś sugestii to idziemy. Mam tylko dwa pytania. Czy ktoś ma papierosa? Chyba stary nałóg znów ściska mnie w bebechach.

Porucznik wyszedł na korytarze. Po chwili z półmroku dało się znów słyszeć jego głos.

-Ach i drugie pytanie…czy Radzyminsky to nie ruskie nazwisko?

Śmiech O’Malleya nikł wraz z jego oddalającymi się krokami.

Jesus Mendoza

Mendoza odwrócił głowę od widoku zmasakrowanego ciała i ruszył za porucznikiem. Nie czuł się winny. Czuł ulgę. To nie był jego towarzysz. On stwarzał zagrożenie dla wszystkich. Poza tym, wypełniał rozkaz porucznika. Mendoza otrząsnął się ze swoich myśli i przyspieszył kroku doganiając porucznika.

Randolph Clare

Zabezpieczył broń i uśmiechnął się. Nigdy go nie lubił od czasu gdy dał mu wpysk. Ale cóz był człowiekiem,chociaż tylko do momentu gdy wpruł mu kilkanaście pocisków w brzuch i głowe.
Nieoglądając się ruszył za porucznikiem

Grupa gruboskórnych szybko i bez nerwów załatwiwszy sprawę, udała się po lodowatych schodach na górę. Gasili za sobą światło, żegnając wprawiające w szpitalny nastrój, białe neonówki. Sala komputerowa, sypialnia i na lewe szkrzydło do drabiny obok zniszczonej gorzelni. Wyjątkowa siła do otworzenia zardzewiałego włazu na górę.
Na dachu pogoda była nadzwyczaj bezpośrednio odczuwalna. Mimo, iż to kilka metrów, musieliście założyć gogle na oczy, gdyż wiatr lecący po przekątnej kąsał was bez litości, a tysiące lodowatych igieł wbijały się w każdy odsłonięty fałd skóry.
Wkrótce dotarli do wieżyczki na pięć metrów. Gdy każdy z was tknął poręcz schodów, był niemal pewien, że już tam się dostaną. Jednakże dla dodania do tej teorii kilku procentów pewności, kurczowo trzymaliście się metalowej rury, która niepewnie drgała w świstach na wietrze.
Porucznik chwycił z klamkę i pociągnął z wysiłkiem otwierając drzwi do środka.

Agnes Katzeberg

Po długim czasie milczenia, rozmyślania i godzenia się ze swoją sytuacją na tym pustkowiu Agnes uświadomiła sobie co musiało zajść z Radzyminskym i nie miała tu na myśli jego zdrowia, raczej to co zrobili mu kompani podróży, którzy teraz mieli nietęgie miny. Nawet nie zamierzała nic mówić, po prostu w ciszy starczyło im się przyjrzeć. Zupełnie jakby ktoś wystawił im szereg złych ocen do dziennika, a teraz wrócili do domu czekać na karę.
- Poruczniku – nie wytrzymała w końcu, choć bardzo się starała – Ruszamy w drogę? – nie zapytała o Radzyminsky’ego, jej zdaniem i tak powinien tu zostać. W mniemaniu Katzeberg był chory, zarażał i choć to mało humanitarne… powinien tu zostać czekając na śmierć, tak było lepiej dla nich wszystkich.

Daniel O’Malley

-Tak, ruszamy. Sprawdźcie czy wszystko zabraliśmy i przeładujcie broń. Katzebarg zgarnij z tąd cały sprzęt, który wydaje ci się, że może się przydać, a zmieści się do plecaka i ustal dokładnie w którym kierunku według kompasa musimy iść. Za minutę wszyscy na dole i zabieramy się.

Porucznik skierował się już do wyjścia. Założył na głowę futrzany kaptur, poprawił rękawice i naciągnął gogle na oczy.

-Jakby ktoś gdzieś zauważył jakieś fajki, to rekomendowałbym go do medalu…a może nawet jakiegoś awansu w warunkach polowych.- Powiedział do reszty, czekając.

Agnes Katzeberg

- Tak jest – zakomunikowała bez większego entuzjazmu podchodząc do wszystkiego co uznała za potrzebne – Tylko, że będziemy musieli się podzielić… do zabrania jest napewno: ta aparatura radiowa, przydadzą się też mapy, wymienne części, zasilanie do aparatury, ech… kabelki – zaczęła wyjmować wszystko z grobową miną. Po wyłożeniu przysłowiowej “kawy na ławę” okazało się, że jest tego całkiem sporo, ale nie stanowi problemu do zapakowania chociaż częściowo do poszczególnych plecaków.
- O… tutaj w szafce są nawet papierosy – Agnes wyjęła paczkę i przyjrzała się jej uważnie – Proszę poruczniku, ja nie palę, może w środku coś jeszcze jest? Kto wie…

 

Daniel O’Malley

-Katzeberg! Dostajesz awans na admirała floty!
- Wykrzyknął O’Malley łapiąc papierosy. Wyciągnął jednego z paczki i odruchowo zaczął macać się po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki. Niestety nie palił już od kilku ładnych lat, więc znalezienie ognia nie było łatwe. Gdyby miał go wcześniej, pewnie użył by go do oświetlenia sobie drogi w ciemniejszych zakamarkach opuszczonej bazy. Ale jak wie każdy palacz, nawet taki, który dopiero co odkrył na nowo swój dawny nałóg, paląca potrzeba pokona wszystkie przeciwności. O’Malley znalazł w końcu zapałkę na dnie jednej z kieszeni i odpalił ją o szafkę obok niego. Z chwilą w której papieros rozżarzył się, błogi uśmiech wykwitł na twarzy porucznika.

-Dobra szybko szybko. Pakujemy radio i tak dalej. Chyba wszyscy chcemy się szybko z tąd wynieść.
-Daniel zaczął ładować z prędkością światła rzeczy podawane przez Agnes.

Lana Smith

Wpatrywanie się w ścianę i siedzenie na krześle było bardzo pasjonującym i co ważne uspakajającym zajeciem, aż do przybycia reszty drużyny. Brak Radzymińskiego mógł oznaczać, że albo umarł albo… Nie chciała teraz o tym myśleć. Nie teraz, stojąc przed wizją wyjścia powrotu na ten mróz. Wstała i z nerwów zaczęła przerzucać przedmioty i pakować te, które osobiście uznała za potrzebne
- Jak znajdziecie jakąś apteczkę czy coś to możecie mi ją dać – powiedziała do reszty

Agnes Katzeberg

Przyjrzała się uważnie Lanie po czym powróciła do podawania najróżniejszych rzeczy w celu ich spakowania do plecaków grupy.
- Nie wiem czy znajdziemy w wieży radiowej apteczkę… były słowiańskie papierosy to może i ona się znajdzie? – powiedziała nie patrząc na nikogo i do reszty wcielając się w dobrą wróżkę, która gorączkowo zaczęła przeszukiwać inne szafki i szafeczki by znaleźć apteczkę. Nie pomyślała o tym, ale była im naprawdę potrzebna… Agnes czuła w kościach, że Radzyminsky to dopiero początek, poza tym, w leczeniu, bardzo nieudany. Zwłoki na stacji po prostu zaczynały wysypywać się jak z rękawa, Katzeberg zaczynała odczuwać przyzwyczajenie.
Przecież tak czy siak, kiedyś człowiekowi musi odbić do reszty.

Travis Christie

Z twarzą pokerzysty chodzi za dowódcą cały czas oglądając się na wszystkie kąty i uważnie lustrując najmniejsze zacienione miejsca. Śmierć uderza z zaskoczenia. Cały czas przez głowę przelatują mu jednak mącące myśli na temat co się stało z Radzyminskim. Czy postąpili właściwie? Czy powinien zatrzymać rzeź? Może było inne wyjście? Czy on naprawdę nie żył? Może to kolejna iluzja, którą to miejsce chce oszukać nasze zmysły? Cholera…co ja pieprzę. Radzyminski jest historią i trzeba myśleć bardziej o swoim tyłku.
Ekwipunek, ekwipunek. Co może się jeszcze przydać. Ani chybi, tylko cud. O ile nie znajdziemy w tym bajzlu jakiejś porządne pół calówki, to chyba mam wszystko co potrzeba do szczęścia.
Nadal pomimo względnego bezpieczeństwa chodzi z bronią gotową do strzału, cały spięty, starając się przynajmniej być chroniony od jednej strony ścianą.

Pomimo rozterek, jest żołnierzem, jest w swoim żywiole.

Daniel O’Malley

Szybka zegarka na ręku zaparowała już dawno i nie dało się nic z niego odczytać. Nie ważne, im szybciej mieli się wynosić z tej stacji, tym lepiej.

-Dobra jest wszyscy. Bierzemy to co mamy w rękach i na plecach i idziemy. Czego nie znaleźliśmy, nie żałujemy. -Odezwał się porucznik głośno. Zapalił jeszcze jednego papierocha i nasunął na głowę kaptur futrzanej kurtki.

-Christie, Mendoza, Idziecie na przedzie. Palce na stali i oczy przy celownikach. Katzeberg, Smith, wy na tyle.

O’Malley przepuścił żołnierzy przed siebie i ustawił się po środku grupy. Gestem lufy MP-5 wskazał grupie by zaczęła iść do przodu, w kierunku drzwi na zewnątrz.

Jesus Mendoza

Mendoza szybkim ruchem zgarnął do swojego plecaka część przedmiotów przygotowanych przez Katzeberg. Były to jakieś kable, części, nie miał pojęcia do czego to służyło, ale skoro miało im pomóc, to nie miał nic przeciwko dźwiganiu tego. Następnie sprawdził magazynek w swoim karabinie, poprawił plecak i wysunął się na czoło kolumny.
- Mendoza gotów. – zameldował.
Bycie na pierwszej linii miało jedną niezaprzeczalną zaletę. Ktoś krył twoje plecy. A w sytuacji, w której się znaleźli, bezpieczne plecy to chyba największy luksus.

I TUTAJ SESJA SIĘ KOŃCZY> NIC WIĘCEJ NIE NAPISALI… THE END

Opublikowany w Inne | Zostaw Komentarz »

Sesja “The Thing” vol.2

Opublikował/a mrcollector w dniu styczeń 7, 2007

por. Daniel OMalley
-Clare, ubezpieczaj-powiedziałem lekko poddenerwowanym głosem i ruszyłem do przodu z wyiciągniętą bronią, aby sprawdzić dokłądnie pudła.

Po przetrzepaniu pudeł na samym dole poczułeś, że są ciężkie i coś w nich jest. Jest tych rzeczy więcej i padają od ścianki do ścianki z głuchym dźwiękiem. Pudła nie można otworzyć tradycyjnym sposobem.

Agnes Katzeberg

Agnes już się uspokajała, ale przeraźliwy widok wnętrza tamtego pomieszczenia na wieki wieków zostanie jej w pamięci. – Lano, tam… tam są zwłoki, podejrzewam jednego z naukowców, miał otwarty brzuch, a z jego wnętrza… wystawało, takie… coś! Jak macka ośmiornicy - powiedziała roztrzęsionym głosem – Wszędzie jest krew, a Radzyminsky… został tam - po jego krzyku można było wywnioskować, że albo się bardzo wystraszył i nadal siedzi w pokoju, albo… spotkało go nieszczęście - Nie wiem co z Radzyminskym – powiedziała po namyśle, cały czas trzymając pistolet skierowany w stronę drzwi – Nie mam pojęcia co robić, Radzyminsky! Odezwij się! Może iść po pomoc? – Agnes nie wiedziała co zrobić, nie wiedziała co o tym myśleć… macka?! Co to może być? Kawałek jelita? Kto rozszarpał naukowca? Gdzie jest teraz druga ekipa? Pomału kierowała się w stronę schodów, należało iść po wsparcie, ale nie można zostawić Radzyminskiego w pokoju! – Radzyminsky! - jeszcze raz zawołała Katzeberg nasłuchując uważnie dźwięki z pomieszczenia - Może upadł? Lub… uderzył się i stracił przytomność? - Agnes próbowała domyślić się losu kolegi, spojrzała na Lanę.
Randolph Clare

Słysząc potworny krzyk zwracam się do porucznika- Słyszał Pan?Wycofajmy się i ruszajmy w kierunku krzyku
Nie zważając za bardzo na odpowiedz porucznika delikatnie przemieszczam się w kierunku wyjścia

Daniel O’Malley
Otwieram je sposobem mniej tradycyjnym, ale bardziej skutecznym. Czyli najpierw opróbuję podwazyć wieko nożem, a jak to nie wyjdzie stosuję but..

Pierwsza metoda niezadziałała na pudle pokrytym krwią. Metoda nietradycyjna sprawiła, że drewniane listwy połamały się. Gdy zaglądnąłeś do środka zauważyłeś, że jest tam worek, z którego potężnie cuchnęło rozkładem.

Lana popatrzyła na Agnes -chyba nie doczekamy się pomocy, trzeba zobaczyć co z Radzyminskim, Ty masz latarkę, pójdziesz ze mną?

Agnes Katzeberg

Agnes odruchowo skinęła głową na “nie”. Nie miała zamiaru tam wchodzić, nie po tym co tam zobaczyła… ale Radzyminsky nie odpowiadał, na górze także nie było słychać aby ktoś nadchodził. Czas mijał… Radzyminsky milczał… – Jeżeli pójdziesz pierwsza… - Agnes zaczęła niepewnie, naprawdę nie miała ochoty tam wchodzić bez wsparcia. Wyjęła latarkę i podała Lanie.

- Poruczniku zaraz wracam – Chyba potrzebują nas bardziej niż tu
Twoje milczenie wydaj mi sie przyzwoleniem
Ostatnią część zdania krzyczę już biegnąc ile sił w nogach do pomieszczenia w którym czekają dziewczyny.
Jeżeli nic mnie nie powstrzyma to podbiegam do dziewczyn.

Randolph Clare

Wpadam jak wiatr do pomieszczenia z którego dobiegały krzyki. Już sam widok Agnes i Lany stojących w kącie pokoju z twarzami białymi jak płótno nie wróży nic dobrego.
- Co się stało, co to był za krzyk wypluwam z siebie głośny i szybki potok słów
Jednocześnie rozglądam się po poomieszczeniu w poszukiwaniu wroga.

Lana z latarką w jednej ręce i pistoletem w drugiej spojrzała z ulgą na Randolpha – coś się stało z Radzyminskim, poza tym Agnes znalazła martwego naukowca a palec który znaleźliśmy został odgryziony przez coś o mordzie wielkości średniej betoniarki- zdawszy tą pośpieszną relację Lana odetchnęł z ulgą że nie są już z Agnes zdane wyłącznie na siebie.

Randolph Clare

-Ok dziewczyny , Lana daj latarkę ja bedę świecił , wchodzimy razem ja pierwszy w środku – Lana ty pół metra za mną po lewej stronie a ty – Agnes to samo tylko po prawej stronie.Wchodzicie za mną i zaraz po wejściu obnizacie sylwetka w ten sposób ( pokazuje jak) i każda kryje swoja strona tzn. kieruje broń w kierunku wszystkiego co wam wyda sie podejrzane , Lana ty masz lewą stroną , Agnes ty Prawą a ja środek.
- Broń w rękach odbezpieczona i przeładowana , strzelacie tylko na moje wyraźne polecenie. Czy wszystko zrozumiałe.
-Weźcie gęboki oddech i ruszamy . Patrzę na wystraszone i podekscytowane dziewczyny .
- Teraz

Mówiąc to idę w kierunku wejścia do pomieszczenia . Jeżeli nic się nie dzieje to zatrzymuję się pół metra w głębi pomieszczenia tak aby dziewczyny też już były wewnątrz . Z uwagą lustruję pomieszczenie

Agnes Katzeberg

Agnes na słowo “Teraz” kiwnęła głową, weszła… patrząc na prawą stronę pomieszczenia nie widziała nic szczególnego. Czuć było tylko ten nieprzyjemny odór… Świadomość, że nie widać Radzyminsky’ego, i że gdzieś nieopodal leży rozszarpany naukowiec wywoływała u Agnes trzęsienie się dłoni i strach. Trzymała pistolet sztywno i mocno, chyba nic by jej teraz broni z dłoni nie wyrwało. - Radzyminsky? – spytała patrząc w ciemność – Jesteś tu? – spytała, było cicho…

Lana ostrożnie weszła za Randolphem i rozejrzała się po pomieszczeniu oświetlanym skąpym promieniem latarki po czym słysząc wentylator odezwała się -Agnes słyszysz ten szum? to brzmi jak wentylator czyli zasilanie nadal działa może udałoby się coś pomieszać w kabelkach i podczepić chociaż jedną żarówkę. Niewiem czym jest to coś co obgryza palce ale wolałabym to najpierw zobaczyć niż poczuć.

W niespokojnej sali pełnej mroku pojawił się promień światła, który skierował kwazary pokolei po płytkach usadowionych na ścianach. Międzyczasi słyszeliście jakieś szwędanie na podłodze przed wami, coś jakby skomlenie. Odruchowo skierowaliście tam broń i Clare poświecił latarką, która ukazała ubranego w gruby kożuch Radzyminskiego na ziemi. Trząsł się jakby dostał ataku padaczki. Z ust wylatywały mu bełkoty, a jego twarz wyjątkowo zbladła. Kurczowo trzymał broń w ręce i kierował ją przed siebie jakby zobaczył istotę z najgorszych koszmarów. Jego palec znajduje się na spuście, a ręka drży. Celuje mniej więcej w wasze nogi.
Latarką poświeciłeś w stronę kąta pomieszczenia i tam ujrzeliście ciało naukowca z otwartym brzuchem. Agnes zauważyła, że z brzucha nie wystaje macka, która była tam wcześniej.

Agnes Katzeberg

Na widok zwłok zacisnęła oczy i odwróciła głowę - Potworne… - jęknęła, widok Radzyminsky’ego ją nie zdziwił, bał się… zapewne tych zwłok. *Hmm…* Agnes coś nie pasowało, póki Randolph trzymał światłlo na naukowcu spojrzała jeszcze raz – Moment… z jego brzucha coś wystawało, takie małe, czarne… jak macka – spojrzała na Lanę i Randolpha. *Co tu jest grane?* nie wierzyła własnym oczom.

Randolph Clare

Natychmiast wyłaczam latarkę i mocnym ruchem obydwu ramion odsuwam obie dziewczyny z lini strzału Radzyminskiego.

Radzyminskiego i Clare’a dzieliło zaledwie półtora metra…

Randolph Clare

Przez chwilę przyzwyczajam oczy do ciemności , nastepnie bardzo spokojnym tonem zwracam się do Radzyminskiego.
- Spokojnie to ja Randolph
- nic się nie stało
- juz tu jesteśmy
- już nic ci nie grozi
- odłóż broń

Mówiąc te słowa bardzo pomału zblizam się do niego starając sie delkatnie zboczyć w lewa stronę .
Gdy już zmniejszyłem odległośc o połowe gwałtownie uderzam w jego nadgarstek prawą stopą starając wybić mu broń w kierunku góry.

Radzyminsky patrzył jakby w górę gdzie widział oczyma wyobraźni coś co go przerażało. Oczy wypełnione tylko białkiem przeraziły cie. Wydał z siebie mamrotanie jakby coś chciał powiedzieć, jakby coś mu przeszkadzało. Po twoich słowach nadal wymachuje bronią i tarza się na ziemi po prawym boku. Zachowuje się jak ktoś kto postradał zmysły.

por. Daniel O’Malley
Wiedząc już co znaję w środku rozcinam worek. Następnie badam ciało. Staram się sorawdzić w jaki sposób osoba ta została zabita. Czy to była kula, nóż, a może coś innego. Następnie dokładnie egzaminuję pomieszczenia..

Odór sprawia, że nos schować musisz głęboko w swojej skórzanej kurtce. Zauważasz, że pocięte części ciała znajdujące się w worku pochodziły tylko z dolnej części ciała, a dokładniej na dół od torsu. Bóg wie, co stało się z resztą. Blade, a nawet czarne nogi i zakrwawione ręce wyglądały jakby zrobił to właściciel potężnych zębów, gdyż fałdy skóry były po prostu rozerwane i wisiały tworząc uczucie jakbyś już to kiedyś widział.

Randolph Clare

W zalezności od tego czy udało mi sie wybic z ręki broń czy też nie – jeżeli tak to chwytam go mocno za kożuch i wyciągam z pokoju.

Agnes Katzeberg

Jeżeli tylko Clare i Radzyminsky wychodzą z pomieszczenia Agnes robi to samo. – Wydaje mi się, że z nim jest coś… – spojrzała na panikującego Radzyminsky’ego – Nie tak… – dokończyła ciszej do Randolpha.

Radzyminsky, a raczej to co z niego zostało – cielesna, blada powłoka został pozbawiony broni i wyciągnięty siłą z pomieszczenia. Jednak szarpał się niewiarygodnie szybko i wrzeszczał w niebogłosy jakby go katowaly demony i zadawały niewiarygodny ból. Ból, którego chce się uniknąć nawet za cenę duszy. Z pomocą wbiegła Agnes, dzięki której udało się wyciągnąć obitego w korzuch Radzyminskiego. Puściliście go, jego ślepia patrzyły w sufit, a buczenie serca było potężne. Właściwie niewiedzieliście czy to jego, wasze serca, czy coś innego.

Randolph Clare

Po wciągnięciu Radzyminskiego do pomieszczenia natychmiast zamykam drzwi do pokoju z trupem naukowca.
W trzech krótkich zdaniach informuję Lane że trzeba dać co Radzyminskiemu na uspokojenie ( i to najlepiej końską dawkę )i polożyć go gdzieś tu , aby się przespał a potem zobaczymy co z nim dalej .

-Agnes i co ty na to wszystko, trzeba by znaleść resztę grupy i zastanowić się co robimy dalej – zwróciłem się z zapytaniem do dziewczyny.
- Czy myślisz że jest jakaś szansa aby porozumieć się z dowództwem drogą radiową

Mówiąc to wyjmuje porubuje porozumieć się przez stację z porucznikiem
- Panie poruczniku – tu Clare – gdzie pan jest – musimy się wszyscy spotkać – w jednym miejscu – ja jestem z Radzymińskim, Katzeberg, i Shmit – proponuje spotkać się za 5 min przy wejściu którym weszliśmy na teren stacji – odbiór ……

Lana spojrzała do apteczki, gdzie poprzepracała w pośpiechu parę rzeczy. Następnie rzuciła niepewnym okiem na Clare’a i wyjęła biały, plastikowy pojemniczek w kształcie buteleczki, w którym musiały być tabletki. – Tego się nie używa na ludziach… – Padły jej jedyne słowa.
Radzyminsky z otwartymi szeroko oczyma tażał się po ziemi nadal wydając dziwne dźwięki.

Randolph Clare

- No cóż on teraz też za bardzo nie przypomina człowieka - dałem pokaz mego czarnego humoru
- A tak poważnie to chyba go nie zabije skoro zwierzęta to poradzą to on też - zwracam się do Lany
- A teraz musimy podjąć ważniejszą decyzję , co robić – mówię do dziewczyn
łączności z pozostałymi nie ma , według mnie zostaliśmy tu sami – może oprócz porucznika bo gdy go zostawiałem spiesząć wam na pomoc to żył i miał się w najlepsze
- więc zrobimy tak , zostaniecie tu razem z Radzyminskim a ja pójde zobaczyć co z porucznikiem
- ktokolwiek lub cokolwiek tu wejdzie oprócz naszych ludzi z grupy strzelać , co 10 min przez stacje nasobne sprawdzamy łącznośc – teraz jest godz………. więc za 10 min kontakt. -czy zrozumiałyście, a może macie inne pomysły?
Po tym monologu sprawdzam sprzęt i bacznie obserwuje dziewczyny

- Acha i coś wam powiem ale to jest tylko dla was – nie powtarzajcie to nikomu innemu
- jeżeli Radzyminski zacznie się jakoś dziwnie zachowywać , bardzo dziwnie ( będziecie wiedziały jak!) to ………….zastrzelcie go i biegiem do wyjścia
Mówiąc to odwracam się na pięcie i idę w kierunku pomieszczenia w którym zostawiłem porucznika

por. Jack O’Malley
Odcinam kawałek rekawa i obwiązuję nim twarz, ten smród jest nie do zniesienia..
Natępnie sprawdzam reszte pudeł, czy zawierają tą samą zawartość., oraz egzminuję pomieszczenie. Gdy skończę idę poszukać Radzyminsky;ego. On jako medyk na pewno powie więcej o ciałach.

Agnes Katzeberg

- No dobrze… ale zabić? Ach… - zanim Agnes zdążyła zadać jakieś pytanie Randolph zniknął. Agnes spojrzała na Lanę potem na Radzyminsky’ego *Nie był zbyt miły, to fakt, ale żeby zabijać?* pomyślała Agnes. Radzyminsky wyglądał jakby dostał pomieszania zmysłów…

Lana i Katzeberg zostały same w dolnym powieszczeniu z Radzyminsky’m. Gdyby nie było tu światła z neonówek (które i tak denerwująco miga) to dawno byście z tąd uciekły. Ciszę przerywa wasz trudny do złapania oddech oraz dziwny warczeniem jak lodówka, bądź wiatrak. Lana odparła – Nie wiem, co miał na myśli Clare, ale musimy uspokoić Jacka – Wskazała na coś co go przypominało – zanim od ciśnienia dostanie wylewu, bądź paraliżu.

* * *

Randolph wbiegł na drugie pomieszczenie po metalowych schodach. Nic się niezmieniło. Zapamiętał drzwi na prawo, którymi wyszedł i wbiegł tam, a jego oczom ukazał się porucznik O’Mannley, który widocznie, wyżywał się na pudłach butem a potem sprawdzał co takiego narobił. Śrób był nie do wytrzymania. W środku były zawinięte w szary papier i warstwy taśmy lekarstwa oraz w większości przeterminowane pożywienie.

Randolph Clare

Wchodze do pomieszczenia , smród jest tak silny że w pierwszym odruchu cofam sia za drzwi
- co tak tu smierdzi - rzucam w powietrze
Zasłaniam sobie nos rogiem swetra i z wysiłkiem podchodzę do porucznika. Przez 5 sekund lustruje otoczenie i odzywam się :
- Panie poruczniku musimy natychmiast wrócić do ludzi zostawionych na dole………
Streszczam w krótkich żółnierskich słowach zdarzenia które zaszły w ostatnich kliku minutach.

Agnes Katzeberg

Agnes chwilę patrzy na Radzyminsky’ego *A co ja mogę zrobić… nigdy nie widziałam kogoś w takim szoku psychicznym* pomyślała - Lano, masz coś na uspokojenie, daj mu… – Agnes zbliża się do Radzyminsky’ego, przy sobie ma pistolet, który trzyma nadal w prawej dłoni (w razie czego) – No już… spokojnie, Lana zaraz da Ci coś na uspokojenie, będzie wszystko dobrze – mówi głosem ciepłym i serdecznym, aby Radzyminsky wiedział, że może czuć się już bezpiecznie, choć jego zachowanie wskazuje na co najmniej uraz psychiczny…

Lana spojrzała w stronę Agnes i zaczęła panicznie szukać po apteczce półkrzycząc histerycznie – Morfina, narkoza, środki przeciwbólowe, bandaże i żadnej adrenaliny ni środków uspokajających do cholery! – Zaczęła wymieniać po czym nie mogła sie opanować.
Radzyminsky rzucał się panicznie, teraz zamkniętymi oczami i odrobina gęstej śliny wyleciała mu z ust na podłogę.

Agnes Katzeberg

- Musimy coś zrobić bo inaczej Radzyminsky zrobi sobie krzywdę! – powiedziała Agnes - Może przywiązać go do czegoś? Albo… - Agnes nie wiedziała co zrobić, nie miała liny… Radzyminsky postradał zmysły… Agnes rzuciła się do apteczki, teraz razem ją przeszukały do końca, nic nie znalazły. Agnes spojrzała na stan Radzyminsky’ego - Gdzie jest Clare? – spojrzała na górę, miała nadzieję, że zaraz ktoś zejdzie…

Randolph Clare

Mówię do porucznika od jakiś dobrych 5 min lecz nie zauważam żadnych oznak zainteresowania. Stoi nad pudłem i gapi się w jego zawartośc.
- Poruczniku , panie poruczniku ……….

por. Daniel O’Malley
Odwracając się w kierunku Clare’a i jednocześnie odsłaniając zwłoki których nie mógł wcześniej zobaczyć mówię
-Mam na prawdę pasudne wrażenie, że to co tu sie stało to nie jest zwykła awaria..
Idziemy..

Randolph Clare

Tylko na to czekałem. Zaraz po słowach porucznika pędem biegne do pomieszczenia gdzie zostawiłem dziewczyny .Raz po raz spoglądam w tył czy nadąża za mną porucznik.

Clare i Radzyminsky opuścili śmierdzący magazyn. Wyszli z niego i znaleźli się w pokoju na piętrze, gdzie były zamknięte drzwi do drugiego pokoju. Zeszli oni jednak na dół do czegoś w rodzaju pół-magazynu, pół przedpokoju gdzie znajdywała się Lana z Agnes, które same nie wiedziały, czy mają tu siedzieć i się trzęść czy uciec z wrzaskiem. – Poruczniku Danielu… – Zaczeła Lana – Radzyminsky doznał czegoś w postaci szoku. – I spojrzała powoli, lecz nerwowo na kręcącego się na plecach i podpierającego łokciami Jacka, który patrzył gdzieś w sufit. Jego mamrotanie pod nosem ustało, a zostało zachowanie, jakie widzieliście w instytucjach specjalnych, bądź w szpitalu psychiatrycznym.

 

por. Daniel O’Malley
-Ponówcie próbę kontaktowania się z bazą, Clare, choć, pomożesz mi go związać..
A czym macie zamiar go związać?
Rozglądając się po sali nie znaleźliście liny.

Daniel M’Malley
Jeżeli potrzeba używeam jego własnych rękawów robiąc mu coś w rodzaju kaftanu bezpieczeństwa..

Randolph Clare

Przy pomocy porucznika jakoś obezwładniamy Radzymińskiego. ( chociaż najlepiej to bym z nim inaczej zagrał , według mnie zawsaze był niestabilny!)

- Słuchajcie musimy go gdzieś zamknąć , nie może być tu razem z nami już i tak dosyć mamy kłopotów i problemów. Nie podoba mi się jego zachowanie, widziałem już wielu ludzi po różnych szokach ale on nie zachowuje się normalnie( jeżeli szok można nazwać pewną normalnośćią )
- A widzieliści tego naukowca z rozwalonym brzuchem, to tez nie jest normalne
zawsze lubiłem oglądać filmy sf i horrory i nie chce byc złym prorokiem ale……coś mi tu smierdzi……………….

Jednak nie udało się zawiązać w kaftan bezpieczeństwa rękawów z kurtki, która była grubą warstwą puchatej skóry.
Lana spojrzała na Radzyminskiego ze skrzywieniem, a potem na was próbujących szarpać jego ubranie. – Nie wiem co zamierzacie zrobić, ale chyba nie dacie rady… tym sposobem. – A potem z lękiem w stronę Clare’a – Co masz na myśli? Widziałam wiele osób z szokiem pourazowym i są podobne. Módlmy sięby nie dostał wylewu. – I potem rzeczowo zagadnęła do Daniela – Co znaleźliście na górze?

por. Daniel O’Malley
Odpowiadam spokojnym głosem:
-Trupiarnię, wypadałoby żeby potem odwiedził to miejsce jakiś medyk i zbadał ciała, a skoro Radzyminsky nie jest w stanie..

 

W porządku. – Dokończyła Lana – Dotrzymasz mi towarzystwa? – Zapytała, jakby zapominając o twoim stopniu wojskowym.

Agnes Katzeberg

Agnes próbowała się zorientować jak wygląda pogoda na zewnątrz, to był główny czynnik możliwości połączenia się z bazą – spróbowała to uczynić, ale już na pierwszy rzut oka będzie to nie łatwym zadaniem.

 

Przez zamarznięte okna nic nie widać, ale czuć świsty wiatru za niekształtymi drzwiami do pokoju, które staranowaliście.

Agnes Katzeberg

Agnes pomimo pogody, (która jak ona mniema niewiele się zmieniła…) spróbowała połączyć się z bazą. - Baza, baza słyszycie nas? Baza… - po chwili znowu spróbowała – Baza, baza tu Eta, słyszycie nas? – Agnes czekała na odpowiedź…

Z krótkofalówki dobiegały tylko trzaski i inne dźwięki spowodowane innymi falami oraz zakłóceniami.

por Daniel O’Malley
-Nie powiem żebym robił to z chęcią, ale towarzyszę, masz coś na uspokojenie w apteczce dla Radzyminsky;ego? Albo na sen?

 

Lana odparła – Na sen jest jeden sposób. – i pokazała gest uderzania pięścią – Bo tabletek to on ci nie weźmie nawet jak je mu wepchasz na siłę. A na uspokojenie nic nie mam…

Randolph Clare

- Ok ja to zrobie
Z nieukrywaną radością podchodzę do Radzyminskiego………..

Agnes Katzeberg

- Jest bardzo kiepsko, z resztą wiecie o tym sami… w dalszym ciągu nie mogę połączyć się z bazą - Agnes spojrzała po twarzach zebranych, zrobiła strasznie niezadowoloną minę – A z nim co będzie? – wskazała ręką na Jack’a. Przyjrzała się uważnie wszystkim, starała się odgadnąć czy przed chwilą coś uzgodnili, mieli niewyraźne twarze… Kiedy Agnes próbowała nawiązać kontakt z bazą oni musieli coś wymyśleć na Radzyminsky’ego, to było widać - Co chcecie z nim zrobić? - spytała Agnes z poirytowaniem – w taki stan doprowadzał ją Jack… cały czas w szoku psychicznym siedział na podłodze, na dodatek z ust kapała mu piana, bełkotał, obok niego zaś stał Randolph i najwyraźniej miał ochotę go trochę poobijać – Wiecie… ja się z resztą nie wtrącam, co chcecie z nim zrobić to zróbcie, ale raczej powinniśmy poszukać tutaj radiostacji czy czegoś takiego, a jego skoro nie mamy czym uzdrowić zostawmy narazie w spokoju… musi tu być pokój z radiem, o wiele silniejszym niż nasze zwykłe krótkofalówki, jak znajdziemy radio powinniśmy raz, dwa wezwać pomoc dla niego i dla nas… – powiedziała Katzeberg. – Nie chcę tu być ani minuty dłużej - spojrzała gdzieś na ścianę w zamyśleniu.

- Nie rób mu tego! – Wykrzyknęła Lana na widok chęci do przemocy jaką zaprezentował Clare. Po kwesti Agnes odparła – Najlepiej sprawdźmy po kolei pokoje. Został nam ten – Wskazala na drzwi po przeciwnej stronie do pokoju gdzie znaleźliście zwłoki naukowca. – Oraz te nad nami. Budynek ma dwa piętra… na ostatnim muszą być schody albo drabina na dach.

 

Randolph Clare

- Nic mu nie zrobie , tylko żartowałem.W tym ponurym teatrze potrzeba trochę żartów - uśmiecham się do wszystkich

- Nigdzie nie pójdziemy , nie chcę aby to coś co tak straszliwie przestraszyło Radzyminskiego wlazło mi na plecy . Jeżeli porucznik nie zadecydujeinaczej to zrobimy tak ….
- Porucznik i ja wchodzimy do tego pomieszczenia z którego wyciągneliśmy Radzyminskiego i wymieciemy wszystko co stanie nam na przeszkodzie, a wy przypilnujcie jego
- gestem wskazuje na wijącego sie st.sierż.- tylko pamiętajcie co wam mówiłem

Agnes Katzeberg

Przyglądała się jedynie przez chwilę reakcji Lany i poczynaniom Randolpha. Wzruszyła ramionami na to, że Clare z O’Malley’em chcą wejść do tego pomieszczenia – Dobrze, ale mnie tam nie ciągnijcie… po tamtejszych widokach straciłam śniadanie – odwróciła wzrok na Radzyminsky’ego - Trzeba go jednak uspokoić – powiedziała bardziej do siebie widząc stan Jacka, *Kiedy on się zmęczy czy coś? Zaczyna mnie denerwować i przyłożę mu sama zamiast Clare’a jeżeli za kilka minut nie przestanie* wiedziała, że tego nie zrobi, nigdy nie była zwolenniczką bijatyk, ale ten stan Radzyminsky’ego był już naprawdę conajmniej niepokojąco-denerwujący.

Randoplh Clare

Jeżeli Porucznik nie oponuje biorę laterka od dziewczyn, przeładowuje karabin i otwieram drzwie do pomieszczenia .

Daniel O”Malley
Porucnzik niemoponuje, ale sam z podniesioną bronią wchodzi zaraz za Clare’em.

Daniel i Randolph poszli do pokoju na przeciwko do tego, w którym był zabity w dziwny sposób naukowiec. Drzwi, które z łatwością się otworzyły przestały być tajemnicą.
Panował tu dźwięk kropienia. Po wejściu poświeciliście latarką i zauważyliście, że jest włącznik światła, który prędko nacisnął Clare dłonią. Szybki ruch ręki i pomieszczenie zostało oświecone neonówkami. Kafelkowe podłoże wraz z ścianami, których nie chcieliście nawet dotykać. Podłoga była wyjątkowo śliska. Przed wami znajdowały się kabiny na prysznic, obok zaś pisuary. Byliście w łazience. Na samym końcu pomieszczenia jeden z pisuarów był zniszczony i w strzępach i znajdowało sie na nim trochę biało-żółtej, gęstej substancji, która na oko była bardzo gęsta.

Randolph Clare

-To chyba nie to pomieszczenie – zwracam się do porucznika
-Mieliśmy wejść tam gdzie leżą naukowiec , ale jak tu jesyeśmy to zobaczmy co to za dziwo wylewa się z pisuarów

Po tych słowach podchodze bardzo wolno do każdej kabiny prysznicowej i sprawdzam czy coś w nich jest

por. Daniel O’Malley
Staram się zebrać trochę tego gestego czegoś na czubek noża, tak aby tego nie dotykać. Potem nasza medyczka powie mi co to jest. O ile sama będzie wiedziała..

Porucznik O’Malley nie pozwolił Clare’owi iść samemu i ruszył prędko za nim przystając nad pisuarem. Przyglądaliście się cieczy przez pewien czas, jakby was zahipnotyzowała. Jednak nic się nie działo. Było cicho, ale nieprzyjemnie z powodu, że jesteście daleko od domu i zdani na siebie po środku mroźnego koszmaru, a jedynym miejscem gdzie cieplici zadki jest dom wariatów w najgorszym tego słowa znaczeniu.
Nad pisuarem znajdowało się małe pobojowisko. Popękane, zżółkłe i brudne kafelki pojamane, a część tych odłamków leżała na podłodze i wydawała zgrzytanie gdy po nich stąpaliście. Mieliście dziwne wrażenie, że ktoś za wami stoi lecz gdy odwróciliście się za sobą zobaczyliście tylko zlew, w którym kapała woda z zardzewiałego kranu.
Po chwili Daniel wylął nóż zza skórzanego buta, obitego białym puchem z niedźwiedzia polarnego. Nabrał kawałek cieczy, która nieześlizgiwała się z ostrza.
Nagle usłyszeliście coś jak mamrotanie zakneblowanego człowieka, istoty humanoidalnej. Głos dobiegał z środkowej kabiny i był przerywany pluśnięciami o wodę.

Agnes Katzeberg

Agnes tymczasem bezradnie spoglądała na pomieszczenie, w którym siedziała od ładnych paru minut… może nawet godzin. Myślała o stacji, w której to łatwa misja okazała się piekłem na lodowym pustkowiu. *Ktoś tu popełnił morderstwo, i to nie tylko na jednym naukowcu, zniknęli wszyscy! To straszne… kto mógł coś takiego zrobić? I jak teraz wezwiemy pomoc…* takie i inne myśli przepływały teraz w głowie dziewczyny. Rozglądała się spokojnie. Poprostu rozmyślała milcząc. Jedynie od czasu do czasu zerkała w stronę gdzie zniknęli O’Malley i Clare.

Randolph Clare

Ściskam mocniej karabin i przesuwam sie aż stanę na wprost tego prysznica z którego dobiegają jęki.
Delikatnie odsuwam kotarę lub otwieram kabine

Po otwarciu kabiny okazało się, że ta akurat nie była od prysznicu. Siedziała tam muszla klozetowa oblana ludzką krwią tak samo jak część “ścian” ją otaczająych. Bałeś się spojrzeć w jej głąb, miałeś ochotę najlepiej uciec z tego miejsca.

por.Daniel O’Malley
Zajrzawszy do kabiny zaraz za Clare’em odbezpieczyłem karabiny strzeliłem raz w kierunku muszli klozetowej.
Ta cała akcja przestaje mnie bawić.

 

Katzberg siedząca w pokoju obok usłyszałą huk strzału. Było naprawdę głośne, dla wszystkich osób. Pocisk skruszył kawałek muszli i odbił się w ułamku sekundy. Łuska zaś spoczęła na podłodze. Dalej nic się nie działo.

Randolph Clare

Odczekałem jakieś 5 sekund od strzału porucznika i karabinkiem otwieram jak szeroko drzwi starając robic to raczej z lewej strony tak aby porucznik miał wolne pole ostrzału z mojej prawej

Agnes Katzeberg

Agnes słyszała odgłos wystrzału. Nic nie robiła narazie oprócz przysłuchiwania się. Jakby potrzebowali jej pomocy to by ją zawołali… narazie lepiej nie dokładać swoich trzech groszy tam gdzie nie trzeba… Agnes wolała nie narażać się na kolejne drastyczne widoki, całkowicie wystarczał jej ten naukowiec z otwartym brzuchem w pokoju obok.

Daniel podszedł powoli z odbezpieczoną dłonią do muszli. Teraz już nie widział nic poza nią. Nie chciał zobaczyć co w niej jest. Właściwie jego nogi się nie ruszały, ale suwały po kafelkach, lecz nic nie słyszał poza biciem serca, które miało setki decybeli. Nagle coś chlapnęło w centrum cedesu i odskoczyłeś odruchowo pare centymetrów i spojrzałeś jeszcze raz i przeraziłeś się, lecz potem odetchnąłeś z ulgą, że tu nic nie ma poza paroma kawałkami surowe mięsa. Ludzkiego mięsa… mało jaka istota, która przeżyłaby na Antarktydzie wydałaby tyle krwi na ściany tej kabiny. Cieknąca ciecz wydający niemiły odór…

Randolph Clare

- O kur………… wymkneło mi się z ust, niechciałbym byc w skórze czlowieka z którego to zostało-rzucam cicho w przestrzen

Przeglądam całe pomieszczenie w poszukiwaniu żywych osób i czegoś co nie jest tu na miejscu

Daniel O’Malley
Odwróciłem sie i pełnym napięcia głosem powiedziałem:
-Wracamy po Agnes i staramy się wezwac transport…
po czym wyszedłem z pomieszczenia..

Pomieszczenie poza kabiną pełnej mocnych wrażeń było normalne. Chociarz być może za długo jak na człowieka siedzicie w tym osobnym “świecie” i wiele nienormalnych rzeczy jest dla was normalne.
Poszliście na luzie do pokoju z Radzyminskym nad, którym czuwały Lana i Agnes. Wtedy medyczka zapytała – Co to strzały?

por. Daniel O’Malley
Głosem wypranym z wszelkich emocji mówię:
-Kolejne trupy.
Katzberg, spróbuj jeszczer az nawiazac konakt z bazą. I próbuj do skutku. Clare, ile pomieszczeń zostąło niezbadanych?

 

Randolph Clare

- Nie wiem dokładnie, myślę że trzeba jeszcze koniecznie sprawdzić pomieszczenie w którym Radzymindki doznał…………( pokazuje ręką przy głowie znaczacy gest) szoku- tam coś musi być .

Agnes Katzeberg

- Dobrze! – powiedziała Agnes, może nie wystarczająco głośno, ale ze skutkiem. Próbowała cały czas łączyć się z bazą… choć sama nie pokładała w tym zbyt wielkich nadziei.

Nerwowy chwyt latarek przez Randolpha i jego porucznika. Brzęczenie aparatu radiowego wielki ciągły dźwięk *tiiit* wymieniający się na zmianę z trzeszczeniem. Nie było sygnału. Clare i Daniel ostrożnie podeszli w tym chłodnym pomieszczeniu do drzwi. Do drzwi, za którymi znajduje się coś co ujrzeli wszystcy poza nimi. Znajdowało się tam coś co spowodowało drgawki Jacka. – powodzenia… – mruknęła Lana wyjmując małą saszetkę, w którą włożyła wcześniej znaleziony palec.
W pomieszczeniu panowało brzęczenie wiatraka i drżenie lodówki. Pierwsze kroki w stronę snopu światła. Biały, plastikowy stół, a na nim jednorazowe… plastikowe sztućce i papierowy talerzyk. Śmierdzące, niedojedzone jedzenie. Nigdzie nie było śladu ludzi. W kącie znajdowało się to co spowodowało u was szok, nie mogliście na to patrzeć. Mężczyzna ze spetkakularnie otworzonym brzuchem leżący na biórku. Dookoła, na ścianach i na podłodze była zaschnięta krwista ciecz.

Randolph Clare

-O kurw…………Wymkneło mi sie z ust
- Co to jest do cholery- zwrócilem się do porucznika, -jak pan uważa co lub kto mógł mu to zrobić
Rozglądam się z palcem na spuście po pomieszczeniu, a w szczególności dokładnie przyglądam się z odpowiedniej odległości trupowi.
- Czy niewydaje sie panu panie poruczniku że ta rana dość dziwnie wygląda
- Nie jest to normalna raczej rana ani postrzałowa ani też inna których juz troche się naoglądałem toi mi mwygląda jakby coś z jego wnetrza wyszło i rozerwało mu brzuch , może by to zobaczyła nasza dziewczyna?

Randolph Clare

Patrze uwaznie na porucznika i nie widzę w jego twarzy ochoty zaprzeczenia

-Lana , Lana choć tu szybko do nas
- wołam głóśno w kierunku wejścia do tego pokoju

 

por. Daniel O’Malley
Po tych ciałach w workach niewiele już jest w stanie mnie zaskoczyć. Patrzę uważnie na ciało i mówię do Clare’go
-Jeżeli jest tak jak uważasz to to coś wciąż tu może być. Sprawdzamy. Zaczynamy od drzwi, ty po lewej, ja po prawej..
Ostrożnie unosze broń i zaczynam szukać..

Randolph Clare

-Tak jest - zwracam sie do porucznika i robie to co on

Oboje przejechaliśćie snopami światła oraz karabinkami po ścianach dookoła sali, było ciemno i panowała nerwowa atmosfera. Lana wbiegła do pokoju lekko przestraszona waszymi poszukiwaniami – C… – wyrwało jej się z ust z kawałkiem śliny – co jest panowie? – odparła lekko. W ręce kurczowo trzymała apteczkę. Wy zaś nic nie znaleźliście.

Randolph Clare

-czy widziałas juz cos takiego-zwracam się do Lany
-obejrzyj te ciało z bliska i powiedz nam co moglo według ciebie spowodować taką ranę bo my już mamy swoja hipotezę
-tylko bądz bardzo ostrożna -ostrzegam dziewczynę
-bedę cię asekurował

- Jezu! – musiała na to spojrzeć. Kształt, który widziała tylko w koszmarach, ale i te były łagodniejsze. Nikt nie ma tak chorej wyobraźni… Pochyliła się do przodu w dziwnym geście, jakby poczuła ból. Ze spuszczoną głową patrzyła na wilgotną podłogę przecinaną siecią fug. – Nie chcę na to patrzeć. Błagam… nie proś mnie o to.

Agnes Katzeberg

Tymczasem Agnes nadal próbowała nawiązać kontakt z bazą, ale póki co słyszała w nadajniku jedynie głośne trzaski i szum. Najwidoczniej pogoda na Antarktydzie nie dawała za wygraną. Dziewczyna westchnęła. - Baza, baza słyszycie nas? - cały czas próbowała nawiązać kontakt. Nie pokładała zbyt dużych nadziei, ale rozkaz to rozkaz. Przycupnęła sobie, jednym kolanem opierała się wygodnie o podłogę. Spojrzała z zainteresowaniem na pokój gdzie jest reszta drużyny. Nie miała zamiaru tam wchodzić, póki co cieszyła się z zadania jakie próbowała wykonać, drastycznych widoków wywołujących mdłości miała na dzisiaj całkowicie dość. Oczywiście gdyby zaczęło się coś dziać Agnes natychmiast by pomogła, ale narazie jedyne dźwięki jakie ją dobiegały to szum wiatru na zewnątrz i brzęczenie kilku lamp w korytarzu. – Baza, baza słyszycie nas? – powtarzała te słowa co dwie minuty. Wsłuchała się wkońcu w wiatr. *Liczą na cud…* pomyślała i postanowiła spróbować połączyć się za ok. 10 minut. Schowała nadajnik i czekała aż czas upłynie w ciszy przerywanej jedynie świstem zawieruchy.

Przy przełączaniu częstopliwości na coraz wyższe towarzyszyły temu dziwne odgłosy gwizdów i naciągań struny. Jednak na końcu zabrzmiało to jakbyś otrzymała jakiś sygnał. Ten dźwięk to było nic poza brzyczeniem, ale sam fakt pozostał…

Agnes Kazteberg

Po 10 minutach Agnes wyjęła nadajnik *No zobaczymy* pomyślała. Nastawiła początkowo nadajnik na niższą częstotliwość, przysłuchiwała się, ale tu nie miało to żadnego skutku, głucho. Przy zwiększeniu częstotliwości zaczęło się wreszcie coś dziać, jakby prawie nawiązanie kontaktu. Dziwne brzęczenie - Baza, tu Agnes Katzeberg, słyszycie mnie? – dziewczyna nabrała nadziei. *Czyżby pogoda się zmieniła?* Mocniej uchwyciła dłońmi nadajnik – jedyną nadzieję na ucieczkę z tego potwornego miejsca. *No, dalej… dalej!*

 

Nic poza denerwującym trzeszczeniem. Jednak po chwili marnego siedzenia z pytaniami do komunikatora znowu nastąpiło pomieszczenie i usłyszałaś ciższe bzyczenie, a nie głośny szum połączony z trzaskami. Lekko cie to przeraziło, ale wsłuchałaś się w dźwięk. Trwał on dobre dziesięć sekund. Przy nim czułaś… wibracje. Chwilowe oderwanie umysłu od ciała. Nikt inny nie był w tym pomieszczeniu i nie słyszał tego.

Agnes Katzeberg

Dziwny, jednolity dźwięk wydobywał się z wnętrza nadajnika. Głośne wibracje, dobrze słyszalne dla Agnes stanowiły dziwną równoległą linię dźwiękową, o wiele bardziej uporządkowaną niż wcześniejsze trzaski i szum. – Co to ma być? – zdziwiła się dziewczyna - Baza, baza… słyszycie mnie? – puściła przycisk, znów ten sam dźwięk. Agnes kilka razy potrząsnęła nadajnikiem, nie słyszała w swoim życiu takich dziwnych fal. Może wewnątrz stacji uruchomiło się jakieś urządzenie, które zaczęło zakłócać odbiór? Agnes chwilkę jeszcze siedziała i nasłuchiwała, może jednak udało się połączyć z bazą? Dziewczyna zmarszczyła brwi i przyglądała się nadajnikowi. Nasłuchiwała.

Nic. Cisza i załamanie. Straciłaś sygnał. Ponownie trzaski i szumy powróciły, a dziwny sygnał odszedł. Nikt się nie odzywał.

Agnes Katzeberg

Znów ten sam szum i trzaski, ale Agnes nie zamierzała dać za wygraną. Udała się czym prędzej na wyższe piętro i uruchomiła nadajnik – Tu musi być lepszy odbiór - Agnes spytała czy baza ich słyszy. Czekała na odpowiedź, dziewczyna zamierzała się wydostać z tej stacji za wszelką cenę, zwłaszcza gdy teraz powstał cień nadziei.

podpor. Lana Smith

Kobieta patrzyła z przerażeniem na zwloki. W życiu czegoś takiego nie widziała.
-Przy… przypomina jakby ranę wylegową Obcych. No wiecie tych z filmu – rzuciła do żołnierzy.
Powoli zbliżała rękę w stronę trupa. Nerwowo przełknęła ślinę. Szybkim ruchem odsunęłą rękę, kiedy ta była jeszcze dośc daleko. Odwróciła głowę od trupa i wybiegła na korytarz, gdzie wsparła sie ręka o ścianę.
-Nawet w prosektorium… nie pokazywali nam takich rzeczy…! – rzuciła jakby do siebie.

Katzeberk otulona w kożuch miała ciężki oddech, a serce zaczęło silniej bić z podniecenia i nadziei. Pieprzyć misje, pieprzyć zadanie, najlepiej uciec z tego miejsca.
Wbiegła po metalowych schodach na górę czemu towarzyszyło echo walenia w cegłe. Gdy weszła na poziom z komputerami zauważyła niedojedzoną kanapkę w koszu na śmieci. Uniosła komunikator i wsłuchała się w niego na wysokiej częstopliwości. Znowu usłyszała ten dziwny dźwięk. Ciągnął się… wibracje, któe czułaś na drugiej i ósmej sekundzie stawały się coraz bardziej wyraźne. ie wiedziałaś co to jest i zaczęłaś coraz bardziej się bać. Traciłaś nadzieję, że to pochodzi od bazy, która znajduje się setki mil na zachód…

Travis Christie

Wchodzi do pomieszczenia z którego wybiegła Lana. Jego wzrok pada na trupa. Z początku zdaje się nie dostrzegać rodzaju rany. Podchodzi wolno a z każdym krokiem jego oczy robią się coraz większe, jego kroki mniejsze i bardziej chwiejne… – Co.. co to jest. J.. jak mu to zrobiono – jego ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Żaden trening w wojsku, nie ważne jak długi, nie mógł na to przygotować – … t.. to jest nie możliwe – karabin maszynowy został przez niego puszczony. Teraz zwisa bezwładnie na pasku zawieszonym przez ramie.

Agnes Katzeberg

Dźwięk wrócił, na tych samych, wysokich częstotliwościach co przedtem. Ale coś było nie tak… Agnes trzymała mocno nadajnik. Zmarszczyła brwi *To nie może być baza… nikt nie odpowiada, ten dźwięk…* dziewczyna powoli zaczęła wracać na dawny poziom stacji by powiadomić resztę o dziwnym odkryciu. – Słuchajcie z nadajnikiem jest coś nie tak! – zaczęła już wykrzykiwać w połowie drogi po schodach.

podpor. Lana Smith

-No właśnie, Christie – odpowiedziała wchodząc do pokoju tylko jednym krokiem w głąb – W życiu czegoś takiego nie widziałam. Nawet w prosektorium. Tu się coś naprawdę dziwnego dzieje. A nam przypadło zadanie, chodźbyśmy jak nie wiem wybrzydzali, zbadania tego. Przeszukajmy resztę pomieszczeń, moze uda nam się coś wiecej dowiedzieć.
Odwróciła się i ruszyła w stronę następnego, najbliższego pomieszczenia.

Cały parter, w którym byliście częściowo uwięzieni został zbadany. Przedpokój, a po bokach łazienka i jadalnia. Piętro wyżej znajduje sięsala komputerowa, magazyn i jeden niezbadany pokój… równie tajemnicze jest drugie piętro razem z dachem.

Randolph Clare

- a widzisz poruczniku nie ja jeden w tym gronie ogladałem film o obcych - znacząco wskazuje na lane
- więc moja propozycja sprawdzmy to co nam jeszcze zostalo poszukajmy może znajdziemy kogoś jeszcze nie zjedzonego - uśmiecham się ponurą twarzą
- i spadajmy jak najszybciej
- proponuje aby dziewczyny zostały z Radzymińskim z zastrzeżeniem tego co im już mówiłem a my ruszajmy na piętro bo tam jeszcze w jednym pokoju nie byliśmy - czy ktoś ma coś przeciwko?

Agnes Katzeberg

- Słuchajcie! – Agnes zbiegła wreszcie do grupy - Nasłuchiwałam sygnału w nadajniku w celu połączenia się z bazą i na wysokich częstotliwościach, na piętrze, można odsłuchać… - wzięła głeboki wdech - Bardzo dziwne dźwięki, nie spotkałam się nigdy z czymś takim! – Agnes patrzyła to na grupę to na nadajnik, który nadal trzymała w dłoni. Może trochę pokręciła wszystko to co miała powiedzieć, ale sytuacja bardzo ją intrygowała.

Nie tak prędko Randolph. Rozkaz to rozkaz i jeśli ktoś tu jest to cholernie potrzebuje naszej pomocy. Nie zostawimy nikogo żywego w tym piekle. – odparł stanowczo porucznik opuszczając pomieszczenie i ruszając w stronę przedpokoju gdzie była Agnes. Spojrzał na dziewczynę, to na skrzynke z narzędziami, którą zostawiła w tej sali na ławie. – No to pewnie jest jakiś zepsuty. Słyszałaś piski i różne zahaczenia to normalne, lepiej nie przerywaj misji takimi bzdurami. Nie mam zamiaru umieszczać tego w raporcie. – padł ponuro – Randolph! Travis! Za mną. – odwrócił się za siebie po czym odparł w stronę Katzeberg – Siedź tutaj razem z Laną i nie wchodźcie do łazienki, chyba, że będziecie miały wielką potrzebę. – ruszył powoli w stronę schodów, zmieczył mechaniczkę wzrokiem i czekał na Clare’a i Travis’a.

 

Agnes Katzeberg

- Ale… – Agnes nie zdążyła nic powiedzieć, została zignorowana, a drążenie tego tematu w tak smętnych nastrojach jakie panowały tu na dole mogło być ryzykowne. Agnes już nic nie powiedziała, właściwie to poczuła się odepchnięta. Spuściła wzrok i poszła pod ścianę. *Jak tylko odejdą pokaże nadajnik Lanie* Agnes liczy na to, że dwie osoby to nie jedna, będzie łatwiej przekonać ich wszystkich do dokładniejszego przysłuchania się dźwiękowi… Dziewczyna dokładnie obserwuje poczynania grupy i czeka na najlepszy moment. *Muszę ich przekonać do odsłuchania tego, to nie są zwyczajne trzaski!* zmarszczyła brwi, takie coś słyszała pierwszy raz… a myślała, że do tej pory dobrze radziła sobie w swoim fachu…

Travis Christie

Wyszedł z pokoju. Ruszył za porucznikiem, poprawił kaburę i sprawdził, czy pistolet dobrze z niej wychodzi. Idąc za porucznikiem odbezpieczył broń maszynową i uważnie obserwował każde wyjście czy miejsce gdzie mógł schować się ten psychol, który pozabijał tu ludzi – Poruczniku… wiecie… macie pomysł co może się tu dziać? – w jego głosie słychać było niepewność… może nawet strach

Jesus Mendoza

Uważnie przysłuchiwał się głosom dochodzącym z “przedpokoju”. Gdy porucznik wyszedł z pomieszczenia Mendoza wszedł do niego. Podszedł do Agnes wciąż ściskającej radionadajnik.
Nie przejmuj się słonko. Ci goście tutaj powinni mieć dużo mocniejszy nadajnik. Może na nim odczytasz te sygnały. Założę się, że jest gdzieś na górze. – powiedział.

podpor. Lana Smith

-Yes Sir! – odpowiedziała ne wysilajac sie na salutowanie. Chodź nie przepadała za uznawaniem kobiet za słabsze itd. zwykle też nie przepadała na kłóceniu się z nimi oto, zwłaszcza z starszymi stopniem.
-Urok stopnii wojskowych! Nie uważam je za niezbędne i wyrokotwórcze, ale teraz jestem zadowolona, że jest ktoś “starszy” ode mnie. Zamierzałam pójśc na górę tylko z czystego obowiazku, ale skoro mam rozkaz zostania na dole… – rzuciła do siebie w myślach.

Agnes Katzeberg

Agnes zastanawiała się co zrobić, narazie wszyscy podejmowali jakieś decyzje… a ona miała zostać z Laną i Radzyminsky’m. Nie bardzo jej zależało na wałęsaniu się po stacji, zbyt dużo nieciekawych wizualnie rzeczy mogło się kryć w pomieszczeniach, ale chciałaby żeby znaleźli radio. Agnes przedewszystkim pragnęła się stąd wydostać. Na słowa Jesusa tylko lekko się uśmiechnęła, żeby wiedział, że wszystko jest w porządku… jednak wcale tak nie było. *Mam pomału dosyć…* pomyślała i oparła się o ścianę, nie wiadomo jak długo teraz będzie musiała czekać za grupą pilnując Radzyminsky’ego. Spojrzała na nadajnik następnie na Lanę. *Powiedzieć jej? A jeśli ją też to nic nie obchodzi?* Agnes przykucnęła.

O’Manley rozglądnął się po chłodnym pomieszczeniu, w którym panowało słabe, białe światło jak na oddziale w szpitalu i ruszył po schodach na górę, a za nim Randolph i Travis. Zostawili oni na dole Agnes, Jesusa i Lane oraz Radzyminskiego. Byliście w tym samym pomieszczeniu jakie zostawiliście. Sala komputerowa, połączona biórkami tworzącymi literę J. Gdy wszyscy już stanęliście twardo po blaszanerj powierzchni po prawej stronie był magazyn, zaśpo lewej zamknięte drzwi. – Spróbujemy je otworzyć. – odparł niezadowolony – Osłaniajcie mnie. – i ruszył w stronę drzwi próbując je otworzyć. Klamka zaskrzypiała pod warstwą jego sinej dłoni. – Trzeba będzie to zrobić tradycyjnie – odbezpieczył broń i skierował lufę na zamek.
Drzwi otworzyły się i droga do pokoju stanęła otworem. W środku jednak już paliło się światło. Pokój był ciasny, wyglądał jak łazienka przez te kafelki. jednak dookoła były otwarte, zespawane szafy z polarami, skórami oraz kombinezonami. Ujrzeliście kałużę zaschniętej krwi tuż przy drzwiach. Skóra nad był też w dolnej częci przepełniona zaschniętą cieczą. Przypomniała się wam sytuacja w pokoju niżej. Ujrzeliśćie rury przy ścianie piątrzące się od dołu do góry, na następne piętro. Myśleliście, że się nie boicie, ale wiedzieliście, że czujecie strach. Nie macie już pojęcia czy to wasz własny strach.
Daniel założył rękawicę i zaczął przeglądać skórę. – Nic… widać jej właściciel nie domył jej dokładnie…

podpor. Lana Smith

-… to zamierzam to wykorzystać! – dokończyła w myslach kiedy porucznik z obstawą poszedł na górę. Lana bardzo rzadko wykorzystywała fakt swojego stopnia. Ale kobieca intuicja mówiła jej, że powinna to zrobić.
-Póki porucznika nie ma, ja tu jestem najwyższa stopniem. Wiec… Katzeberg, mówiłaś coś o jakimś nadajniku i jakiś dziwnych dźwiękach. Możesz sprecyzować?

Agnes Katzeberg

- Oczywiście! – Agnes ożywiła się - Na najwyższych częstotliwościach nadajnik łapie dziwne dźwięki, tylko… nie wiem czy tutaj to usłyszymy… – dziewczyna włączyła nadajnik chcąc zaprezentować nietypowy sygnał – Ostatnim razem musiałam iść na górę, tam jakby lepiej łapie… – mówiła Agnes nastawiając nadajnik, ucieszyła się, że Lana sama zainteresowała się tym zjawiskiem.

podpor. Lana Smith

-Pokaż! Odsłucham tutaj, a jak to nic nie da to wejdziemy na schody i spróbujemy raz jeszcze! – rozkazała.

Jesus Mendoza

“Ech ci oficerowie, każdy się czuje taki ważny” – pomyślał Mendoza. W głębi ducha był nawet zadowolony, że nie wzięto go na zwiad, chociaż denerwowało go trochę dziwne zachowanie Radzyminskyego. Aby się czymś zająć zaczął przeglądać zawartość szaf w poszukiwaniu przydatnych rzeczy, zerkając od czasu do czasu w stronę kobiet.

Agnes Katzeberg

Agnes włączyła nadajnik na najwyższe częstotliwości i tylko raz spojrzała w stronę w którą poszła grupa. Była obrażona, że tak się jej pozbyli… w takiej sytuacji jakiej się znaleźli (stacja na środku Antarktydy z ciałami martwych naukowców) każdy ślad powinien ich zainteresować, a tymczasem… musi się swym odkryciem pochwalić przed Laną i Jesusem, aby później ktoś “starszy” może się tym zainteresował, ale podobno każda droga jest dobra byle by prowadziła do celu… Agnes śledziła dźwięki z nadajnika - To słuchajmy, mam nadzieję, że zaraz to złapiemy – powiedziała do Jesusa i Lany *Jeżeli nic nie złapiemy to pójdę na górę, albo chociaż na schody…* pomyślała dziewczyna.

Radio potwornie zatrzeszczało, nawet za głośno jak na twój gust. Jednak nie było żadnego tajemniczego sygnału…
Mendoza trafił na pastę do butów, kosmetyki, łyżki do butów, magazynek pełen kul 9mm, a także stłuczoną szklanke.

Agnes Katzeberg

- Ruszamy na schody – powiedziała Agnes i wchodziła coraz wyżej nasłuchując dźwięków. *Tak łatwo nie dam za wygraną* pomyślała, musiała udowodnić, że nie oszalała tak jak Radzyminsky… bo jeżeli nie da się usłyszeć sygnałów na to wyjdzie. *Przecież nie zmyśliłam sobie tego*

Jesus Mendoza

Mendoza z zadowoleniem schował znaleziony magazynek do kieszeni. Po chwili wahania schował też tam pastę do butów.
Porucznik raczej nie będzie zadowolony. – zwrócił się do Agnes – OK, prowadź.
Mendoza wspiął się po schodach za Agnes. Był zadowolony, że mógł oddalić się od Radzyminskyego. Ten facet działał mu na nerwy. I to od momentu kiedy pierwszy raz się spotkali. A teraz doszło do tego jeszcze szaleństwo. Mendoza wolał mieć przeciw sobie uzbrojony gang, niż jednego wariata. Bo wariaci są nieprzewidywalni. Tak więc z ulgą wspinał się po schodach rozglądając się ciekawie. W przeciwieństwie do pozostałych nie miał jeszcze okazji być na piętrze.

 

podpor. Lana Smith

-Póki co, ja tu dowodze, Mendoza! I mam ochotę usyszeć te dźwięki
Ryszyła schodami, ale zatrzymała się w ich połowie.
-Spróbujemy tutaj. Nie chę ryzykować nakrycie przez porucznika. Jak się nie uda to wejdziemy wyżej!

Agnes Katzeberg

Agnes przytaknęła i spróbowała odebrać sygnał na stopniu wyznaczonym przez Lanę. Była ciekawa czy uda jej się ponownie odebrać sygnał. Zależało jej na tym, ale trzeba było się pilnować… nasłuchiwała czy druga grupa nie zbliża się do schodów… i podwiększyła częstotliwość nadajnika.

Nic. Szumy i trzask jak w starym radiu.

podpor. Lana Smith

Weszła jeszcze o jedną czwartą ilości stopnii i spróbowała jeszcze raz.

Travis Christie

Powoli, niepewnie, zbliża się do porucznika. Spogląda mu przez ramię, tylko po to aby przekonać się, że to nie był dobry pomysł. Aż ciarki po nim przeszły. Po krótkiej chwili odezwał się – Co teraz poruczniku? Może przejdziemy się po kompleksie i poszukamy jakiś ocalałych… te… ślady psychopatycznej twórczości, chorego umysłu, nie uciekną, a tymczasem, może znajdziemy jeszcze kogoś żywego.

Jeszcze przez chwile to oglądał aż zostawił – Musiał być ranny w lewe udo i cudem się tu doczołgał. – odsłonił w płaszczu lewą stronę dolnej części kombinezonu. – Możemy spokojnie iść na ostatnie piętro – i ruszyliście z pokoju, który był jedną wielką szafą w stronę matalowych schodów bez poręczy. Trzęsły się wydając wstrętny dźwięk po każdym dotknięciu stopnia. Wentylator drżał nie dając spokoju przychicznego i czuliście sami, że coś tutaj jest nie tak. Błąd, wy byliście tego pewni, a raczej wasz umysł, jednak nie potraficie jeszcze wyczytać tego ze swojej intuicji.
Stąpnął pierwszy Daniel po twadrej posadzce i poświecił latarką na lufie. – Szczerze mówiąc, to ich sypialnia… dziwne, że nie przeszkadzały im burczenia komputerów piętro niżej. – wkroczył i obejrzał polowe łóżka i przy jednym przystanął – aha! – poświecił na was upewnić się, że tam stoicie i spowrotem rzucił snop światła na łóżko, którego prześcieradło było poplamione czymś brązowym. – Zeschnięta krew na materiale… nasze zwierzątko jest blisko. Chodźcie tu szybko i osłaniajcie mnie! – poszedł, a właściwie podbiegł do drzwi po prawej od schodów i przystanął patrząc na was.

Agnes Katzeberg

Agnes czyni to samo co Lana…

(Jeżeli tu nie ma sygnału, Agnes ostrożnie kieruje się jeszcze wyżej – nawet jeśli to piętro, jeżeli natomiast w najbliższej okolicy jest ktoś z drugiej grupy Agnes pozostaje na schodach, lepiej nie ryzykować)

Spokojnie…
Na piętrze nikogo nie było, zaś nadajnik nadal trzeszczał. Żadnego sygnału od bazy.

Jesus Mendoza

Mendoza wspiął się po schodach na piętro i rozejrzał ciekawie. Następnie zajrzał za pobliskie drzwi i wyraz zaciekawienia znikł z jego twarzy na widok zakrwawionego ubrania. Czym prędzej wycofał się do pomieszczenia ze schodami.
Znowu jakaś jatka. Wynośmy się stąd jak najszybciej. – powiedział do Agnes.
Mendoza zauważył, że jego głos stracił swój zwykły zawadiacki ton. Czyżby się bał? Ale czego? Mało to się w swoim życiu naoglądał trupów i krwi? To miejsce jednak przyprawiało go o gęsią skórkę. Mimowolnie poprawił uchwyt dłoni na karabinie i rozejrzał się niespokojnie.

Agnes Katzeberg

Agnes spojrzała na Jesusa, przypomniała sobie o Radzyminsky’m – Zostawiliśmy Radzyminsky’ego – Agnes spojrzała na Lanę – Nie ma sygnału… – powiedziała smętnie, i spojrzała na schody – Idziemy na piętro? Może lepiej popilnować Radzyminsky’ego? Bo jeszcze sobie coś zrobi… – Agnes chciała usłyszeć znów ten dźwięk, ale była razem z grupą uziemiona przy chorym Radzyminsky’m. – Niech to… – wpatrzyła się w nadajnik.

podpor. Lana Smith

-Mendoza, idź do Radzymińskiego. My spróbujemy jeszcze na piętrze i wrócimy do ciebie.

Jesus Mendoza

Tak jest – odpowiedział do Lany.
Pójście do Radzyminskyego to była ostatnia rzecz na jaką miał ochotę. Ale wolał nie dyskutować z oficerem. Szczególnie, że ten oficer był jedynym medykiem w drużynie. Powoli z wyraźną niechęcią zeszedł po schodach. Spojrzał w stronę Radzyminskyego by sprawdzić co tamten robi. Cokolwiek by się działo z Radzyminskym nie zbliża się do niego. Stoi w pobliżu schodów i jakby przypadkiem kieruje lufę karabinu w jego stronę.

Agnes Katzeberg

Agnes tymczasem według wskazań Lanu kieruje się na górę.

Na piętrze znów nadajnik ustawiony jest na najwyższe częstotliwości. Gdyby Agnes wiedziała, że kiedyś będzie uwięziona w stacji, w centrum Antarktydy napewno pilniej by się uczyła swojego fachu, ale póki co trzeba było robić wszystko żeby pokazać dziwny sygnał z nadajnika… z tym, że jedyne co można zrobić to szukać odpowiedniego miejsca i nastawiać na najwyższą częstotliwość… może na piętrze dźwięk zechce spowrotem się pokazać?

Jednak z brzyczącego radia wydobywały się te same denerwujące dźwięki. Dziwny dźwięk zniknął.

podpor. Lana Smith

-Nadal nic. Wracamy, Agnes, zanim nas porucznik nakryje. Być może się przesłyszałaś.
Oficer zaczęła schodzić po schodach.

Agnes Katzeberg

Agnes domyślała się, że tak będzie… sygnał zniknął, a ona sama zaczynała się zastanawiać nad sobą. *Może naprawdę coś mi się wydawało?* Agnes zrobiła zawiedzioną minę i wróciła na dół… - Heh - westchnęła sobie cicho i przycupnęła na swoim dawnym miejscu – Nie pozostaje nam nic innego jak czekać za resztą – Agnes powiedziała do Lany i Jesusa. Spojrzała z politowaniem na Radzyminsky’ego, który wydawać by się mogło nieco jakby “zmądrzał” i siedział ciszej… *Teraz wyszło na to, że zaczynam wariować…*

 

Jesus Mendoza

Widząc schodzące po schodach kobiety Mendoza poczuł się nieco pewniej. Nie na tyle jednak, by się rozluźnić. Wciąż czuł dziwny niepokój. Aby zająć czymś myśli Mendoza zaczął przyglądać się Agnes. Wydawało mu się, że ma ona jakiś dziwny wyraz twarzy. Coś jakby zdziwienie połączone z zakłopotaniem. Czyżby tak przejęła się tym rzekomym sygnałem? Mendoza nie rozumiał czym się tutaj tak ekscytować. Jeżeli był tam jakiś sygnał to napewno się powtórzy. A może było to tylko jakieś zakłócenie. Mendoza czytał kiedyś, że zorze polarne mogą wyprawiać cuda z radiostacją. A może to chodziło o burze piaskowe? Nie ważne. W każdym razie Mendozę bardziej martwił brak możliwości połączenia z bazą. Może jak znajdziemy nadajnik tych naukowców to będzie lepiej.

Travis Christie

Ustawił się obok porucznika, po jego prawej stronie i wycelował karabin, na lewy skos. Postarał się uspokoić i wyciszyć – Jestem gotów poruczniku… – po tych słowach pochylił lekko głowę i wycelował…

Randolph Clare

-Kryje twoja lewą stronę poruczniku -mówię tak glośno żeby wszyscy mnie usłyszeli

Szybko ruszył dłonią na metalową klamkę i nic. Drzwi zatrzęsły się. Pociągnął pare razy z buta i dewniane listewki okryte farbą oleistą połamały się tworząc sieć drzazg. Jeszcze pare randek buta z zamkiem i droga stanęła otworem. Pomieszczenie było kolejną łazienką z biało-czarnymi kafelkami o boku pieciu centymetrów. Cała dziwna czystość sprawiała, że bolały was oczy od tej monotonności. W zlewie zaraz przy drzwiach porucznik znalazł zwrócony posiłek – Nie smakowało… – odparł pod nosem i zaglądnął do pisuarów wraz z muszlami. – Wydaje mi się, że jest tu czysto… – porucznik starał się zachować powagę i popędził was do wyjścia z pomieszczenia. – Wydaje mi się… że wejście na dach powinno być w tamtym pomieszczeniu…

Travis Christie

Rusza w stronę kolejnego pomieszczenia i odzywa się – Sceny jak z najgorszego koszmaru. Miejsca prawie nie ruszone… no poza nie smacznym obiadkiem. I… i nikt nie wie co u licha się tu stało… no bo kto ma wiedzieć… nikogo w tej dziurze nie ma – staje przed drzwiami i znów ustawia się tak aby ubezpieczać porucznika

Jesus Mendoza

Mendoza zazwyczaj nie miał nic przeciwko bezczynności. Ale w tym miejscu brak zajęcia powodował napływ myśli. Niezbyt przyjemnych myśli. Cienie nabierają dziwnych kształtów. Zwykłe dźwięki napawają grozą. “Co się ze mną dzieje” – pomyślał Mendoza. “Przecież nie raz widziałem zabitego gościa, a i zdarzyło się zmywać cudzy mózg z ubrania”. Aby się czymś zająć Mendoza podszedł do drzwi prowadzących na zewnątrz. A raczej tego co z nich zostało. Zauważył, że wokół metalowych szaf, którymi zabarykadowano wejście pozostało sporo szpar, którymi wdzierało się lodowate powietrze. Mendoza wziął kilka ubrań i spróbował pozatykać szpary. Jednak dosyć sztywne kożuchy nie chciały trzymać się w miejscu. Dopiero zastosowanie bardziej miękkich kombinezonów wkładanych pod kożuchy pozwoliło w miarę szczelnie zatkać wszystkie szpary. Zrobiwszy to Mendoza powrócił na swoje “stanowisko” w pobliżu schodów. Tym razem jednak usiadł, starając się jednak pozostawać możliwie daleko od Radzymiskyego. Aby zająć czymś ręce zaczął rozkładać i składać swój karabin, tak jak uczono go na szkoleniach.
Skoro tu dłużej zabawimy może powinniśmy troszkę tu posprzątać? – powiedział ni to do siebie, ni to do kobiet.

Randolph Clare

-Mówiłem że tu jest coś nie tak , choćmy szybciej zbadać górę i spadajmy …

Wysuwam się przed porucznika i delikatnie otwieram drzwi?

- Randol..! – niedokończył porucznik zaskoczony twoim entuzjazmem do pracy i nierozważnością. Obmacaleś klamkę i drzwi się lekko uchyliły. Sam jednak nie dopchałbyś ich i wkroczył porucznik, który po prostu kochały tradycyjny masaż drzwi podeszwą buta. Zaskrzypiałe aluminium i rdza pokazały iż następne pomieszczenie ma podłogę z zimnego stopu metalu. Ściany podobnie. Pomieszczenie po prawej stronie miało parę skrzyń, z przodu parę pustych regałów, na jednym leżała tylko wiertarka firmy McBeeS.
Po lewej stronie do pasa zwisała drabina – również ze stali. Pod nimi znaldował się mały strużek krwi jak i na paru szczeblach drabiny. Kapło. Kropla cieczy z drabiny poleciała na kolejny szczebel, a z tamtąd na kolejny aż wpadnie do małej kałuży krwi. Spojrzeliście w górę i ujrzeliście coś na wzór wyjścia śluzy, obok zaś wyjście wentylacyjne.
Daniel powoli kroczył do drabiny. Dotknął kawałkiem skórzanej, grubej rękawicy krew, która zabarwiła ten odcinek na szkarłat. – Jeszcze nie zaskrzepła ani nie zaschła… – spojrzał na was – On lub ona musi jeszcze żyć! – odsunął się i pokazał na drabinę – Travis, słyszałem, że jesteś dobry w wspinaczce i robienia dziwnych rzeczy na drabinie.

Travis Christie

Spogląda na porucznika – To że krew kapie, nie oznacza, że ofiara żyje… mówi nam to coś zupełnie innego. Mianowicie, że o ile nie było to samobójstwo… w co wątpię, to morderca do niedawna tu był – zakłada broń na ramię i podchodzi do drabiny – Drabina jest trochę śliska od krwi ale jeśli nie będzie dodatkowych atrakcji, spaść nie powinienem wchodzi po drabinie, mimochodem zagląda do wentylacji a następnie zabiera się do zabawy ze śluzą

Randolph Clare

Patrzę trochę z niedowierzaniem w górę i czuję ciarki chodzace po plecach.
Pomagam Travisowi w zabawie ze śluzą.

Travis lekko niepewnie złapał się drabiny i z całym sprzętem z dużą prędkością ruszył na górze zaczepiając się ostrymi butami o szczeble niczym hak.
Rzucił okiem do otworu wentylacyjnego, z którego dochodziły głównie zapachy różnych substancji… siarkowodoru? Nagle poczułeś to samo uczucie jak przed wyjściem ze śmigłowca. Boisz się wyjść na takie zimno, a musisz. Nie możesz niewypełnić rozkazu porucznika. Masz to zakodowane jako żołnierz.
Chwytasz brutalnie śluzę i całą siłą kręcisz ją w prawą stronę. Z początku mozolnie… aż usłyszałeś potężne zassanie się i wypuklenie oraz świst i zimne powietrze wkroczyło do pomieszczenia z płatkami śniegu. Zamieć wciąż trwała, a takowe potrafią tutaj padać tygodniami.
Otworzyłeś śluzę i szybko wygramoliłeś się z całym sprzętem przez ciany otwór.
Jasno. Oślepiająca biała mgła, zza której atakuje cię grad potężnej ilości śniegu. Nie możesz przy takiej wichurze nawet złapać oddechu. Odwracasz się i chowasz dziub pod kożuch.
Gdyby nie ciągłe szarpanie wietrzyska to panowałaby totalna cisza. Przez warstwę białeś ściany ujrzałeś małą wieżę radarową wychodzącą ponad zwały pagórków dookoła bazy. Droga do wejścia to kręte, metalowe schody przyzypane białym puchem.
Porucznik popędził Randolpha – Clare! Ty następny, prędko!

Randolph Clare

Zdopingowany przez porucznika podchodzę do drabiny. Czując pęd lodowatego powietrza poprawiam ubiór i wdrapuję się za Travisem

Travis Christie

Staje na mrozie. Owija swoją twarz szalikiem a na oczy zakłada gogle. Spogląda w przestrzeń i widzi przed sobą nieskończoną biel… prawie tak jak by spoglądał na kartkę papieru. Chłód ogarnia całe jego ciało, pomimo specjalnych ubrań, ciepło szybko go opuszcza – Nie widzę śladów krwi… pewnie śnieg je przysypał – spogląda w dół na porucznika – Zaraz poszukam – klęka koło śluzy i zaczyna odgarniać śnieg wokół

Odgarnąłeś śnieg i co do jednego miałeś rację. Krew ciągle tu była i nie miała zamiaru się usunąć ani zaschnąć.
Zaraz za Randolphem w serce śnieżnej zamieci wpadł porucznik O’Mannley. – I co tam widzisz żołnierzu!? – wykrzyknął przez zamieć mimo, że dzielił was metr. – Musimy szybko ruszyć po tych zwałach śniegu do wieży radarowej. Trzymaj się mocno i idź praktycznie w poziomie. To rozkaz! – odezwał się porucznik i zgarbiony powolnymi krokami ruszał w stronę budowli w kształcie walca. Z goglami na twarzy i on miał problemy z poruszaniem się w punkcie gdzie wicher uderza z całą siłą. Byliście tak wysoko, że pagórki dookoła nie sięgały poza dach.

Randolph Clare

Ubieram gogle i ruszam pomału za porucznikiem.Zapadam się prawie po pas w zaspach sniegu i za radą porucznika prubuje iść w poziomie co nie dokońca mi wychodzi.
A co najważniejsze nie tracę z oczu porucznika.

Travis Christie

Starając się opanować uczucie zimna, ruszył za porucznikiem. Brną przez gruba warstwę śniegu…

…jego umysł jednak, był trochę dalej, wybiegał myślą na przód i zastanawiał się. Myślał o tym co znajdą i bał się, bał się tego po tym co już zobaczył. To miejsce też go przerażało, nawet gdyby byli tu ludzie i nic takiego by się nie wydarzyło, przez samo odcięcie od świata, było to miejsce upiorne…

… gdy jego umysł wrócił do rzeczywistości, spostrzegł, że byli już bardzo blisko budowli… gdzie mogła czekać kolejna ofiara… albo oprawca…

Wśród koszmaru bieli traciliście z pola widzenia porucznika. Coraz mniej widoczny, jakby zatapiał się w białej mgle. Wiatr był potężny i czuliście jak katar z nosa zamienia się w sopel lodu. Daniel upadł pod naporem wiatru, lecz po chwili dramatu wstał i szedł dalej. Dalej… oznaczało większe wycieńczenie i nagle zniknął. Żadnego krzyku, żadnego jęku tylko świst wiatru.

Travis Christie

Nerwowo spogląda w biel przed sobą… biel, kolor niewinności, tymczasem przeraża i przytłacza swym ogromem. Wiatr smaga Travisa po twarzy i przenika przez grube odzienie, aby ranić swym lodowatym zimnem jego ciało. Nie był pewien czy to zawieruch gęstniej, czy może porucznik się od nich oddala… jednak jedno było pewne, nie widział go. Starając się otworzyć usta, starał się krzyczeć pomimo wiatru, który zwracał jego słowa do własnych ust – Poruczniku !!! – z jego gardła dobywał się niemy krzyk.

Nie słyszał odpowiedzi i nie widział adresata… jednak trzymał się tego, co pomimo zawiei, zniknąć szybko nie mogło. Śladów zostawionych przez porucznika, kilkudziesięciocentymetrowej ścieżki przez niego wyrytej w śniegu.

Słowa wykrzyknięte niemal zachrypniętym głosem zginęły w zawierusze. Jak tutaj może być tyle opadów? To tylko około pieprzonych stu pięćdziesięciu milimetrów śniegu, a ty sypie nim zabojczo.
Ostre podeszwy butów zmagające sie z warstwami śniegu doprowadziły cię do leżącego porucznika w śniegu. Próbował się podnięść z całym sprzętem.
Jednostalna nawałnica nagle się zmieniła przybył kolejny potężny podmuch zwalający z nóg. Bezradność i żałosność oraz walka O’Mannley’a o ruch… parę kroków do wieży znajdującej się dziesięć? dwadzieścia metrów? Dojdziecie tam i będzie po wszystkim. Nie widział, że jesteście za nim. Wierzył tylko, że idziecie. Wstyd jego musiał byś niemożebny.
Przynajmniej taką macie nadzieję…

Jesus Mendoza

Mendoza zamyślił się. Nikt nie zareagował na jego słowa o sprzątaniu. “No jasne, oni też nie chcą się zbliżać do tego trupa” – pomyślał. “A tak wogóle to ciekawe jak zginał”. Mendoza widział już w swoim życiu wiele trupów. Ale ten nie przypominał żadnego z nich. “Obcy” – przypomniał sobie słowa jednego z towarzyszy – “piep***ony ufok”. Mendoza widział ten film. Wyświetlano go dosyć często w bazach, w których stacjonował. Ale Mendoza nigdy nie wierzył w Ufo. Co innego świrnięte szajbusy. Mendoza widział do czego są tacy zdolni. Raz taki jeden wypruł gościowi flaki i owinął mu wokół szyi. “Zadusić się własnymi flakami, czy może być gorsza śmierć” – pomyślał. Wtedy też Mendoza drugi raz w życiu zrzygał się z obrzydzenia. “Ech, nie ma to jak miłe wspomnienia w tak przytulnym miejscu jak to” – pomyślał i roześmiał się w duchu.

Randolph Clare

Przez śnieżycę widzę mało ale jeżeli zauważyłem że porucznik gdzieś zniknął podnosze w górę karabin maszynowy i strzelam w niebo jedna krótka serie pocisków.

Travis Christie

Przebija się przez śnieg w stronę porucznika. Kiedy do niego dochodzi, pomaga mu wstać i przebić się do wieży… co ich tam czeka… zobaczymy.

podpor. Lana Smith

-Ech… Najbardzie dobijajaca rzecz na misji… Nuda i czekanie! Za chwilę zaczniemy zapuszczać korzonie i bedziemy pierwszymi roślinami na tym pustkowiu! Mendoza idź sprawdź co z Radzimińskim i zabierz wszystko co mu się juz nie przyda, a nam przeciwnie. Katzeberg! My się w między czasie zabawimy w patologów. Zbadamy trupa. Może uda się coś ustalić… I zabijemy przynajmnie nudę!

Agnes Katzeberg

Agnes cały czas utrzymywała ponurą minę teraz wydawała się jeszcze bardziej posępnieć – Ja? Nie wiem czy to dobry pomysł… – przypomniała sobie jak pierwszy raz zareagowała na ciało - Jestem mało odporna na takie obrazy – powiedziała niezbyt zaciekawionym głosem – Może lepiej ja zabiorę od Radzyminsky’ego rzeczy, a pani podporucznik i Mendoza zajmą się zwłokami? – zaproponowała bardzo zachęcającym głosem. Katzeberg najwidoczniej nie popierała pomysłu Lany, wolała próbować współpracować z wariatem niż badać ludzkie wnętrzności.

Jesus Mendoza

Taa jest – odparł, choć w głosie jego próżno było szukać entuzjazmu – a nie prościej by było go po prostu kropnąć?. Mendoza po chwili wahania odłożył swój karabin na ławkę, na której siedział. Powoli podszedł do Radzyminskiego uważnie go obserwując, gotów do natychmiastowej obrony. “A bo to wiadomo co takiemu do głowy strzeli” – pomyślał. Im bliżej był chorego, tym wolniej i z większą niechęcią zbliżał się do niego.

podpor. Lana Smith

-Kwestionujesz rozkaz? Zresztą i tak najpierw musimy zrobić jakiś stół operacyjny.

Jesus Mendoza

W głowie Mendozy zaświtała nadzieja, że nie będzie musiał się jednak zbliżać do świrusa.
Pani porucznik, może tak będzie lepiej, ja tam się już różnych trupów napatrzyłem i mnie to tak nie rusza, a tego tam, mógłbym niechcący uszkodzić - powiedział wskazując na Radzyminskiego.

Agnes Katzeberg

- Nie, nie, ja nie kwestionuję… raczej proponuję jedynie zamianę ludzi, tak byłoby lepiej… - Agnes znów zaproponowała swoją myśl. Była zadowolona, że Mendoza z chęcią zająłby się nieboszczykiem.

podpor. Lana Smith

-Niech będzie. Ale i tak przy sekcji przydacie się oboje.

Agnes Katzeberg

Agnes wzruszyła ramionami i westchnęła – Dobrze… już dobrze – powiedziała niechętnie. Stanowczo nie chciała wchodzić do tamtego pomieszczenia, z drugiej strony… w razie czego nie miałaby już co zwrócić i tak straciła całe śniadanie. Ruszyła powoli w stronę Radzyminsky’ego *Ja umiem naprawiać, a nie badać* pomyślała *Po co mi tykanie się jakiegoś nieszczęśnika, co mu ktoś brzuch rozerwał… ja nie wiem…* Agnes zaczęła marudzić w myślach i przyglądać się stanowi w jakim był Jack.

Na parterze opuszczonej jak się zdawało budowli rosło napięcie. Nikt nikogo nie miał ochoty słuchać, najlepiej być zdala od tej brudnej roboty. Zdala od tego wszystkiego. Zdala z tego ponurego miejsca. Każdy marzy o bezpiecznym łóżeczku, gdzie popija swoje nudy poranną herbatką z miętą. Wstaje z miękkiej pościeli i otwiera okno…
Za którym było wieczne więzienie. Parę pomieszczeń, których się bali. Wszystkie były okropne poza tym jednym. Zwykłym przedpokojem z szafami na ubrania, kombinezony. Pare zimnych łaz po środku, mówiły wam “Zero Komfortu”. Agnes została w na swoim miejscu zastanawiając się co robić.
Twardszy Mendoza ruszył za podporucznikiem medycznym Smith. Zimo, gruby kożuch obejmujący ją mocno był zdecydowanie za duży dla małej główki blondynki, która osiągnęła wiele w wojsku. Teraz po całym motłochu zaczął jej wystawać zza niego biały kołnierz.
Ruszyliście do pomieszczenia jadalni, w której niecierpliwie burczał wentylator. Cały sprzęt AGD, z królującymi lodówkami i chłodziarko zamrażarkami drżał freon. Niepokoiły was te dźwięki. Boiliście się, że te dźwięki zagłuszą Coś skradającego się w każdym rogu, krawędzi pomieszczenia. Za stół operacyjny mogły posłużyć stoliki jadalne, których liczyliście około pięć. Jeden ładnie stojący przy drzwiach. Bardziej w prawą stronę znalazł się drugi bez żadnego krzesła i złocistym płynem na podłodze przypominającym mocz lub sok z jabłek. Po środku pomieszczenia był stół przewrócony, zaś na lewo od niego, tuż przy kuchence był stół z dwoma białymi, plastikowymi krzesłami odrzuconymi w tył. Tuż przy miejscu spoczynku ciała mężczyzny w białym fartuchu z otwartym brzuchem, ukazującym wszystkie narządy wewnętrzne układu pokarmowego stał okrągły stół. Krew po brzuchu… i białym materiale spływała na podłogę. Biały plastikowy dysk na czterech nogach trzymał na sobie wymioty zmieszane z ciemną krwią. Wyjątkowo ciemną krwią. Ciało biedaka nie pozwalało wam na niego nawet patrzeć. Lana o delikatnych nerwach, lecz doświadczeniu i częstych obecnościach na sali operacyjnej wytrzymała to. Głównie i Mendoza trzymał się twardo.

* * *

Trzymaliście za słowo porucznika. On miał was tam zaprowadzić.
Travis i Randolph. Seria Clare’a zagłuchła w wianiu wiatru. Dźwięk nie do opisania. Nawet na florydzie nie było takich podmuchów i świstów.
Christie dobiegł szybko do porucznika. Szybko ukląkł i objął go, aby z całą siłą wyrwać z warstw śniegu. On zaś odparł słowa, które na pewno nie pojawiały się podczas porannego rygoru. Były wypowiedziane głośno – Dziękuję żołnierzu! – nie wiedział nawet gdy to usłyszałeś mimo, że byłeś przy nim – Idziemy dalej! – wykrzyczał w śnieg – Randolph! – popędził ostatniego kompana – To tylko pare kroków! – i odwrócił się zgarbiony i ruszał dalej do wieży radiowej, na której znajdowała się zalodowacona antena radarowa – która nawet się nie poruszała.
Po poważniejszych krokach doszliście do schodów i wszystko było już zrobione. Złapaliście się metalowej poręczy i ciężkimi krokami dawaliście stopień za stopniem. Randolph, który wszedł ostatni niestety otrzymał upadek z pośpiechu. Śliskie, zlodowaciałe schody są mimo wszystko wielkim utrudnieniem w ostatnim stadium zmagania się z zamiecią.

Jesus Mendoza

Mendoza niemal z radością przyjął słowa pani podporucznik. Szybko wrócił do “swojej” ławki, pochwycił leżący tam karabin i zarzucił sobie na plecy. Ochoczo wszedł za podporucznik do “jadalni”. Jednak widok trupa przygasił nieco jego entuzjazm. Aby nie musieć na niego patrzeć postanowił znaleźć sobie zajęcie.
Zestawię kilka stołów, aby było go gdzie położyć. – powiedział.
Mendoza zdjął z pleców karabin i zamierzał położyć go na pobliskiej szafce. Jednak ręka z karabinem zawisła w powietrzu. Mendoza rzucił przez ramię ukradkowe spojrzenie na drzwi, któymi wszedł przed chwilą, po czym wszedł kilka kroków głebiej do pomieszczenia i dopiero tam położył karabin na szafce. Następnie chwycił pobliski stół i ustawił go w takim miejscu, aby był dobrze oświetlony. Do tego stołu dostawił dwa kolejne wybierając te o zbliżonej wysokości oraz najczystsze ze wszystkich.
No, mam nadzieję, że tak będzie dobrze.

 

Randolph Clare

 

- Ku….a wymkneło mi się z ust gdy bolesnie uderzyłem sie w lewe kolano chcąc zamortyzować upadek przy schodach.

Nie jest żle – pomyślałem
Juz jestem prawie u góry

Agnes Katzeberg

Agnes przyjrzała się uważnie Radzyminsky’emu, w głowie odtworzyła słowa Lany kierowane do Mendozy, aczkolwiek teraz było to jej “zadaniem” *Idź sprawdź co z Radziminsky’m i zabierz wszystko co mu się juz nie przyda, a nam przeciwnie…* - No dobra – powiedziała do siebie i ruszyła w stronę nie w pełni zdrowego na umyśle. Początkowo jego stan ją zaskoczył, bo Jack wydawał się być spokojniejszy, od dawna nikt nie słyszał jego bełkotu, chociaż nadal dziwnie się kiwał i chwiał. Agnes spróbowała dopatrzeć się czegoś co przydałoby się mu odebrać *Hmm…* pomyślała wpatrując się w niego *A może już z nim lepiej? Chociaż… kto wie co mu właściwie się stało, w pomieszczeniu było ciemno, jedynie latarka… na długo został sam, po tym jak wszyscy uciekli, może uderzył się porządnie o coś w głowę?* Agnes spróbowała sprawdzić czy Jack reaguje chociaż na nazwisko – Radzyminsky – powiedziała do niego spokojnie, jej głos dobrze rozniósł się po pomieszczeniu *Może już z nim lepiej?* myślała Agnes.

Travis Christie

Staje zaraz za porucznikiem i z trudem krzyczy do niego – Mamy pana standardowo osłaniać? W tych warunkach ciężko będzie zobaczyć, co jest w środku! – czuje jak jego ciało oddaje coraz więcej ciepła a pogoda wcale nie wyglądała tak jak by miała się poprawić

Agnes Katzeberg

Tymczasem Agnes zauważywszy, że Radzyminsky nie reaguje na swoje nazwisko spróbowała odebrać mu apteczkę i pełny magazynek. W tym celu trzeba było sprawdzić gdzie Jack przetrzymywał owe rzeczy…

Magazynek został Radzyminskiemu zabrany przez żołnierza Randolpha, zaś jedyna przydatna rzecz u tej śliniącej się istoty to sprzęt z apteczki w plecaku, którą pośpiesznie mu odebrałaś. I morfiną można sobie zrobić krzywde. Nie mogłaś patrzećjak się wije i pokazuje palcem coś daleko przed sobą. Widzisz to. Widzisz strach w jego oczach. Widzisz to Coś.

* * *
Mendoza poukładał krzesła i stoły w ciemnym pomieszczeniu dając miejsce dla zwłok mężczyzny.

* * *
Zaś nad głowami wszystkich dach stał się innym wymiarem. Astrefowa przestrzeń nie dająca złapać oddechu, a śnieg wchodził wszędzie. Do uszu, do nosa, do oczu i ust, które próbowały złapać większy oddech.
Randolph złapał się kurczowo poręczy i z bólem w lewym kolanie wstał i jako ostatni doszedł z porucznikiem i Travis’em po krętych scohdach do miejsca gdzie się kończyły. Gdzie kończyły się one i zaczynało wejście do wieży radarowej.
Porucznik pociągnął za klamkę, z której opadł śnieg. Była na niej krew…
Jeszcze silniej zaczął machać klamką. Zamknięte. – Zamknięte cholera! – wydarł się porucznik, który psychicznie był już podłamany. – Otwierać do cholery jasnej! – krzyknął jak grochem o ścianę i puścił serię z karabinu po zamku. Dało radę…
Wystarczyło dokopać w to miejsce i zamek sam odleciał na podłogę wnętrza wieży gdzie wprowadził się mały przeciąg.
Kafelki… jak i blady sufit ze ścianami, dookoła których pchały się panele do urządzeń optycznych i radiowych. Porucznik z niespokojem wkroczył do środka. Na ziemi była krew. Przy ścianie przy początku biur panelowych zaczynały się kręte schody na kolejne piętro małej wieży radarowej. Słyszeliście dźwięki powstarzające się systematycznie. *tik* *pip* *tip*… dochodzący znad waszych głów.

Agnes Katzeberg

Dziewczyna przez chwilę widziała strach w oczach Jack’a. Strach? Przerażenie, jakiś nieopisany lęk… ale przed czym? To ciało zamordowanego wprowadziło Radzyminsky’ego w ten stan? Agnes z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w Jack’a, sama nie wiedziała o co w tym wszystkim chodziło. Kto zabił naukowca, gdzie reszta… czemu wszędzie jest krew i jakiś żółtawy płyn… co stało się na tym odludziu? Wydawałoby się, że Antarktyda to ostatnie miejsce do popełnienia zbrodni… Kto jest zdolny do takiego morderstwa? Zmasakrowane ciało naukowca z “otwartym”… rozprutym szeroko brzuchem. Może nie kto, a co tego dokonało? Może do stacji wdarł się niedźwiedź polarny? Nie, to niemożliwe. Naukowcy poradzili by sobie ze zwierzęciem, to musiał być morderca, albo… coś innego. Agnes nie wiedziała co myśleć, w głowie miała mętlik. Dobrze, że udało jej się zabrać apteczkę. Stan Jack’a nie irytował jej, było jej żal tego człowieka. *Mam nadzieję, że wyjdzie z tego i będzie w stanie opowiedzieć nam co go tak wystraszyło* pomyślała. Westchnęła, teraz wróci do pokoju z ciałem, aby badać nieboszczyka… Agnes nie chciała tego robić, ale Lana była starsza stopniem. *Wojsko…* Agnes powtórnie westchnęła, żałowała, że dostała tu staż. Nie lepiej było by zostać w domu? Niż wybierać się tutaj… na Antarktydę, gdzie w stacji oprócz ciała tkwi okropna tajemnica… tajemnica śmierci i zniknięcia całej załogi stacji polarnej… Agnes patrząc w oczy Jack’a sama nie wiedziała czy momentami nie widzi mordercy. Tak… Radzyminsky właśnie to musiał zobaczyć w tamtym pokoju… musiał zobaczyć mordercę. Całą tajemnicę zna wariat niezdolny do rozmów. Agnes zastanowiła się nad stanem Jacka, trzeba go przywrócić do równowagi.

Randolph Clare

Wchodze zaraz za porucznikiem i zajmuje miejsce po jego prawej stronie.
Jestem strasznie zdenerwowany ale próbuje nad soba zapanować , gdyby jeszcze nie ta noga…….
Rozgladam sie po pomieszczeniu zwracając szczególna uwagę na schody do góry.

Jesus Mendoza

Mendoza z zadowoleniem spojrzał na przygotowany stół “operacyjny”. Następnie podszedł kilka kroków w stronę trupa. Jakieś dziwne dreszcze przeszły mu po plecach. “To tylko trup” – skarcił się w myślach – “martwy, zimny trup. On już nic nikomu nie zrobi. Żywi ludzie są dużo groźniejsi.” Nieco uspokojony przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym obrócił się w stronę Lany.
Pani porucznik, sam go nie udźwignę.

podpor. Lana Smith

-Dobra. Teraz potrzebuję jakiś narzedzi. Noże, nożyczki, piła… Wszystko co moze zastąpić narzędzia chirurgiczne. Do tego kosz na odpadki, kilka par rekawiczek gumowych, coś na fartuch itd. I dyktafon, lub coś w tym stylu. Byle było sprawne i zdolne do nagrywania.
Podporucznik sama ruszyła na poszukiwania brakujacego sprzętu.

Jesus Mendoza

Jesteśmy w kuchni, więc powinni tu mieć jakieś rękawiczki i noże. Natomiast może być problem z dyktafonem. Nie widziałem nigdzie nic podobnego.
Mendoza otwiera pokolei wszystkie szafki i szuflady w pomieszczeniu poczynając od tych najbliżej niego, szukając rzeczy wymienionych przez Lanę oraz rzeczy, które ogólnie mogą się przydać. Omija jednak szafki na których leży trup.

Agnes Katzeberg

Agnes tymczasem bardzo ociągała się z wstaniem od Radzyminsky’go. Wyobrażała sobie najgorszych zbirów, którzy mogą czaić się za każdym rogiem… mordercy, potwory… rozmyślała Agnes. W ręku trzymała apteczkę. Dopiero jakiś głośniejszy hałas przestawianych mebli wyrwał ją z zamyślenia. Wstając niemal natychmiast napotkała Lanę - Proszę… – wręczyła jej uroczyście odebraną apteczkę Jacka – To wszystko co miał, może w środku jest coś co by się przydało… swoją drogą, czy naprawdę muszę uczestniczyć w… eee… – niewiedziała jak określić krojenie ciała - Aha… w sekcji? – mówiła niechętnym głosem - Mdli mnie na widok tego nieszczęśnika – stwierdziła i wpatrywała się w Lanę - Jestem mechanikiem, żaden ze mne lekarz, nawet jako pielęgniarka bym się nie sprawdziła – Agnes była jakaś nieswoja. Myśli o mordercy przerażały ją, a strach przetrzymywała gdzieś w głębi siebie… rozmyślenia nie dawały jej spokoju, nawet rozmowa z Laną nie kleiła jej się. Jedyne co Agnes chciałaby teraz zrobić to wydostać się ze stacji. Miała dość ciała, tajemniczego zabójcy i wypraw do niezbadanych zakątków stacji. Kończąc rozmowę na temat sekcji zwłok spojrzała na korytarz – Długo nie wracają… – powiedziała smętnie.

podpor. Lana Smith

-To skombinuj jakiś dyktafon – rzuciła biorąc od niej apteczkę – Byle działał – Lana zamyśliła się – Jeśli to stacja badawcza, to gdzie jest jakieś laboratorium? Powinni mieć coś w tym stylu. Tam powinno być mnóstwo przydatnego sprzętu. Tylko, że ja go nigdzie nie kojarze…

Agnes Katzeberg

- Dyktafon? - Agnes zdziwiła się - Przecież… tu nie ma dyktafonów - stwierdziła, wizja triumfalnego odnalezienia sprawnego dyktafonu na zamarzniętej stacji polarnej była dla niej bardzo odległa – Mogę iść poszukać… – odpowiedziała w końcu widząc wzrok Lany. Może gdzieś takowy będzie, duża liczba naukowców bardzo często korzysta z dyktafonów by później analizować swoje wnioski i doświadczenia. Agnes wzruszyła ramionami, wolała szukać dyktafonu niż sterczeć nad zwłokami. Ruszyła korytarzem, następnie weszła schodami na górę. Co prawda pamiętała, że tam raczej dyktafonu nie ma… ale wiedziała, że nie ma tam i mordercy. Poza tym Agnes chciała ponownie sprawdzić dźwięk w nadajniku. Kiedy tylko znalazła się na górze wyjęła nadajnik i nastawiła na najwyższe częstotliwości…

Travis Christie

Wie pan co poruczniku… nie lubię tego miejsca – rozgląda się – Wszędzie krew, ślady… a ciał nie ma… a jeśli są to wyglądają jak z jakiegoś horroru, który napisał ktoś naprawdę po*****y – podchodzi w stronę schodów – Prawdopodobnie tam jest to czego szukamy… trudno będzie się na nich osłaniać… Kto idzie pierwszy?

- Ja odparł krótko porucznik. – wiedzieliście dzięki tej odważnej decyzji w nim przywódcę. Odpowiedzialną osobę, która dwa o niższych stopniem.
Oddech będący wydychaną parą wodną towarzyszył każdemu z was. Daniel w tym cichym momencie powtawił but krok dalej przy czym usłyszeliście tylko echo.
Z góry nagle doszedł was dziwny dźwięk. Coś jak duszenie się albo wysiłek albo ostatnie wybrzęki agonii. Porucznik bardziej nerwowo i szybciej wbiegł na schody i na górę wieży radarowej.
I drżącym echem odbiły się dźwięki walenia podeszwami o twarde, metalowe schody mocno trzymające się kamiennej, zimnej ściany.
O’Mannley wbiegł na górę i przywitało go pomieszczenie węższe niż na dole. Panele kamer bezpieczeństwa, nadajniki, radyjka. Centrum całego dowodzenia bazy. Jednak nie atmosfera była tutaj zła tylko przerażające było to co zobaczył w końcu pomieszczenia, około dwa metry od niego. Wpatrywał się w to miejsce swymi ślepiami z otwartymi ustami. Nie poruszał się. – Travis, Mendoza… chyba coś znaleźliśmy… – i zamilkł jakby czekając.

Travis Christie

Nie czekając na znak czy jakikolwiek inny bodziec rzucił się biegiem na górę. Nie wiedział co zobaczył porucznik, ale nie często zawodowy żołnierz zatrzymuje się i mówi coś takiego takim głosem… pierwsze co mu się skojarzyło to serial X-File’s, gdzie tekst ” Chyba coś znaleźliśmy ” był częsty… i nie wróżył miłych rzeczy. Po chwili stał już przy poruczniku i spoglądał tam gdzie on…

Randolph Clare

W tym samym momencie w którym usłyszałem słowa porucznika natychmiast wskoczyłem na schody i pokonując po dwa stopnie wsiełem się na górę . Nie udało mi się wygrać rywalizacji z Travisem więc jednocześnie staneliśmy na piętrze.

Jesus Mendoza

Mendoza poczuł się dość nieswojo, gdy Lana zostawiła go samego w “jadalni”. Podszedł do miejsca, w którym zostawił swój karabin. Wziął broń i nieco uspokojony zarzucił sobie na plecy. Spojrzał jeszcze, jakby mimochodem, na drzwi, za którymi zniknęła Lana, po czym wrócił do przeszukiwania szafek.

Mendoza wraz Agnez – specjalistką od wszelkiej maści mechanicznych zabawek wzięli sie za nowe zajęcie, które przynajmniej sprawi, że przestaną im marznąć zadki. W pokoju o zimnych walorach znowu przeszukiwane zosatły szafki, pełne narzędzi… niedojedzonych kanapek, butów, a nawet maszyna do szycia. Nigdzie jednak nie było porządnego dyktafonu.

* * *

Echo rozniosło drżenie kołotanie wdłuż walcowatego kształtu wieży. Daniel patrzył nerwowo w stronę przeciwną do niego.
Travis wraz z Clarem ujrzeli to samo. Mężczyzna z dziwną, bordową plamą lub wyrwą na szyi. Wciąż żył, zaś oczy miał przekrwione, ciężko dyszał, kurczowo ściskał pistolet. – ueeah… – wydał z siebie okropny jęk, jakby czuł ból niemożebny i umierał. Było w tym tyle wrzasku, tyle wołań o pomoc. Nawet jęczenie z płaczu. Żałość.
Ubrany był w futrzany kombinezon, rozdarty po prawej stronie gdzie wyciekało trochę krwi.
Gdy usłyszałwas odparł – Pomocy… – i zwymiotował samym kwasem żołądkowym. Jego zwrócone śniadanie było pare kroków na prawo. Na twarzy miał parę malutkich bąbli. Pot, łój, zmęczenie i jęki…
O’Mannley odparł szybko z oniemania – Pomóż mu Travis! Clare, ty biegnij po podporucznika Lanę, aby przyszła ze sprzętem. Potrzebujemy medycznej opieki. Wykonać! – ostatnie słowo było niemal nerwowy okrzyk. Podbiegł do mężczyzny – Co panu jest?

Randolph Clare

Zanim usłyszalem ,,Wykonać” zdążyłem juz pomysleć – Ku..a juz po nich.

Stanowczy ton glosu porucznika jednoznacznie wybił mi z glowy oponowanie.Odwróciłem sie na pięcie i zszedłem po drabinie na dół i skierowalem sie ku wyjściu na zewnątrz.

Jesus Mendoza

Szafki w “jadalni” okazały się skarbnicą dóbr wszelakich. W pobliżu zlewu Mendoza znalazł kilka par gumowych rękawic, jeszcze w oryginalnych opakowaniach. Polarnicy używali je chyba przy zmywaniu naczyń. Tuż obok leżało kilka śnieżnobiałych ręczników. Nimi również Mendoza się “zaopiekował”. Koło kuchenki natomiast wykrył fartuch kucharski z pokaźnym napisem “Kiss the Cook”. Niewiele dalej znalazł też mopa oraz wiadro na kółkach. Jednak największy skarb zawierała spora szafka niedaleko wejścia do pomieszczenia. Był to zestaw narzędzi, którym spokojnie można by było obdarzyć sporej wielkości warsztat. Mendoza wybrał z nich to, co uważał, że może przydać się podczas sekcji: poręczny młotek, zestaw dłut, ręczną piłę do metalu, jakieś cegi czy szczypce, kombinerki, nożyce oraz ogrodniczy sekator (co robi sekator na tym lodowym pustkowiu?). Wszystkie te “skarby” złożył na jednym ze stolików, które wcześniej ustawiał. Po chwili zastanowienia przyniósł też dwa noże różnych rozmiarów oraz buteleczkę detergentu, którą znalazł obok mopa. Może pani porucznik będzie chciała odkazić narzędzia, tylko czy trupowi mogą zaszkodzić brudne narzędzia?

Agnes Katzeberg

Agnes wróciła na dół. Smętna i przybita z powodu mało chętnego do współpracy nadajnika, w dodatku przy tym wszystkim zapomniała o dyktafonie… Kiedy tylko spotkała Lanę odrazu powiedziała jej, że na górze nie ma dyktafona, choć prawdą było, iż nawet nie próbowała go znaleźć…
Widząc jak Mendoza wyszukuje wszelakie przedmioty postanowiła trochę mu pomóc. Przeszukała jeszcze kilka szuflad, ale ich zawartość wydawała się mało potrzebna. Po całej akcji Agnes niechętnie zaczęła przyglądać się wszystkiemu…
- Czym zamierzasz go… pokroić? – zapytała Lanę.

Travis Christie

Stał chwilę zszokowany, szybko się opanował i ruszył szybkim krokiem w stronę mężczyzny, w tym samym czasie odezwał się do porucznika – Cholera. Co ja mam zrobić… nie mam nawet bandaży… nic nie mam… cholera – staje przy mężczyźnie i stara się zatamować krwotok, bierze jakiś kawał materiału i robi co tylko jest w stanie aby pomóc temu człowiekowi, aby dotrwał do przybycia medyka

podpor. Lana Smith

-Nożem. Albo piłą, zależy gdzie będę cieła. A, że nie znalazłaś dyktafonu, to będizesz notowałą to co będe mówiła. Nie musisz się patrzeć, ale powinnaś być blisko. Za to Mendoza będzie mi pomagał przeprowadzić sekcję. Hmm… Potrzebujemy jeszcze czegoś do przechowania próbek tkanek. Jakieś pojemniki… Słoiki czy coś w tym stylu.

Travis owinął wokół mężczyzny częśc swojego kożucha. Mocny uścisk da rade zatamować część rany. Przy tej operacji mężczyzna krzyczał z
bólu. Widzieliście łzy w jego oczach. – Zajmiemy się tobą. Nie zostawimy cię tutaj. – odparł troskliwie porucznik, zaś w odpowiedzi otzymał unoszącego w głowę mężczyznę, który z zamkniętymi oczyma przeżywał ból – Aahhh… Bo – chwila… – Bo – że… – zająkał się z łkaniem. Taki twardy mężczyzna skomlający musiał czuć potworny ból. – ah.. to j-j… to jjest w środku – i wydał znowu dziwny jęk dławienia się przy czym złapał go kaszel i wypluł z ust ślinę z częścią gęstej, czarnej mazi. Cierpiał tutaj od wielu godzin, może dni…
Travis ujrzał w kącie pomieszczenia zaraz obok poręczy od schodów strzykawkę w kształcie czegoś jak pistolet. Była pusta. Można nią łatwo wyssać krew lub inną substancję z organizmu.

* * *
Clare z nadal pobrzmiewającym od bólu prawym kolanem ruszył spowrotem w śnieżną zawieruchę trzymając się mocno poręczy. Wiatr jednak lekko ustępował przechodniowi po dachu i wkrótce doszedłeś do otwartej śluzy – jaką ją zostawiliście. Weszłeś do środka po drabinie.

Randolph Clare

Całą droge do śluzy myślałem że jak uda mi się wrócić do porucznikia i Travisa to napewno będą duże klopoty. Zresztą sam tego chciał. Schodze po drabinie do śluzy.

Travis Christie

Ociera pot z czoła. Wszędzie mróz a ja pocić się zaczynam… to jest chore. Spogląda mężczyźnie prosto w oczy – Co jest w środku? Ktoś cię postrzelił? To nie wygląda na ranę postrzałową… powiedz, jak przyjdzie medyk, będzie wiedział co robić… trzymaj się… na pewno zaraz tu będzie. Wiem, że boli, ale musisz wytrzymać… gdyby ból narastał weź to i włóż między zęby i zagryź – daje mu znaleziony gdzieś nieduży twardy przedmiot o mniej więcej owalnym kształcie… po chwili odwraca się – Spokojnie, nie ruszaj się – rusza w stronę strzykawki a następnie ją podnosi i ogląda

Jesus Mendoza

Słoiki? W lodówce widziałem słoiki.
Mendoza podszedł do lodówki i otworzył ją szeroko.
Zobaczmy co my tu mamy – mruknął półgłosem – porzeczka, morela, o śliwka, może być.
Mendoza wyciągnął z lodówki słoik z kompotem śliwkowym. Zgrabnie otworzył wieczko i pociągnął solidny łyk. “Kurczę, gdyby nie ten trup, to byłoby tu jak na majówce” – pomyślał. W tej chwili uświadomił sobie co za chwilę znajdzie się w słoiku, który trzymał w dłoni. Z wstrętem wypluł płyn z ust do zlewu a następnie wylał tam pozostałą zawartość słoika. Przepłukał słoik pod bieżącą wodą i podał go Lanie. Gdy ujrzał zdziwiony wzrok kobiet powiedział:
Paskudztwo, chyba był przeterminowany.
Skłamał, bo tak naprawdę nie był w stanie powiedzieć jaki kompot miał smak. Ale wizja ludzkich organów w słoiku skutecznie odebrała mu apetyt.

Agnes Katzeberg

- Przeterminowane? – Agnes spojrzała na kolegę i pokręciła głową – Radzę wogóle nie brać do ust żadnych tutejszych płynów… mogą być nie tyle co przeterminowane, a poprostu trujące, skąd miałeś pewność, że w tym słoiku nie badali wytrzymałości śliwek na soki trawienne? – z zniesmaczoną miną przyglądała się chwilę słoikowi – W końcu tu byli sami naukowcy… - wzruszyła ramionami i poszperała w plecaku za jakimś notesem i czymś do pisania.

Randolph Clare

Jeżeli nic nie stoi mi na drodze to wracam do pomieszeznie gdzie zostawiliśmy Radzymińskiego i reszte drużyny.

Agnes Katzeberg

Dziewczyna po dłuższym szperaniu między zawartościami plecka wyjęła nareszcie kolorowy notes i długopis z reklamą jakiejś firmy samochodowej - No dobrze… jak już mam zmienić swój zawód to mogę notować… ale przypominam, że kroić nie będę – stwierdziła stanowczo Agnes i stanęła bliżej Lany czekając na wskazówki.

Pani podporucznik trzeźwym okiem i doświadczonymi rękoma robrała się do trupa. Zwłoki mężczyzny ubranego w oliwkowe spodnie i biały fartuch były przyplamione zaschniętą krwią. Część brzuszna zbliżona do narządów płciowych i miednicy była wydarta na zewnątrz przez co łatwo można było przeglądnąć narządy wewnętrzne, jeśli się tam jeszcze znajdowały. Ciało miało na oko metr, osiemdziesiąt. Mężczyzna miał siną, bladą i szarawą twarz rozciągniętą wzdłuż szyi i czoła. Oklapłą. Pare zadrapań nad prawym uchem, mocno nadszarpanym. Szyja zaś znaczyła się paroma bliznami i widocznym garbem z tyłu. Lana przyjżała się dokładniej twarzy, blade, szorstkie usta wciąż pieniące się od wazeliny, która przy tym mrozie była potrzebna bardziej niż prostytutce. Znaczysty nos z paroma piegami i dekadą wągrów. Powieki oklapnięte, niemal czarne.

* * *
Clare z biegem i ciągłym dyszeniem powodującym pare wychodzącą z ust wbiegł na dół do sali gdzie nie zastał Agnes tylko samotnego Radzyminskiego, który jak niemowlak pokazywał palcem coś przed sobą. Coś na suficie…

Agnes Katzeberg

Agnes pukała odwrotną stroną długopisu o notes kiedy Lana nic nie mówiła. Być może był to wynik nerwów, być może znudzenia. Przyglądając się poczynaniom Lany przypomniały jej się sceny z jakiegoś horroru, przy bardziej drastycznym cięciu czy też wyciąganiu narządu Agnes poprostu odwracała się i nie patrzyła na nieboszczyka. Niemiły dreszcz szybko przeszywał jej ciało. Notowała wszystko co mówiła pani podporucznik… i z ciężkim sercem czekała na koniec tych “badań”…

Travis Christie

Staje pod ścianą i spogląda na rannego, w między czasie poprawia broń maszynową, która zwisa mu z ramienia – Powiedz co się stało i kto, jak i czym ci to zrobił… – starał mówić się formalnie i spokojnie… ale sytuacja bynajmniej na to nie pozwalała, tym bardziej stan tego człowieka – … pomoże to medykowi, który niedługo przybędzie, oraz nam gdyby on się znowu pojawił

Jesus Mendoza

“Mam nadzieję, że z tymi sokami trawiennymi to ona żartowała” – pomyślał Mendoza z trudem powstrzymując odruchy wymiotne. Na dodatek Lana zaczęła kroić trupa, co raczej nie należało do zbyt apetycznych widoków. “Nie mogę się zżygać – pomyślą, że jestem mięczakiem”. Mendoza stanął w pobliżu Lany, aby podawać jej potrzebne narzędzia, ale starał się nie patrzeć na trupa.

Mężczyzna łapiąc chapczywie oddech wypluł ślinę w bok i spojrzał na was ciężko oddychają. Moglibyście przysiąc, że klatka piersiowa po prostu skakała przy oddychaniu. – Ja… oni wszyscy… ja to czuje w środku. Oni wszyscy… – zatrymał się łapiąc oddech – Pić… – i zamilkł. – Błagam… – zająkał żałośnie.

Travis Christie

Travis spogląda ze sutkiem na mężczyznę, który stojąc u progu śmierci zaczyna bełkotać… jednak jedno musiał zrobić. Podszedł do mężczyzny i podał mu manierkę z wodą (… albo termos, który utrzyma jej temperaturę, nie wiem co mam) pomagając mu pić – Spokojnie… wytrzymaj, niedługo się zjawią

podpor. Lana Smith

-Katzeberg, notuj. Mężczyna; lat na oko czterdzieści kilka; przypuszczalny czas zgonu nieznany; wzrost około pieciu stóp i jedenastu cali; skóra blada, sinawa z zapaściami, rozciągnięta na szyi i czole; na szyi kilka cztery blizny, 2,5 cala, 3 cale, 4 i pół cala oraz 5 cali; dziwna narośl z tylu, wyglądająca jak garb; włosy siwe, pierwotny kolor nieznany; nadszarpane prawe ucho; liczne zadrapania wokół niego; usta pełne, wąskie, spierzchłe od wazeliny; nos rzymski, piegowaty; oczy: rozstaw na około cal, zielone; oklapniete, niemal czarne powieki.

Randolph Clare

Wbiegając do pokoju zwrócilem uwagę na leżącego na podłodze Radzymińskiego. Jego stan jest taki sam ja przed moim wyjściem na zewnątrz tylko o dziwo nie ma przy nim nikogo !.

- Gdzie jesteście , Hallo to ja Randolph – krzycze walcząc z wdzierającym się do pomieszczenia wiatrem.

Uwagę moją zwrócił gest Radzymińskiego wskazujący na sufit.
Spoglądam w tamta stronę kierując tak lufę karabinu maszynowego.

Agnes Katzeberg

Agnes pośpiesznie notowała wszystko co mówiła Lana, nagle usłyszała hałas z holu – Chyba ktoś wrócił… – powiedziała kończąc pisanie ostatniego słowa. Zerknęła w stronę wejścia do pokoju, w którym tkwili z trupem naukowca - O…o… zostawiliśmy Radzyminsky’ego samego… – popatrzyła po twarzach zebranych osób.

podpor. Lana Smith

-O w mordę! Ktoś mu chyba wsadził granat w żołądek i poczekał aż wybuchnie! – skoemntowała ranę – Kompletna eksplozja i dezintegracja narządów wewnętrznych… Nie pisz tego, Katzeberg. Hmm… Zapisz tak… Rana na brzuchu, od mostka do genitaliów, długości mniej wiecej jedenastu cali i szerokości ośmiu; narządy jamy brzusznej zniszczone i niemozliwe do zbadania w obecnych warunkach – Lana przyłozyła rękę do rany i spojrzała wgłąb – prawdopodobna przyczyna: wewnętrzna eksplozja; przystepuję do penetracji klatki piersiowej. Mendoza, podaj mi piłę…
Pani podporucznik była całkowicie zaabsorbowana sekcją. Puściła koło uszu uwagę Katzeberg.

Randolph, który wiedział, że ostrożności nigdy nie zawiele szybko spojrzał w miejsce gdzie pokazywał Radzyminsky. Jednak nic tam nie było poza mrugającym, zepsutym neonem. Małe światelko musiało być wielką zajawką dla Jacka. Tak strach może zniszczyć tak psychike człowieka. Radzyminsky spojrzał na ciebie – Clare? Tam to jest – zaśmiał się i zamknął oczy opierając się plecami o ścianę. Leżał na zimnej posadzce…

Randolph Clare

Spogladam na Radzymińskiego z………….różnymi pomysłami w głowie i udaje się w poszukiwanie pozostałych członkiów grupy

- Jest tu kto, halo - krzyczę krok za krokiem

Jesus Mendoza

Mendoza usłyszał hałas w sąsiednim pomieszczeniu. “Może to ten świrus znowu rozrabia” – pomyślał. Dla pewności skierował lufę swojego karabinu w stronę drzwi. Na prośbę Lany podał jej piłę, nie odrywając jednak wzroku od drzwi, zza których usłyszał odgłosy.
Standardowego granatu nie byłby w stanie połknąć. To musiał być raczej spreparowany materiał wybuchowy. Tylko jaki psychol wykańcza ludzi w ten sposób? – powiedział do Lany.

Agnes Kazteberg

Tymczasem Agnes skończyła notować ostatnie słowa pani podporucznik i zamknęła notes nie pytając się czy to już koniec sekcji…
- Tutaj jesteśmy! – zawołała w stronę wyjścia z pomieszczenia. Po cichu miała nadzieję, że ktoś przyszedł zabrać ją stąd – jednoosobowej kostnicy.

podpor. Lana Smith

-Nie wiem – odprała i odłożyła piłę oraz zdjęła rękawiczki – Sprawdźmy kto to – wyjęła broń i ruszyła w stronę wyjścia…

Agnes Katzeberg

Agnes dłużej nie chcąc przebywać w pomieszczeniu z martwym naukowcem również poszła za Laną i Mendozą. Widząc Randolpha Clare’a na korytarzu zrobiło jej się raźniej *Wrócili…* czemu akurat to słowo zaświtało jej w głowie? Dlaczego nie mieliby wrócić? *Ale gdzie reszta grupy?* Agnes pilnie się rozejrzała, nie widząc owej “reszty” była ciekawa co Randolph tu robi, czyżby… stało się coś?

Randolph Clare

-No tu jesteście dziewczyny – odzywam się zauważając je wychodzące z pomieszczenia
-Szukam was w tym domu smierci -uśmiecham sie wykrzywiając twarz

Kątem oka dostrzegam ciało leżące w drugim pokoju i cały dziwny zestaw przyrządów koło niego.

- A co tam obok robicie , w Frankensteina się bawicie – z nerwowym uśmiechem kiwam głową w kierunku drugiego pomieszczenia.
-Lepiej ubierajcie sie i idziemy do innego budynku bo tam znaleźliśmy jednego gospodarza żyjącego!
-Tyle że według mnie to on juz za długo nie pociągnie, wygląda tak jakby dostał z bazuki
- Ale co tam porucznik kazał żeby zespół medyczny tam poszedł to proszę przekazuje takie polecenie.

podpor. Lana Smith

-Nie. Przeprowadzam sekcje. Próbuję dość do tego co go zabiło. To z nudów – oficer schowała broń i szybko ubrała się do wyjścia – Do chodźmy szybko zobaczyć tego żywego, może uda mi sie go uratować! Ruszać się! Clare! Prowadź!

Agnes Katzeberg

*A kim ja jestem? Grabarzem? Pielęgniarką?! Do jasnej choinki…* pomyślała zdenerwowana Agnes. Znajdywanie po częście żywych, albo już martwych naukowców w opustoszałej stacji polarnej wcale ją nie bawiło. Miała nadzieję wydostać się z tego lodowiska… do domu. Tymczasem Clare przynosi wiadomość o kolejnym jajogłowym z po części rozwalonym brzuchem. Agnes złowrogo zmierzyła Lanę, jej optymizm przy kolejnych szykujących się sekcjach wręcz ją przerażał… Dziewczyna spojrzała na Radzymisnky’ego – A co z nim? – wskazała ręką na nie całkiem sprawnego psychicznie.

Randolph Clare

- No wlasnie, to dobre pytanie…………- mówię głośno na forum

-Według mnie i według zdrowego rozsądku to trzeba go zamknąć w pomieszczeniu żeby nie uciekł ,,albo to co ma w środku” i postawić kogoś na straży aż nie wrócimy. Proponuje żeby byl to Mendoza. a my choćmy szybko do porucznika tylko musimy zachować szczególne zasady bezpieczeństwa bo niewiadomo co tam zastaniemy.
-Pamiętacie co wam mówiłem gdy zostawiłem was same z Radzymińskim?
To dobrze sie nad tym po drodze zastanówcie

Po tym monologu czekam 30 sekund na reakcje obecnych.

 

Jesus Mendoza

Mendoza opuścił broń na widok Randolpha i wysłuchał wymiany zdań między nim a kobietami. Dopiero ostatnie zdania obudziły w nim sygnał ostrzegawczy. Miałby znowu zostać z tym szajbusem? I do tego kompletnie sam?
A czemu niby to ja mam zostać? Co ja jestem jakaś niańka dla świrusów? – oburzył się.

Randolph Clare

-Już ci mówie czemu-zwracam się do Jesusa

-Po pierwsze jesteś jedynym mężczyzną oprócz mnie który może to zrobić, a ja muszę pokazać im drogę -Po drugie myślę że potrafisz dokonać słusznego wyboru jeżeli przyjdzie ci decydować co z nim zrobić jak cos się stanie ? – kończe te zdanie znacząca przerwa i pokazuje na leżącego na podłodze Radzymińskiego
-Po trzecie dziewczyny będą potrzebne jak dojdziemy do rannego, jeżeli dojdziemy………..-Tak czy inaczej według mnie musisz tu zostć
-Jeżeli ci to pomoże to obiecuje ci że zaraz jak dojdziemy do tego rannego to wróce tu i ci pomogę rozwiązać problem z Radzymińskim

- I co ok zostajesz?

Jesus Mendoza

Argumentacja Randolpha była dobra. Zbyt dobra. Niestety.
W porządku, zostanę. Ale jeżeli ten świrus mrugnie choć okiem, to zastrzelę jak psa. Najlepiej jakbyście go uśpili albo związali.
Mendoza usiadł w pewnej odległości od Radzyminskyego, ale tak aby go dobrze widzieć. Swój karabin ostentacyjnie położył na kolanach z lufą skierowaną w stronę chorego.

Agnes Katzeberg

Dziewczyna przyglądając się rozmowie mężczyzn jedynie skrzywiła minę *Dlaczego Jesus? Ja bym została… wolę tu zostać niż chodzić po mrozie… znów…* rozmyślała Agnes przyglądając się raczej mało groźnemu Radzyminsky’emu *Wydaje się, że zasnął…* stan Jack’a faktycznie był raczej bardziej ustabilizowany: klasycznie oparty o ścianę, zaśliniony, wydający się czuwać bądź spać…

Agnes widząc, iż decyzja Clare’a jest raczej decyzją nieodowływalną westchnęła i zaczęła się zbierać, by dojść do kolejnej ofiary tajemniczego mordercy…

Randolph Clare

-Ok dobry pomysł - mówię do Jesusa
-Zwiążemy go
-Choć pomóż mi go szybko zwiążać a dziewczyny niech się przygotuja do wyjścia na zewnątrz

Agnes Katzeberg

Agnes przygotowała się porządnie do wędrówki. Popatrzyła chwilkę co robią mężczyźni. Kiedy skończyli była już ciepło ubrana. W ciepłej, grubej kurtce, którą miała na sobie przypominała bałwanka.
- Chyba możemu już iść, tak? – zapytała spokojnym zupełnie bez emocji głosem.

Randolph Clare

Jeżeli nic nie stoi na przeszkodzie to wiążę z Jesusem Radzymińskiego , układamy go w pozycji ,,bocznej ustalonej” i przygotowuje sie do ponownego wyjścia w zawieje.

Jesus Mendoza

Mendoza rozejrzał się za jakąś liną, aby związać Radzyminskyego. Nie znalazł żadnej. Znalazł za to ubrania, które naukowcy nosili wewnątrz stacji. Skręcił z nich całkiem zgrabne “kajdanki”.
Uważaj na niego – powiedział do Randolpha.
Mendoza ostrożnie podszedł do Radzyminkyego i założył mu “kajdanki” na ręce. Zacisnął pętle i upewnił się, że chory nie będzie w stanie sam ich rozsupłać. Drugie “kajdanki” założył na nogi. Po tych zabiegach wrócił na “swoją” ławkę i z pewną podejrzliwością zaczął obserwować nieruchomego Radzyminskyego.

Pani mechanik Agnez wraz z podporucznikiem, medykiem Laną ruszyli za prowadzącym ich Randolphem. Prędkie kroki zmieniające się wręcz do biegu po schodach, które drgając po każdym zetknięciu się z podeszwą dawały do zrozumienia “Jesteście tu niemile widziani”. Może najlepiej byłoby zostawić to miejsce i uciec z tąd z niemym krzykiem jak pewnie wielu naukowców to zrobiło. Co się tu mogło wydarzyć. Co się działo w tej ciasnej bazie. Co kryją te milczące ściany, jakich zdarzeń świadkiem były, zaschnięta krew na nich sama wam mówiła, żebyście lepiej się nie dowiadywali. Jednak jako żołnierze waszym celem jest służba państwu… ludziom…
Pokonujecie piętro za piętrem. Pomieszczenie z Jack’iem i Jesusem. Pomieszczenie z komputerami… pomieszczenie z łożami. Prędkie kroki za otwartej śluzy dychającej lodowatym powietrzem, gogle na oczy, kaptury na łeb i jesteście po środku wielkiej zamieci, jednak na szczęście słabnącej i po morderczych minutach wgramoliliście się po schodach do wnętrza wieży radarowej…

Agnes Katzeberg

Dziewczyna mimo bardzo ciepłego ubrania jakie na sobie miała poczuła znów na polikach niemiłe, mroźne powietrze, jakże dokuczliwe przy każdym stawianym kroku na czystym, białym śniegu… jeszcze przed chwilą będąc w ciepłym pokoju czuła się niemal jak w domu, pomijając zwłoki naukowca, oczywiście…
Do nowego dla niej pomieszczenia weszła tuż za Laną, a widok, który jej się ukazał zmusił ją do natychmiastowego zdjęcia gogli. Przez pewien czas jakby oniemiała wpatrując się w ledwie dyszącego człowieka. Miny zebranych osób mówiły wszystko. Lana jako jedyna osoba znająca się na medycynie musiała natychmiast pomóc temu człowiekowi…
Agnes jakgdyby jeszcze nie dochodząc do siebie lekko popchnęła Lanę w stronę mężczyzny. Sama wpatrywała się oczami bez wyrazu w postać tkwiącą w bezruchu na podłodze. Cisza jaka zapadła była nie do zniesienia, nikt nic nie wiedział… napewno. Tak jak przedtem – tajemniczy atak…
- Co… co tu się dzieje? – rzekła w końcu niepewnym, drżącym głosem - Kim jest ten człowiek? - zapytała zgromadzonych podchodząc bliżej ledwie żywego. Cały czas mogła się mu jedynie przyglądać. Widząc ilość krwi wokół i porozrzucane resztki jedzenia wiedziała, że nie ma jak mu pomóc. Całkowicie się na tym nie znała. Była mechanikiem. Kilka razy obróciła wzrok, jakgdyby szukając czegoś czym mogłaby pomóc, ale cóż by to miało być? Agnes z przejęciem, a może bardziej z osłupieniem nie mogła uwierzyć swojemu nieszczęściu… co ona tu robi? Co się tu dzieje? Miała teraz w głowie całkowity mętlik, szereg pytań powiązany z nagłą chęcią pomocy…
Stała. Zielonymi oczami wpatrywała się w plamę krwi na podłodze. Coś się w niej łamało… za każdym razem, kiedy widziała coś takiego. Smutek i przerażenie. Stacja polarna? Zepsuta antena…? Myśli kłębiły się w jej głowie.
Travis Christie

Spogląda na wchodzący, przypatruje się dziewczynie która podchodzi do rannego i… stoi patrząc się na niego – Chryste dziewczyno, nie stój tak tylko mu pomóż! Jesteś medykiem, nie! On może umrzeć! – krzykną zdenerwowany. To miejsce, pogoda, trupy, to wszystko nie wpływało na niego dobrze, wręcz przeciwnie, czuł się jak w jakimś horrorze, który zaraz będzie w połowie i pokaże się jakiś fantastyczny, potworny, potwór, który będzie ich ścigał chcą ich zabić… tak jak w Obcym.

Randolph Clare

Przypatruje sie tym wszystkim osobom z zimnym wyrachowaniem. Rozmyślam czy dotrzymać słowa i wrócić do Jesusa.

podpor. Lana Smith

-Cholera!
Lana schyliła się i zaczęłą oględziny rannego. Pospieszne. A potem przystapiła do reanimacji.
-Bierz któryś dupe w kroki pomóżcie mi! Róbcie szybko RKO! Facet umiera! Agnes! – oficer po raz pierwszy zwróciła się do niej po imieniu – Weź coś i tamuj krwawienie!
Lana oczyściła gazą usta rannego i spojrzała na żółnierzy.
-Szybciej! Nie mówcie mi, że masaży serca nie umiecie!

Travis Christie

Psiocząc pod nosem i mamrocząc, że to nie jego zadanie, zaczął posłusznie wykonywać polecenia podpor. Smith… co jakiś czas jego wzrok odwracał się do porucznika.

Agnes Katzeberg

*Weź coś… weź coś… tylko co!?* Agnes nerwowo się obróciła. Oczami wędrowała po ścianach i podłodze pokoju. Szukała czegoś, czegokolwiek, co mogłoby powstrzymać krwawienie…

Jesus Mendoza

Mendoza spojrzał na Radzyminskyego i poprawił karabin leżący na kolanach. “Randolph obiecał wrócić” – pomyślał – “a coś go nie widać. Przynajmniej byłoby do kogo gębe otworzyć. A tak siedzę tu sam z rozbebeszonym trupem i szurniętym doktorkiem. A tak właściwie, jak on jest doktorek, to powinien być przyzwyczajony do trupów. Chyba, że on z tych co mdleją na widok krwi. To by tłumaczyło jego stan.”

Agnes Katzeberg

Dziewczyna wyjęła z torby Lany apteczkę, szybko ją otworzyła szukając w jej zawartości odpowiednich rzeczy do zatamowania krwotoku… Po bardzo krótkim czasie wyjęła długi, biały i czysty bandaż.
Rana wyglądała okropnie. Po plecach Agnes przeszedł niemiły dreszcz. Wystarczyła jednak dosłownie chwila, by rana została dobrze owinięta… choć Agnes nie miała do czynienia poprzednio z takimi sprawami poradziła sobie na pierwszy rzut oka szybko i sprawnie. Wciąż marszcząc przy tym czoło i cicho jęcząc – prawdopodobnie był to efekt niezbyt ciekawego wyglądu mężczyzny i pomieszczenia…
Kiedy dziewczyna skończyła zajmować się raną zaczęła słuchać co radziła Lana.

Randolph Clare

Patrzę na te wszystkie czynności które wykonuję obecni przy rannym gospodarzu z pewna dozą niepewności.

-Panie poruczniku , obiecałem Mendozie że wrócę do niego i pomogę mu przy Radzymińsim.Trzeba skutecznie się nim zająć , zabezpieczyć go przed zewnętrznym środowiskiem jak i przed sobą samym.- zwracam się do dowodzacego

- Jak tylko załatwię tę sprawę do przyjdziemy tu Razem Z Mendozą i możemy dalej prowadzić poszukiwania

Porucznik, któremu również szybciej biło serce ciągle robił wydechy, jakim towarzyszyła para. – Clare, nie mogę cię samego puścić na tę wichurę. Rozkaz, masz tu zostać. Jack się trzyma, a z tym jest gorzej. Nie chcę kolejnego kaleki. – spojrzał na Agnez grzebiącą w apteczce. Mechanik, a ma nikłe pojęcie o medycynie, przynajmniej polowe. Wzięła porządny kawałek twardej waty i owijała bandażem ją przyłożoną do rany oraz mężczyznę. – Clare! Pomóż Katzberg, a potem możesz razem z Travisem udać się na dół, ale ten człowiek jest teraz najważniejszy. – odparł stanowczym i niepodważalnym głosem porucznik O’Mannley po czym spojrzał na innego podopiecznego – Katzberg, gdy skończysz obejrzyj cały tutejszy sprzęt.
Próby RKO w wykonaniu młodej pani medyk przynosiły rezultat – człowiek jeszcze był na tym świecie, niezależnie od stanu.
A stan był okropny, ledwo dyszał i mówił – Nie… proszę… ja już nie chcę, uśmierzcie ten ból!
– wydarł się resztkami sił, w czym wyczuwalna była żałość i łzy. – tracę… wiarę…

Randolph Clare

-Według rozkazu- zwracam się do porucznika

Patrze na to co robi Agnes i dochodzę do wniosku że do roboty juz za dużo nie ma bo gość jest już zabandażowany, ale podchodzę do niej i pytam

- W czym mogę ci pomóć

Agnes Katzeberg

Agnes spojrzała wdzięcznie na Randolph’a spod bandaży, które szybko owijała.
- Tak, możesz, potrzymaj tu chwilkę – wskazała miejsce dłonią, kiedy Clare pomógł jej dokładnie sprawdziła czy rana jest prawidłowo zabandażowana. Wydawało się, że była…
- Dzięki – powiedziała i wstała już od mężczyzny. Według rozkazu zaczęła przyglądać się zgromadzonemu w pomieszczeniu sprzętowi. *Nareszcie coś dla mnie…* podeszła bliżej do sprzętu.
Gdyby nie ten mężczyzna i resztki jedzenia porozrzucane tu i ówdzie byłoby tu całkiem przyjemnie w kwestii pracy nad sprzętem.
Dziewczyna zajęła się oglądaniem i sprzwdzaniem wszystkich możliwych podłączeń. Może coś tu działa…?

Randolph Clare

Na za dużo się nie przydałem , pomyślałem kiedy pomogłem Agnes.

-No dobra to ja juz idę , powiedziałem do wszystkich obecnych

Odeszłem od nich pare kroków i zaczełem przygotowywać się do wyjścia na zewnątrz.

Travis Christie

- Mam iść z nim panie poruczniku? – spogląda Randolpha – Co tam się dzieje? – po jego ciele przeszły dreszcze. Tego jeszcze brakowało aby wśród nich zapanował obłęd…

- Tam na dole jest nasz człowiek zostawiony pod opieką jednego z naszch. Jeśli ktoś z was chce zejśc na dół mu pomóc to w duecie. Ja zostaję tutaj w obiema pannami. – odparł Daniel.

Travis Christie

Uśmiecha się – A kto by nie chciał zostać w towarzystwie dam – kłania się lekko . Następnie uśmiecha się, Jest to uśmiech o dość dwuznaczny, kryjący w sobie pewną lisią tajemniczość – Jednak Randolph chyba musi iść a zarazem musi mieć kogoś do pary… – rusza w stronę wyjścia – Do zobaczenia niebawem – nonszalancko zasalutował do dziewczyn. Zachowywał się tak jakby nic się nie stało, jakby był w centrum miasta i właśnie szedł zamówić coś u barmana w pubie. Tymczasem właśnie to pomogło mu się utrzymać przy zdrowych zmysłach, jego umysł już nie wytrzymywał napięcia…

- Trzymaj się żołnierzu! – krzyknął porucznik gdy wychodziliście w zawieruchę i odpowiedział salutowi salutem.
I znowu z trudem zatrzasnęliście metalowe drzwi uginające się pod naporem ciśnienia. Wkroczyliście w mroźny, bezlitosny na wasze wysiłki koszmar.
Po wielu krokach, które stawały się wiecznościa wobec nadciągającej burzy. Jednak czuliście, że wichura się osłabia.
Doszliście do śluzy jak po długiej wędrówce liczącej pare metrów.

Travis Christie

Spogląda na towarzysza – Co się tam dzieje, że tak bardzo chcesz tu wrócić…? – wchodzi przez śluzę

Randolph Clare

-Po pierwsze obiecałem Jesusowi że jak zostanie z Radzymińskim i go popilnuje przez czas jak dziewczyny tu przyprowadze to wrócę do niego
- Po drugie trzeba coś zrobić z Radzymińskim a nie tylko go zostawić na korytarzu na podłodze , on może być groźny sam dla siebie i też dla nas

Agnes Katzeberg

Kiedy Lana Smith badała odnalezionego przy życiu mężczyznę, Agnes Katzeberg badała na swój sposób… sprzęt. Była zaciekawiona znajdującymi się w pomieszczeniu “narzędziami” naukowców.
Sprawdzała cały czas czy poszczególne sprzęty działają. Wydawała się nawet nie zauważyć braku obecności kilku osób. Agnes starała się wypełnić rozkaz i “rzuciła okiem” na sprzęt.

Clare oraz Travis opuścili strefę niskiego cieśnienia i znaleźli się w chłodnym, dość zaniedbanym pomieszczeniu. Przed wami był pokój z łóżkami oraz schody na dół do sali, która niegdyś warczała komputerami, zaś jeszcze niżej był Mendoza wraz z Jack’iem.

* * *
Agnes wzięła się za przeglądanie stołów oraz paneli. Znajdowały się tutaj różne przedmioty jak nóż, śróbokręt mały-krzyżyk, kawałek plasterka ogórka, a także trochę śróbek i “złota” klamka, pudełeczko po cukierkach firmy Drops, wciąż leżało tam parę sztuk ubranych w zielono-przeźroczystą folijkę. Obok dwie brudne husteczki higieniczne.
Panele zaś były pełne przyrządów optycznych, wskaźników ciśnienia, termometry, głośniki wraz z mikrofonem, przyrządy do ustawiania łączności oraz niezrozumiały częściowo sprzęt dotyczący radaru znajdującego się tuż za wami. Przez okno miałaś wgląd na cały teren dookoła ciebie. Widoczność około dziesięciu metrów kończącą się zwałami śniegu i szarawą mgłą. Wiecie, że nigdy nie ujrzycie tutaj dnia. To była noc polarna.
Mężczyzna coraz bardziej dyszał, a podstawowa pierwsza pomoc nie dawała należytego efektu. Jednak Lana wywnioskowała, że mężczyzna jest przytomny fizycznie jak i psychicznie i wie co się dzieje.
- Co tu się stało!? – odparł zdenerwowany porucznik lekko szarpiąc mężczyznę. On na niego spojrzał – Uciekajcie…. – i z kolejnym jękiem – aa….Aaa…albo się dowiecie wszyscy… – łapie kurczywie oddech – Na sobie… błagam! Zakończcie mój ból, nie chcę czuć, że umieram… – odparł i zamilkł, zaś porucznik walnął do Lany – Nie możemy go stracić!

Agnes Katzeberg

Sprzętową fascynację Agnes przerwał dopiero rozpaczliwy jęk mężczyzny. Oderwała wzrok od całego sprzętu, dramat za jej plecami ostro wwiercał się w jej psychikę. Mężczyzna był półżywy, a ona zamiast mu pomóc zajmuje się maszynerią…
Porucznik nalega o ratowanie życia. Tak, to faktycznie trzeba koniecznie zrobić! Ten mężczyzna wie o wszystkim co się tu stało! Jest niezbędnym źródłem informacji, ale przede wszystkim jest człowiekiem i należy go ratować!
Agnes ruszyła się szybko z miejsca. Wewnątrz poczuła się potwornie, dlaczego zajęła się oglądaniem sprzętu kiedy ten mężczyzna jest w takim opłakanym stanie?! Spojrzała na porucznika… On jej przecież kazał.
- Już się rozejrzałam - stwierdziła trochę gniewnie szybko podchodząc do wszystkich - Lano… – spojrzała na Smith – Co można dla niego zrobić? - wskazała gestem na jęczącego człowieka.
W Agnes zrodziło się dziwne i zupełnie nowe pytanie: Co miały oznaczać te wypowiedziane z trudem przestrogi? Znajdują wreszcie kogoś żywego, a ten błaga o śmierć, zamiast próbę ratunku? Co to ma znaczyć?
Katzeberg ceniła swoje życie. Myślała dotychczas, że wszyscy cenią swoje tak samo, ale jeżeli człowiek błaga o uśmiercenie… to CO musiał przeżyć?

- Agnez! – krzyknął porucznik stanowczo – Bardziej się przydasz przy odpaleniu tej rupieciarni, jesteśmy tu za długo i musimy się skontaktować z bazą! – dodał dobitnie gryząc wargi. – Lana – odparl w drugą stronę słowem poprzedzającym ciężki oddech. Oboje przykucnięci obok rannego, bezradnego mężczyzny opartego o lodowatą ścianę. Podporucznik robiła wszystko co w jej mocy, aby go utrzymać przy tchu. Daniel jakby nie wiedząc co ma poradzić nakazał – Zastosuj mu morfinę, małą dawkę, żeby nie wykorkował.

Travis Christie

Każda chwila spędzona w tym miejscu, powoduje że stawał się coraz bardziej nerwowy… może to przez pogodę, może przez trupy… co by nie było przyczyną, powodowało jedno… za nic nie chciał rozstawać się z bronią maszynową. Ponownie sprawdził magazynek i zamek. A idąc uważnie obserwował korytarze… powoli zbliżali się do pomieszczenia z Mendozą

Travis wraz z Ralphem ruszyli z ciasnego pomieszczenia smaganego gwizdami zamieci przybywającej ze śluzy. Niemal w biegu z bronią wymierzoną przed siebie wkroczyli na teren pomieszczenia, w którym słychać było pomruki i jęki Jacka. Pomruki i jęki mówiące wam, że coś jest w tym budynku, w tym pokoju, coś co czai się za waszymi plecami i czeka na dogodmy moment gdy będziecie sami. Coś co ciągle was obserwuje…

Jesus Mendoza

Mendoza, słysząc zbliżających się, wycelował swój karabin w kierunku schodów. Gdy rozpoznał Travisa i Randolpha opuścił lufę.
Coś się wam nie spieszyło. Macie jakiś pomysł co z nim zrobić? – powiedział wskazując na Radzyminskyego – Nie możemy go stale pilnować. A zamknąć go też nie ma gdzie, wszędzie trupy i krew, normalny by dostał świra, a co dopiero on.

 

Randolph Clare

-No juz jesteśmy , a ty tak się nie ciesz na nasz wodok bo mało brakowało żeyśmy tu nie przyszli - zwracam się do Jesusa

- Wiesz ten znaleziony gośc jest ledwie żywy no i ta cholerna pogoda[/I

- Mam taki pomysł – nic innego tu nie możemy wykombinowac trzeba znaleść zamykane pomieszczenie bez okien i zamknąc go tam na klucz - mówiąc to wskazuje na Radzymińskiego

-Nie może angazować swoją osobą aż trzech ludzi , jak już rozwiążemy tą tutejsza sytuację to do niego wrócimy i go weźmiemy , co wy na to?

Opublikowany w Inne | 1 komentarz »

Sesja “The Thing” vol.1

Opublikował/a mrcollector w dniu styczeń 7, 2007

A oto kolejna bardzo klimatyczna sesja RPG w klimatach gry “The Thing”, cholernie dobrego horroru. W sesji nie uczestniczyłem, nie jest moim dziełem itp. A więc zaczynamy:

“Od tej chwili ogłaszam ci rzeczy nowe, tajemne i takie nieznane. “
Iz 48,6

Antarktyda

24.11.1986.r.
0:05
Antarktyda
Ziemia Wiktorii
90km od zachodniego wybrzeża

Antarktyda – ląd położony wokół południowego bieguna. Zwana jest także lodową pustynią, a wiele i opowieści o niej krążyło i nadal krąży, gdyż jest niezbadana i wiecznie tajemnicza. Znajduje się na niej wiele stacji badawczych inaukowców, którzy większość życia poswięcają na zbadanie tego lądu, ale czasem lepiej, żeby niektóre tajemnice nie zostaly odkryte…

Ów region pełen jest włoskich i amerykańskich stacji badawczych. Wśród jednej z nich nastąpiła kwarantanna trwająca parę tygodni po czym baza zerwała kontakt. Zadaniem grupy Eta wskład, której wchodzili Agnes Katzeberg, Jesus Mendoza, Travis Christie, Daniel O’Malley, Randolph Clare, Lana Smith oraz Jack Radzyminsky. Obecnie prowadzeni przez pilota w mocnym helikopterze lecą do milczącej bazy Aruis.
Siedzicie w milczeniu przerywając ciszę drapaniem się za głowę. Ten stan przerywałgłos pilota – Jesteśmy trzydzieści minut drogi od Aruis.

Daniel O”Malley
-Peiprzona konserwa.-mrucze pod adresem helikoptera. Ile będziemy jeszcze tutaj siedzieć? Od kiedy wystartowaliśmy robi się coraz zimniej i śmigłowiec trzęsie się coraz bardziej..
Teraz tylko czekać, aż dolecimy, naprawimy antenę, bo żaden z “naukowców” nie mógł pewnie sobię poradzić z tak skomplikowanym problemem i odlecimy zbierajac punkty za dobrze wykonaną akcję..

Agnes Katzeberg

Agnes odwróciła wzrok od grupy i spojrzała w okno helikoptera, śnieg, lód, ciemne niebo… pustkowia bez śladu ludzi… spojrzała na zegarek *0:05* pomyślała. *Stacja zerwała kontakt… pewnie system komunikacji wysiadł* myśl o stacji napawała ją dziwnym wstrętem, nie lubiła opustoszałych miejsc, ani “mądrali” w białych fartuchach pracujących nad nie wiadomo czym… Teraz lecąc nad takim odludziem przypominała sobie niektóre chwile z życia, przed oczami miała wszystkie kable, opisy i tablice z wzorami, których nie znosiła się uczyć w szkołach…

Jeszcze 30 minut – pomyślała Lana- ciekawe o czym nam nie powiedzieli, gdyby do każdej zepsutej anteny wysyłali taką ekipę cała armia latałaby jak stado komarów. I nic nie powiedzieli o przyczynie kwarantanny.

Radzyminsky:

Skwitowałem ogłoszenie pilota pełnym aprobaty pomrukiem, po czym wróciłem do rozmyślań. Spojrzałem pełnym pogardy spojrzeniem na ludzi siedzących w kabinie i uśmiechnąłem się zagadkowo. “Taka misja jest dla nich odpowiednia”, pomyślałem. “Nie wymaga zbyt wiele. Znowu polarnicy coś zamieszali…”; w myślach uraczyłem zajmujących się badaniem bieguna ludzi kilkoma kwiecistymi epitetami.
Rozsiadłem się wygodniej, patrząc co i raz przez lufcik. “Śnieg, lód i sakramencki mróz… Trzeba było nie wyjeżdżać z Brazylii”.
Pogrzebałem chwilę w torbie, moim bagażu podręcznym i wyjąłem książkę. Ci, których to interesowało przeczytali: Edgar Allan Poe “Studnia i Wahadło.
Zagłębiłem się w lekturze.

Travis Christie

Obojętnym wzrokiem rozglądał się to po wnętrzu helikoptera i jego pasażerach, to po pokrytym grubą warstwą śniegu lodowym podłożu, terenu po którym niedługo będzie stąpał. Robił to bez przerwy, nie zwracając większej uwagi nawet na jakiekolwiek słowa lub gesty swojej drużyny. Podczas nieustannie powtarzającej się wędrówki jego oczu, prawa dłoń nieustannie przecierała pistolet spoczywający w drugiej ręce. Cała ta sytuacja zdawała się go nudzić.

Jesus Mendoza

Siedział przytępiony wszechograniającym mrozem wciskającym się pod ubranie każdą nawet najmniejąszą pozostawioną szczeliną. Zastanawiał się nad celem misji która właśnie zaczyna sie tu na pokładzie helikoptera jednocześnie spoglądając na niekończace się połacie śniegu i skał. Twarze członków drużyny nie wyrażały chęci do nawiazania rozmowy więc pozostał miczący i z ulgą przyjął wiadomośc pilota.

 

Randolph Clare

Uwielbiam mróz i śnieg , może nie tak duzy jak tu ale co tam . Patrząc po twarzach innych osób lecących tym śmiglowcem nie wróże im nic dobrego w tym klimacie . Ale co tam najwazniejsze doleciec zrobić swoje i wrócic szczęśliwie do domu
Radzymisky nie miał za wiele czasu i komfortu na czytanie książki.
- Jesteśmy już praktycznie na miejscu. Bierzcie sprzęt i róbcie co macie. Gdy na coś się natkniecie skontaktujcie się z nami radiem w bazie, na pewno jakieś znajdziecie. Wtedy przekażemy dalsze rozkazy. Ruchy, ruchy! – Potędził was pilot i czuliście jak wichura za oknami szaleje albo to wina helikoptera i jego napędu śmigłowego.
Lądujecie przez moment aż wszyscy wychodzicie. Stoicie na coś dużej warstwie lodu przykrytego rzadkim śniegiem sięgającym wam do kolan. Przed wami było sporo zasp i pagórków, a za jednym z nich widzieliście małe, czerwone światełko z najwyższej wieży ów posterunku jako i bazy badawczej.

Travis Christie

Naprzód – odezwał się nagle, jego głos był stanowczy i głośny, dało się go doskonale usłyszeć nawet w tym szumie, przy zasłoniętych uszach. Po chwili wyszedł na przód – Nie ma na co czekać – dodał jeszcze po czy ruszył w kierunku wieży.

Agnes Katzeberg

Agnes dokładnie założyła kaptur na głowę i wyszła z helikoptera. Ruszyła wolno przez zaspy śniegu sięgające do kolan za Travisem. Przez gęsto padający śnieg zobaczyła czerwony punkcik w oddali – stacja badawcza. *Ale mróz, mam nadzieję, że mają tam coś gorącego do picia…* pomyślała Agnes i ta myśl podkusiła ją do przyspieszenia kroku. Raz po raz oglądając się czy wszyscy idą Agnes szła myśląc o piciu i problemie z anteną…

Daniel O”Malley
Czekam aż wszyscy wyjda po czym daję znak pilotowi śmigłowca, że mogą się już stąd zabierać. Potem odbiegam od smigłowca, nie chcę żeby mnie wciągnęło pod łopaty.
Potem szbko ruszam za resztą w stronę stacji..

Jesus Mendoza

Obrócił się jeszcze na chwilę szukając wzrokiem porucznika i ruszył za odziałem. Idąc rozglądał się na około i zastanawiał się skąd w takim pustkowiu mogło nadejść ewentualne niebezpieczeństwo.

Lana po wyjściu z helikoptera natychmiast zapadła się w śnieg, zaklęła i powlokła się za innymi myśląc o tym że Antarktyda powinna być jakaś bardziej zamarznięta i tajemnicza a tu śnieżek jak z gwiazdkowej pocztówki tylko straszny mróz. A potem uświadomiła sobie że coś tu nie gra, gdyby ktoś tu był, musiałby zauważyć lądujący helikopter i wyjść im na spotkanie. W końcu wizyty w tej okolicy muszą być rzadkościa.

Randolph Clare

Nie ma co się za dużo zastanawiac , pogoda świetna więc do przodu. Przemkneło mi przez myśl. Sprawdziłem ubranie i sprzęt. Odbezpieczyłem karabin maszynowy i wiodąc lufą po zasniezonym terenie udałem sie za grupą.

Radzyminsky

“Ech, Inkwizycja poczeka”, pomyślałem i z żalem opuściłem śmigłowiec.
Idę z nimi w miarę zwarto, a częste poślizgnięcie się na lodowej powierzchni komentuję niewyraźnym przekleństwem, które jest łapane przez lodowaty wicher.
Zasłaniam oczy ręką i przyspieszam-nie mam zamiaru zakończyć żywota w tym sakramenckim lodzie.

Pełnym krokiem wymuszonym z głebi resztek waszej siły ruszyliście przez te zaspy. Moglibyście to znieść gdyby nie zamieć śmieżna waląca wam w twarz. A przecierz tutaj rzadko są opady tego rozmiaru.
Ruszyliście przez pagórki i kawałki lodowych gór. Rozglądając się widzieliście pochmurne niebo i mgłe chowającą w całości horyzont. Widocznośc na zaledwie parenaście metrów.
Za ostatnią przeszkodą ujrzeliście lekki “wąwozik” jeśli można tak nazwać to miejsce między najwyższymi prawie-górami skał i lodu przysypanych gęstym śniegiem.
Stacja radiowa wyglądała mniej więcej jak trzy budynki połączone ze sobą. Dookoła był mały płot, a właściwie kraty. Najwidoczniej po to, aby miejska fauna nie mieszała się na ten teren. Parter bazy jest płaski i ma zamasane okna. Obok najbardziej położonego po prawej członu jest grupa rur wychodzących z fundamentu, a chowającego się pod ziemią. Budowle piętrzyły się na dwa kolejne piętra zaś człon położony po prawej miał na dachu małą wieżę, do której drogą były wystawione na mróz kręte, metalowe schody. Ów wieża na szczycie miała czerwone światełko. Widzicie dwoje drzwi. Jedne obok rur po prawej, a drugie na budowli po lewej stronie od frontu.
Travis idący z przodu poczuł coś twardszego pod nogami gdy szedł przez warstwę śniegu.

Travis Christie

Uniosłem prawą rękę w górę, zaś dłoń zacisnąłem w pięść. Prawdę mówiąc nie wiedział czy reszta to zrozumie, ale on był przyzwyczajony do tego typu gestów podczas akcji, po chwili, tupnął lekko w ziemię, sprawdzając czy to czasem nie mój organizm robi ze mnie głupie żarty, jeśli nadal czuje to co przedtem, stara się wykopać niewielką dziurę, aby sprawdzić co znalazł.

Doszliśmy do stacji, oprócz światła na wieżyczce nie ma innych śladów czyjejś obecności. Chociaż nie, Travis, który szedł z przodu coś znalazł wyjmuję pistolet…

Daniel O’Malley
Wspaniale. Wprost znakomicie. Śnieg, zamieć i oddział dzielnych żołnierzy prących w kierunku celu.
Włączyłem Walkie-talkie i nadałem do Mendozy
-Mendo…-cholera, w takiej zamieci pewnie tego nie usłyszał..
Nadałem do wszystkich głośny piskliwy dźwięk, kiedy wszyscy się popatrzyli pokazałem na Mendozę, Clare i Radzyminsky’ego, a następnie wzkazałem drzwi koło rur.
Nawet goryl domyśliłby się co to znaczy…
Następnie machnięciem ręki przywołałem Smith i Katzberg, po czym podszedłem do Christiego.
Patrząc jak coś wykopuje sprawdziłem broń. Mam nadzieję że nie zamarzła.

Radzyminsky

“Śnieg, lód, śnieg, lód…i piekielna zamieć”, pomyślałem ponuro. Kiedy dobiegł do mnie pisk miałem ochotę przeklnąć plugawie, ale się rozmyśliłem. Lepiej sprawdzić, czego ode mnie chcą. Gest O’Malley’a nie przekraczał zdolności intelektualnych humanoida, więc w mig domyśliłem się o co chodzi. Nie było w tym zresztą nic zaawansowanego: jakoś trzeba było wejść.
Położyłem rękę na broni nie wyciągając jej jednak. “Przecież to tylko jajogłowi”, przekonywałem samego siebie. Potem z pogardą spojrzałem na innych. “Pochopni… Jeszcze kogoś zabiją…Byle nie mnie!”
Zrównałem się z O’Malley’em.

Travis poczuł drugi raz, że jest to coś twardego, ale metalowego jednocześnie. Jest niczym blacha.
Wykopał mały dołek w śniegu i wyjął ów przedmiot…

Travis Christie

Kiedy dowiedziałem się co tak naprawdę znalazłem, ze zdenerwowaniem spojrzałem na porucznika, wskazując mu jednocześnie tabliczkę z napisem “Teren wojskowy – wstęp wzbroniony”. Kiedy O’Malley zobaczył już co wykopałem rzuciłem to ponownie na ziemię i ruszyłem w odpowiednim kierunku.

Daniel O’Malley
“Stacja badawcza na Antarktydzie i teren wojskowy?
Co sie tutaj do ciężkiej choler dzieje…”
Machnąłem reką w kierunku Mendozy, dając mu tym samym znak, zeby szli sprawdzić tamte drzwi, a sam ruszyłem w kierunku tych po lewej stronie.
Po kilku krokach przystanąłem i odwróciłem się w kierunku Christiego i panienek. Idą czy nie?

Mendoza odczekał chwilę na Radzyminsky i Clarego i ruszył w stronę budynku wskazanego przez porucznika. W wąskich szczelinach małych okien nie było widać zapalonego światła więc włączył latarkę. Ustawiła się plecami do jedynch skrzydeł drzwi i i przygotował się do “dynamic entry”. Otworzył drzwi jedną ręką żeby Clary i Radzyminsky mogi wparować do środka.

Stanęłam za O’Malley’em przy drzwiach, jest ciemno i cicho. stacja wygląda na wymarłą. O’Malley zaraz otworzy drzwi, mogę go ubezpieczać ale na pewno nie wejdę pierwsza.

Agnes Katzeberg

Agnes stanęła obok Lany. *No wchodzicie czy mamy zamarznąć?* pomyślała, po czym popatrzyła na drzwi i ekipę…

Daniel O’Malley
Christie podejdzie do drugiej. Kiedy to zrobił wystawiłem trzy palce-otwiera drzwi za trzy sekundy.
Raz..
Dwa..
Trzy…!
Wbiegłem do środka, przbiegłem dwa-trzy metry i uważnie zlustrowałem otoczenie..

Ci, którzy poszli do drzwi na uboczu po prawej obok rur nie zdołali ich otworzyć. Reszta, która poszła na frontowe też mimo wszelkich prób nie zdołała otworzyć drzwi wejściowych w tradycyjny sposób.

Randolph Clare

Gdy Mendoza próbuje otworzyć drzwi i mu sie nie udaje zwracam sie do Radzyminskego -
może byśmy spróbowali je wyważyć , ale niewiadomo jak długo przyjdzie nam tu pozostać a wtedy drzwi sie przydadzą Niech Mendoza zostanie przy drzwiach , gdyby komuś zachciało sie wyjśc nimi a my chodzmy rozejrzeć się na zewnątrz parteru , przy oknach , może któreś jest przymknięte albo coś zobaczymy.. Jeżeli nie przyniesie to skutku to za 2 min spotkajmy sie przy schodach wiodących na wieżyczkę .
Po tych słowach pokazuje Radzyminskemu żeby poszedł w lewo od drzwi a ja idę w prawo.

Jest strasznie zimno. Obchodzimy stację szukając choćby śladu czyjejś obecności, drzwi i okna jak na razie zamknięte na głucho.

Jesus Mendoza

Mendoza wyciągnął krótkofalówkę i zaczął nadawać do O’Malleyego
*szsz* Poruczniku drzwi zamknięte *ssszz* próbujemy wyważyć *trzask* wrazie czego za 5 min idziemy za wami *szszz* over&out
Zaświecił latarką przez szybkę w drzwiach po czym odsunął się na krok, strzelił z pistoletu w zamek i wywarzył drzwi z kopa.

Drzwi wyważyć się nie dało nawet kilkakrotne walenie o metalowe wejście nie ruszało ich.

Jesus Mendoza

Muszą być zaspawane albo zablokowane czymś od środka -pomyślał poczym udał się po Radzymińskiego i Clarego pod wieżyczkę, a następnie do drzwi do których skierowała się reszta oddziału.
-Drzwi zabite na amen, przestrzeliłęm zamek i próbowałem je wywarzyć ale nie udało się. Randloph i Radzyminsky zrobili mały rekonesans. A tutaj jak idzie?

Radzyminsky

Jestem zły. Patrzę na drzwi wzrokiem pełnym podejrzeń.
-Po jaką cholerę zamknęli się na amen?!-powiedziałem nie wiedząc do kogo.-Rozumiem, że większość naukowców jest pomylona, ale to? Psia ich mać.
Patrzę przez chwilę, po czym przyglądam się oknom.
-Chyba można wejść przez okno…
Rozglądam się za czymś, czym mógłbym wybić szybę nucąc przy tym debilną reklamę hamburgerów: Wcinaj hamburgery, wcinaj hamburgery…

Większośćokien jest płaska i długa w poziomie i raczej trudne byłoby ich wybicie, a co dopiero przejście przez nie. Drzwi obok rur nie dało się otworzyć. Tych na froncie nikt nie próbował ruszyć. Jedyna droga na schody do wieżyczki prowadzi z dachu, a on jest oddalony od was o około pięć lub sześć na oko metrów. Widać wchodzi się na niego od wewnątrz.
Randolph odchodząc dookoła budynki zauważył, że pomiędzy poszczególnymi członami są skrzynie i pudła. Nic więcej nie zobaczył.

Podeszłam do frontowych drzwi i spróbowałam je otworzyć. Z buta wyjęłam nóż (przez moich stukniętych braciszków nóż w bucie jest równie nataralny jak skarpetka) i zaczęłam nim dłubać w zamku.

Daniel O’Malley
-Dobra, szukajcie wszystkich możliwych otworów, którymi można się dostać do środka..
Staję przy drzwiach i czekam na wyniki starań Smith. Jezeli nic z tego nie wyjdzie próbuję starej metody, tzn. zdjąć kilka razy drzwi z buta..

Agnes Katzeberg

(Przy drzwiach na uboczu, obok rur)
- Dlaczego drzwi są zamknięte, a w środku głucho? Poszli oglądać jak foki się opalają? – zła Agnes wyciągnęła skrzynkę z narzędziami i poczęła dłubać różnymi pasującymi w miarę do zamka narzędziami… śrubokręty i druty, z których może i by wytrychy były… *Ale zimno… a ja tu siedzę i tracę czas, jak zaraz nie otworzę zamka, to rozkręcę klamkę… a wtedy jeden kopniak i powinno być po sprawie*

Travis Christie

Tu się wydarzyło coś więcej niż tylko zwykła awaria – mówię, widząc jak O’Malley stara się rozwalić drzwi – Rozdzielenie się nie było dobrym pomysłem, ale rozkaz to rozkaz – kończę po czym ruszam w losowo wybrane miejsce, którego jeszcze nikt nie sprawdzał i staram się znaleźć jakiś otwór.

Obeszliście budowle i nie zauważyliście żadnych większych dziur, a te mniejsze wyglądają jak norka dla myszy. Tylko z kąd na Antarktydzie myszy?
Kule posiadające dziewięć milimetrów średnicy niewiele zrobiły twardym dzwiom bez klamek i było to zmarnowanie naboi. Mendoza stracił prawie całą serię.
Agnez równierz nie miała czego ciąć czy wiercić. Drzwi wydawały się stać tutaj solidnie nie dla ozdoby…

Randolph Clare

Spojrzałem na te skrzynie przy budynkach i pomyślałem że może wspiąć sie na nie i spróbować z dachu budynku dostać sie na schody wiodące do wieżyczki.
Czy patrząc na nie widzę taką możliwość.

Może zamiast próbować dostać się do środka, gdzie nikt nas nie chce bo by się odezwał powinniśmy poszukać tego przed czym tak szczelnie się zabarykadowali. – pomyślała Lana rozglądając się za Travisem – w końcu to on tu podejmuje decyzje.

Agnes Katzeberg

Agnes spakowała narzędzia spowrotem – Beznadzieja… - jednym słowem określiła próby dostania się do środka – Tu się stało coś strasznego, albo nie nazywam się Katzeberg… - spojrzała z podziwem i uznaniem na drzwi, które stały jak stały przedtem. Niczym nieosiągalna szkocka forteca baza stawała się coraz bardziej tajemnicza, i nie tylko dla Agnes. Dziewczyna wróciła do ekipy – Nie da się otworzyć tych bocznych – spojrzała na drzwi frontowe – Jak widzę tamte też nie… – westchnęła - Macie jakiś pomysł? – spojrzała po twarzach bez większego entuzjazmu.

Travis Christie

Wszystkie poszukiwania zakończyły się fiaskiem – mówię podchodząc do porucznika – Nie wiem co tu się stało, ale wydaje mi się, że komuś bardzo zależało na tym, aby wnętrze tej bazy pozostało tajemnicą – dodaje patrząc po obecnych – Nie wiem jak wy, ale ja nie lubie kiedy się coś przedemną ukrywa – kończę, zaś na mej twarzy pojawia się zdenerwowana mina – Ktoś coś znalazł? – pytam jeszcze i staram się wzrokiem odnaleźć resztę.

Agnes Katzeberg

- Ja nic… – Agnes spojrzała na Travisa. Oczekiwała odpowiedzi reszty, ale wiedziała, że nikt nic nie zauważył prócz tabliczki porzuconej w śniegu, i zamkniętych szczelnie drzwi… raz jeszcze rzuciła okiem na złowieszczy budynek. Taka cisza napawała teren strachem. *Gdzie naukowcy…* przeszło w myślach Agnes i straszna prawda o ich losie nie dawała jej spokoju *Przecież… muszą gdzieś tu być… żywi? Martwi? Kto miałby ich zabić, wokół śnieg…* myślała spokojnie Agnes, kiedy ekipa naradzała się.

Radzyminsky:
(Wciąż przy rurach)
-Golenie i strzyżenie…Za 5 centów-mruczę od rzeczy. Potem się zwracam do towarzyszy.-Coś tutaj jest nie w porządku…Nawet jeżeli znajdziemy wejście, to lepiej trzymać się w kupie. Ten, kto zamknął te drzwi może siedzieć w środku i powitać nas krótką serią.-milczę, po czym dodaję:-Kto ma radio? Lepiej się połączmy i wyłączmy ustrojstwo. Nie chcemy, żeby ktoś nas podsłuchał, czyż nie?-na moją twarz wraca cynizm.

Randolph rozglądał sięza pudłami. Gdyby je odpowiednio ustawił i miał dziesięć metrów wzrostu to może by wszedł na dach.
Chłod dookołą zdawał się coraz bardziej upierdliwy. Dawało po nogach i twarzy.
Drzwi od frontu wydają się być mniej solidne.

Travis Christie

Przecież nie będziemy tu tak stać – dodaje po czy ruszam w kierunku frontowych drzwi – Tych jeszcze nie sprawdzałem – rzucam sam do siebie odchodząc od pozostałych i staram się znaleźć jakieś mniejsze szpary, lub coś takiego w tych drzwiach. Jeśli nic nie znalazłem, staram się to zrobić w najstarszym z możliwych sposobów, czyli z buta…
W przypadku gdyby to zawiodło obracam się do O’Malleya i krzycze – Poruczniku gdybyśmy to zrobili jednocześnie, może przyniosło by to lepszy skutek.

Sluchajcie jak chodziliśmy dookoła to zauważyliśmy prę małych otworów prowadzących do środka, może z paru nabojów dałoby się wysypać proch, zrobić mini bombkę i rozwalić kawałek ściany.

Zespawane drzwi opierają się wszelkim mocnym uderzeniom, na coś takiego trzeba mieć ładunki wybuchowe…

Travis Christie

Znalazł ktoś coś? – pytam przez krótkofalówkę, po czym ruszam w kierunku Randolpha, który od jakiegoś czasu stoi w jednym miejscu – Znalezłeś coś? – pytam podchodząc.

Agnes Katzeberg

Bez entuzjazmu Agnes zaczęła obkrążać stację, próbowała zobaczyć coś przez okna… ale wszystko wskazuje na to, że naukowców wewnątrz nie ma, a przynajmniej nie ma duchowo…
Agnes wraca do grupy - Nie mam pomysłu… zaraz zamarzniemy, a tam w środku nikogo nie ma, po co nas tu wzywali jak nikogo nie ma - powiedziała, nie wiedząc czy ktoś ją słyszał.

Radzyminsky

-Nie mamy zasięgu, nie możemy się dostać do środka, zamarzamy, jajogłowi pewnie sobie piją herbatkę…Witamy na Biegunie Południowym!
Idę w stronę frontowych drzwi i widzę wysiłki Travis’a.
-Czyjaś babka by musiała spółkować z niedźwiedziem, by któryś z nas mógł to otworzyć-zauważam.
Myślę przez chwilę, a potem mówię, a właściwie krzyczę przez wicher:
-Czy myślisz, że możnaby wysadzić te drzwi bombą z naszego prochu?

Randolph Clare

- Spójrz – mówie -do Travisa –tam są pudła zastanawiałem sie czy kładąc je jedno na drugie nie damy rady wejśc na dach a z tamtąd na wieżyczke ale chyba nie.Ale może coś jest za tymi pudłami choć ze mną sprawdzimy.

Travis Christie

Nie sądzę – krzyknął w stronę Radzyminskyego, po czym ruszył za Randolphem, starając się przestawić te skrzynie – Wątpię czy na jakiejkolwiek innej misji przyszło by mi przesuwać drewniane skrzynki, w takim cholernym zimnie – kończy mówiąc sam do siebie, jednak na tyle głośno, aby Clare go usłyszał.

Daniel O’Malley
Włączam radio i nadaję:
-Dobra, wszyscy zebrac się w jedno miejsce, to jednak nie jest zwykła awaria, lepiej się nie rozdzielać.
Miejsce zbiórki frontowe drzwi.
Christie, Clare gdzie leziecie?

 

Randolph Clare

- No cóż damy rade – krzyczę głóśno by przekrzyczeć wiejący wiatr.

Przesuwamy skrzynie szukając czegoś innego niż zwały śniegu

Agnes Katzeberg

*Jeżeli nie wejdziemy do tej stacji, nie przyleci helikopter lub nie nastanie globalne ocieplenie, to jesteśmy martwi za kilka godzin…* pomyślała Agnes patrząc na wysiłki grupy - Może pomogę… – Agnes podeszła do Randolph’a i próbuje przesunąć skrzynię.

Przesuwanie skrzyń idzie wam ciężko gdyż coś napewno w nich jest. Przesunąć – pewnie, ale włożyć jedno na drugie to byłby wyczyn dla największych siłaczy.

Mówię wam zostawcie te skrzynie i wysadźmy ścianę albo drzwi jest coraz zimniej. Jako medyk zalecam dostanie się do środka za wszelką cenę bo grożą nam odmrożenia.

 

Travis Christie

Więc rusz dupę i to zrób! – krzyknął słysząc lamenty Lany – Przecież wszyscy nie będziemy przesypywać prochu! – dodał jeszcze po czym wrócił do przesuwania skrzyń. Grożą nam odmrożenia – przedrzeźnił ją głupawym tonem, wcale nie starając się by go nie usłyszała – To wiem nawet ja – zakończył i zajął się już tylko i wyłącznie skrzyniami.

 

Jack O’Malley
Podchodząc do ukłądających skrzynie mówię:
-A czym chcesz wysadzić ścianę, Smith? Prochem z amunicji? Wątpię by cała nasza amunicja pozwoliła na wysadzenie stalowych drzwi lub grubej, budowanej z myślą o burzach śnieznych ściany.
Otwórzmy te skrzynie i wywalmy ich zawartość, łatwiej bedzie je ustawić…

Zacząłem podważać wieko skrzyniu nożem…

 

Radzyminsky

-Głośniej, panie O’Malley-mówię dowódcy z sarkazmem.-W Waszyngtonie jeszcze nas nie słyszą. Nie wiem jak panu, ale wydaję mi się, że ta sprawa śmierdzi. Nie mówiąc już o tej krypie, która nas wysadziła w sam środek tego kibla-wskazuję na zamieć wokół. Nagle pomysł przychodzi mi do głowy i spoglądam bystro na O’Malley’a.-Czy może pan powiedzieć tym żołnierzykom, że zamiast ustawiania skrzyń mogliby sprawdzić co jest w środku?
Staram się stanąć (zasłonić się?) tak, żeby wicher tak na mnie nie wiał.
-Jeszcze trochę, a będziemy mieli załatwione odmrożenia II stopnia, teraz pewnie większość z nas ma już pierwszy-mówię mentorskim tonem, nieco nie na miejscu. Potem sprawdzam apteczkę zwracając uwagę na coś w rodzaju maści na odmrożenia. Przyglądam się ogólnie wszystkim narzędziom (medykamentów pewnie nie ma, jak w każdej wojskowej apteczce.).

 

Agnes Katzeberg

Agnes przez chwilę przysłuchuje się uwagom Smith i odpowiedziom na jej słowa, po czym patrzy na O’Malleya i wyciąga śrubokręt ze skrzynki – Sprawdźmy te pudła… – powiedziała bardziej do siebie, i zaczęła podważać to samo wieko od skrzyni co O’Malley.

 

Randolph Clare

- Może oni mają narazie racje -mówie do Travis Christie, chciaż zwróciliśmy ich uwage tymi skrzyniami . Pomóżmy im otworzyc te skrzynie!

 

Radzyminsky

Patrząc na marne rezultaty pracy podchodzę do innych i staram się pomóc, w miarę możliwości. Robię to jednak z wyraźną niechęcią.
-Jeżeli tu znajdziemy coś przydatnego, wzniosę z lodu ołtarz-przyrzekam zgryźliwie.

 

Jakim cudem 5 dorosłych facetów nie może wywarzyć gównianych drzwi Mendoza coraz bardziej zirytowany głupią sytuacją w jakiej się znależli zaczął ponownie analizować fakty. Ruszył najpierw do drzwi przy rurach wyciągnął z pochwy nóż i wsadził w szpare między drzwiami Wystrzeliłem zamek więc drzwi powinny dać się wywrzyć ale cholera się nie dają to znaczy że mogą być zablokowane porzeczną belką albo co gorsza zaspawane. pomyslał ciągnąć nożem po konturze drzwi.

 

 

Daniel O’Malley
Rzucam odruchowo:
-Zamknij się Radzyminsky..
Poza tym nie próbujemy sprawdzić co jest w tych pieprzonych skrzyniach, ale opróżnić je na tyle, żeby można było ułożyć z nich jakiś stos i dostac się na dach..

 

 

Radzyminsky

Skłaniam się dwornie.
-Słucham i jestem posłuszny, dostojny panie.-Oceniam skrzynie i dach i uśmiecham się z politowaniem.-A kijów-samobijów nie chcesz, panie O’Malley? Bo chyba nie masz 18 stóp wzrostu. Mam nadzieję, że się mylę, albo będziemy musieli wykorzystać pomysł Ikara i Dedala, używając skrzydeł pingwinów.

 

 

Daniel O’Malley
-Nie “panie O’Malley tylko “panie poruczniku”,-warknąłem, wysłali nas na koniec, praktycznie bez sprzętu, a teraz jakiś wyszczekany gówniarz po szkole medycznej bedzie mi pyskował..
-Twoje zachowanie podchodzi pod zuchwalstwo wobec przełożonego.
Jeżeli masz jakiś lepszy pomysł, niż dostanie się przez dach to słucham. Zapewne pozwoli nam to oszczędzić siły. No więc?

 

Wszystkie próby opierały się na skrzyni jednak ostrze zrobiło małą szparą, którą można było poszerzyć i tak oto wieko skrzyni otworzyło się i ujżeliście stos papierów, śmieci i pozostałości po jedzeniu. Mimo wszystko intuicja mówi wam, że to nie wszystko.

 

Lana przestała zwracać uwagę na rzesztę grupy zajętą rozgrzebywaniem śmieci, z sześciu nabojów wysypała proch i sporządziła małą, sprytną bombkę. Wcisnęła ją w jeden z zauważonych wcześniej otworów w bocznej ścianie i podpaliła lont. Czekając na efekt myślała – przecież ściany baz podbiegunowych budowane są z prefabrykatów, trochę to podgrzać i powinna się zrobiś niezła dziura.

 

Travis Christie

To nie ma sensu – zostawił jedną ze skrzyń, patrząc na resztę – Chyba nie jesteśmy tu aby zająć się śmieciami – mimo iż powiedział to zdenerwowanym tonem, to po chwili na jego twarzy zagościł delikatny uśmieszek, który jednak zniknął tak szybko jak wrócił do rzeczywistości… To na pewno nie jest rozwiązanie – skończył i uważnie zaczął się rozglądać – Cholera musi tu być gdzieś jakieś wejście… tylko gdzie – dodał wodząc wzrokiem, po budynku, otoczeniu, skrzyniach…

 

Agnes Katzeberg

- Opróżniamy te skrzynie? – spojrzała na ekipę i rzeczy w pudle. Powoli zaczęła pozbywać się papierów rzucając okiem na niektóre zapiski… - Bez sensu – przestała wyrzucać bezwartościowe śmieci i spojrzała na Lanę *A ona co robi?* pomyślała przyglądając się.

 

Lana nie posiada lontu, ale wysypała proch w małą kupkę w dłoni… Lana wyjęła z apteczki kawałek gazy i skęciła go w zgrabny loncik. Który okazał się i tak za krótki, aby go podpalić i dać dyla.

 

Radzyminsky

Widać było, że chciałem dodać jakąś kąśliwą uwagę pod adresem Jaśnie Oświeconego Pana Porucznika, niemniej powstrzymałem się. Prychnąłem tylko pogardliwie (co pewnie i tak zagłuszył wiatr) i spojrzałem na kupę śmieci.
-Ha, ha, ha…-powiedziałem wolno i dobitnie.-Wywalamy wszystko co tam jest? Może pod tą górą śmieci jest coś, co może się przydać? Mam nadzieję, bo inaczej będziemy musieli budować igloo, panie poruczniku-ostatnie słowa wycedziłem przez zęby. Potem spojrzałem na Lanę z widocznym rozbawieniem.
-Mały komandos-pochwaliłem ją ironicznie.-Wątpię, żeby w tym wichrze możnaby to rozpalić…A poza tym, macie zapałki? Jeżeli tak, to wspaniałomyślnie użyczę bandaża z mojej apteczki.

Dopisek by Heimdall: Gaza?! Chcesz użyć do tego gazy?! Będzie śmierdzieć i zanim się dobrze rozpali, to będziemy się tłumaczyć przed Tronem Niebieskim. Wiem, bo próbowaliśmy na obozie.

Lana schowała proch i podeszła do rur wystających z bazy.
-ciekawe czy nie mają tu wylotu wentylacji, przy budynku tej wielkości, zamkniętych stale drzwiach i oknach, przewód wentylacyjny powinien być na tyle szeroki żeby można było wejść do środka.

Znalazłaś średniej wielkości przewód wentylancyjny, który oczywiście leżał na dachu, bo jak wiadomo wszystko idzie do góry. Pozatym trudno o duży w bazach na Antarktydzie.

Tracąc resztki zdrowego rozsądku, zmarznięta Lana podeszła do frontowych drzwi i zapukała.

Pukanie w potężne drzwi nie przyniosło efektu i nikt się nie odezwał. Właściwie to wicher z zamiecią silniejsze były od tego pukania.

Daniel O’Malley
Hmm, te skrzynie muszą coś znaczyć, inaczej nie p[ostawili by ich tutaj ot tak sobie....
-Smith, spróbuj skręcić lont ze zwykłej nici..-mówią, po czym odsuwam skrzynie na bok, nie opróżniam, ale po prostu odsuwam.
Jak skrzynia wypełniona papierami może być tak ciężka, żeby nie móc jej podnieść...?

Travis Christie

Możliwe... tak czy siak warto sprawdzić - dodaje po czym kuca i przewraca na bok otwartą skrzynię.

Po dokładniejszym grzebaniu w śmieciach znaleźliście nawet coś co mogłoby udawać za linę. Wiatr się silny, ale to wam sprzyja i śnieg pada niemal poziomo i z tyłu stacyjki pomiędzy górką, a budynkiem praktycznie nie jest odczuwalna wichura tylko porządny świst.

Randolph Clare

- Może przestaniecie się kłóćic i pomyślimy - Zwracam sie do całej reszty która mnie słucha.

- Według mnie sa dwa wyjścia
- Za pomoca liny wspiąć się na dach ( czy ktoś zgłasza się na ochotnika )
- albo jest tu gdzieś ,,tajemne wejście'' gdzieś przy frontowych drzwiach lub
gdzieś na ziemi wsród sniegu ale blisko budynku
albo moźe gdzieś w poblizu skrzyń znajdujące sie przy ziemi
-

Proponuje podzielić sie na grupy i zająć się jego szukaniem

- Co wy na to ?

Radzyminsky

Patrzę na Clare'a z politowaniem, rozdarty między wybuchnięciem śmiechem a rozpłakaniem się.
-Takich to topić z litości!-przewracam oczami.-Tajemne wejście na stacji badawczej? Po jaką zarazę? Masz linę czy będziemy musieli związać nasze sznurówki? Człowieku, jeśli będziesz miał podobne pomysły to najlepiej zacznij walić głową w drzwi w charakterze tarana. Tak samo to pomoże, a przynajmniej nie będę musiał słuchać podobnych mądrości.

 

Daniel O'Malley
-Pierwszy raz się z tobą zgodzę Radzyminsky. Po jaką cholerę mieliby tutaj montowac jakieś tajne przejścia. mamy linę to posłużymy się liną.
Ktoś umie zrobić lasso i zarzucić to tak żeby można się było w miare bezpiecznie wspiąć..?

Randolph Clare

Powstrzymując LEDWIE nerwy podchodze do Radzyminskego

- Jeżeli ty nie chcesz zostać tym taranem ,,okularniku'' to sie nie odzywaj nie pytany , a jeżeli już się odzywasz to rób to z szacunkiem dla drugiej osoby ,,cepie''.
- A jak ci sie juz bardzo nie podoba to służe ,,satysfakcją ''
Mówiąc to patrze mu prosto w oczy.

Jeżeli Radzyminsky nie reaguje to krzycze do Lany - Poczekaj tam na mnie juz do ciebie idę . Przewieszając karabin przez plecy mówie do Travisa
- Jeżeli już skończyłeś pruć te skrzynie to chodz ze mna na górę , co dwie lufy to nie jedna . Mówiąc to usmiecham sie bo pewnie nie zauważy jak puściłem mu ,,oko,,.

Radzyminsky

Roześmiałem mu się w twarz.
-Po pierwsze, nie mam okularów, po drugie, wystarczy STARSZY SIERŻAŃCIE Radzyminsky, bądź też DOKTORZE Radzyminsky. Ani myślę z tobą walczyć, owcojebie. Idź i poskarż się panu porucznikowi, a on cię z pewnością wysłucha, jeśli oczywiście zniży się do poziomu rozmowy z takimi jak ty. Satysfakcję sprawisz mi odwróceniem się na pięcie i darowanie moim oczętom widoku twojej zaślinionej mordy.-potem mój głos stwardniał.-A więc wypier dalaj mi z przed oczu, G.I., bo po powrocie do Waszyngtonu powiem coś nieco.

Randolph Clare

- Możesz dodać w swojej wypowiedzi tez to - Mówiąc to z całej siły wyprowadzam prawy sierpowy celując w jego głowe jednocześnie lewa ręką zbijając możliwy jego blok.

Po różnym skutu tej akcji . mówię - Może to nauczy cię szacunku do ludzi
DOKTORZE

Travis Christie

Co do...! - wrzasnął, odpychając Randolpha - Najlepiej obaj zamknijcie mordy i przestańcie się zachowywać jak dwie zasrana pierdoły! - krzyknął na obu - Nie jesteśmy w wesołej sytuacji a wy takie szopki odpierdalacie! - mówiąc to wydawał się być naprawdę zdenerwowany.

Raddolph Clare

Masując dłoń mówię - ok - tylko powiedz mu Travis żeby sie odczepił

- Ale przynajmniej znowu poczułem sie pewny swojego postępowania a nie jak tu gdzie niewiemy o co chodzi i kręcimy sie wkoło.
Emocje już troche opadły więc mogę rozejrzeć sie jeszzcze raz po otoczeniu i zobaczywszy Lanę idę w jej kierunku.

Daniel O'Malley
Oddział...
Skąd się tacy wzięli w operacji specjalnej?
Boooże..
-Clare, dopuściłeś się jawnej napasci na starszego stopniem. Normalnie trafilibyscie pod sąd wojskowy. Tym razem skonczy się na opstrzezeniu.
Radzyminsky, jeżeli jeszcze raz kogoś sprowokujesz, nawet niższego stopniem, zastrzelę jak psa.
Smith, daj ta linę, bo ty chyba nigdy tego sama nie zarzucisz.

Biorę linę i kilka razy nią zakręciwszy staram się ją odpowiednio zarzucić...

Randolph Clare

Słuchając krótkiej i trafnej przemowy O'Malleya, Randolph czuł się jak skarcony dzieciak , ale mial też satysfakcję z tego że nadal w armii są inteligentni i sprawiedliwi oficerowie.

- Tak jest - dziękuje -zwrócił się do swojego rozmówcy

Radzyminsky

Zacząłem klnąć plugawie do niemiecku, brazylijsku, hiszpańsku, po czym przerzuciłem się na argentyński.
Odczułem pewną satysfakcję, bo nikt nie wiedział, co mówię, a gdyby mnie ktoś zrozumiał to pewnie stałbym się pokarmem dla pingwinów.
-Ave Cesar-mruknąłem do O'Malley'a, patrząc na niego z nienawiścią w oczach.-Morituri te salutant.
Potem spojrzałem na Clare'a jak na obrzydliwego karalucha, który był na tyle upierdliwy, że wlazł za kołnierz i powiedziałem po brazylijsku:
-Ciesz się, skur wielu, że nie jesteśmy w Waszyngtonie. Wtedy byś tak srał, że byś się utopił.

 

Czas leci, a wy marzniecie na tym wichrze policzki, które były różowo-czerwone stają się powoli bledsze, a wy lekko słabniecie, ale nadal stoicie na nogach. Marnotractwo czasu na pogaduchy zamiast działania.

Randolph Clare

Mina Radzyminskego nie wróżyła nic dobrego , powiedział chyba też coś w moim kierunku ale niestety nie zrozumiałem o co mu chodzi a nie miałem zamiaru go o to pytac. Pozostała satysfakcja że może dzisiejsze zajście da mu trochę do myslenia i oduczy kablować .

Poszedłem w kierunku porucznika aby pomóc mu z liną.

Lana stoi w śniegu, marznie i patrzy co wyjdzie z wysiłków O'malleya po czym idzie do sterty skrzyń aby poszukać jednak jakiegoś ciężarka (no bo wieje silny wiatr więc nieobciążoną liną nikt nie dorzuci).

Wcześniejsza próba zarzucenia zdechłej i krótkiej liny na takiej wichurze była raczej kiepskim pomysłem. Znaleźliście odpowiedni pręt dobre wygięty, aby mozna go było użyć za coś do odciążenia...

Mendoza lekko się uśmiechnął słysząc Radzyminskiego klącego bo hiszpańsku z wyrażnym brakiem wprawy i obeznania w najmodniejszych obecnie bluźnierstwach. Powedziałby tak u mnie na dzielnicy to by go śmiechem zabili Ale szybko wrócił do rzeczywistości która boleśnie dawała o sobie znać kąszacym mrozem. Obejżał DOKŁADNIE frontową sciąnę i drzwi, złapał za klamkę i lekko ją pociagnął i popchał chcąc sprawdzić czym i jak mogą być ewentualnie zablokowane. Muszą tu być skutery śnieżne a co za tym idzie benzyna. mówiąc to rozejrzał się za wspomnianymi fantami.

Ku twojemu zdziwieniu nie zauważyłeś żadnej pojazdu do transportu co bardzo cie dziwi. Benzyny nie znalazłeś na takim mrozie. Czujesz, że drzwi nie są zablokowane tylko są "mocno trzymające się ściany" i ani drgną. Jednak nawet mały wstrząs potrafi zdziałać wiele.

Radzyminsky

Szperam w skrzyniach wciąż mamrocząc pod nosem. Może być tam coś ciekawego, co warto zabrać.

Travis Christie

Chyba lepszej roboty tu nie znajdziemy - dodał po czym zaczął pomagać Radzyminskyemu - Nie wiem jak ty, ale ja zaczynam mieć tego wszystkiego dość - kończy i skupia się jedynie na skrzyniach...

Hm mały wstrząs może wiele zdziałać? Kto to powiedział? Ciekawe czy którejś ze skrzyń nie udałoby się rozpędzając nalodzie użyć jako tarana i sforsować w końcu frontowe drzwi...-mruczy pod nosem Lana, przeszukując jednocześnie skrzynię bo jak nie taran to może jednak z jakiejś małej puszeczki dało by się bombkę zrobić. Jakoś te drzwi trzeba ruszyć. A może one przymarzły po prostu? I wystarczy byle co żeby je ruszyć.

Ej panowie -Mendoza starał się przekrzyczeć wichurę. -Ostatni raz spróbujmy siła a potem jak się nie uda to pokombinujemy. Bierzemy we czterech skrzynie i walimy w drzwi. Może i brak w tym finezji ale co tu pierdolić dupa mi odmaraza a czas ucieka.

Agnes Katzeberg

Cały czas stojąc i praktycznie przysłuchując się rozmowom, czasem całkowicie pozbawionych sensu (nie mówiąc o kulturze) Agnes spojrzała na ekipę - Jeśli tylko trzeba pomocy w czymś to się zgłaszam, coś mam zrobić? Mam dość stania na tym mrozie! - zaproponowała pomoc.

Radzyminsky

-Chyba masz racje-odpowiadam Mendozie, choć widać, że jestem sceptycznie nastawiony do tego.-Acta est fabula, bierzmy tą cholerną skrzynię.

Wspólnie zebrani w grupie odgarniacie śnieg, którego przybywało, aby dojść do lodu, po którym sunąć miała się twarda skrzynia. Wiatr i wichura nie była idealna dla waszej sytuacji, ale pod wianie pod skosem trochę wam ułatwiało sprawę i ruszyliście.
Z potężną siłą ruszona skrzynia po lodzie walnęła w drzwi i usłyszeliście dziwny dźwięk łamania i potężnego stłuknięcia jakiegoś przedmiotu. W drzwiach pojawiło się lekkie wgniecienie wzdłuż całej powierzchni, a długie sople, który widziały na drzwiami zleciały na was gradem przyprawiając o ból.

Agnes Katzeberg

- Aaa! - krzyknęła cicho Agnes i spojrzała za siebie na już spadający jej z pleców kawałek sopla, grube zimowe ubranie na szczęście robi swoje... - Chyba coś się odblokowało, jak myślicie? Słyszeliście ten dźwięk? - Agnes spoglądała na drzwi i skrzynię...

Lana podeszła do drzwi i spróbowała je otworzyć......

Randolph Clare

Jestem zaraz za Laną z karabinem gotowym do strzału. Nerwy napięte do granic wytrzymałości. Wysilam wzrok wpatrując sie w drzwi.

Travis Christie

A może poczekacie na rozkaz - dodał wodząc wzrokiem po śmiałkach wychodzących naprzód - W co wy się właściwie bawicie, to nie jest wojsko dla przedszkolaków, żołnierz, którego bał bym się trzymać za plecami z palcem na spuście i nasza pani medyk, pchają się tam, gdzie przy odrobinie szczęścia może zyskać parę dodatkowych miejsc do treningu swoich umiejętności medycznych - kończy, nerwowo uderzając palcem w skierowaną w kierunku ziemii lufę swojego karabinu...

Daniel O'Malley
-Travis, my wchodzimy pierwsi, Clare ubezpieczasz, reszta czeka aż bedziemy w środku i damy znać..
To powiedziawszy ustawiam się po jednej stronie rzwi i czekam na Travisa, kiedy ten bedzie naprzeciwko otieram gwałtownym ruchem drzwi, jeżeli nie bedzie się dało uderzam je kilka razy z buta...

Travis Christie

Tak jest - dodał widocznie jakby w lepszym humorze. Momentalnie ustawił się na wyznaczonym miejscu i czekał na posunięcie O'Malleya, jeśli temu udało się wejść, wpada chwilę później od razu z karabinem przy policzku uważnie się rozglądając.
Jeśli natomiast drzwi dalej blokują nam dostęp, odchodzę na moment obracam się do porucznika i dodaje - Chyba trzeba będzie jeszcze raz wprawić skrzynie w ruch - syknął zerkając na drzwi.

Lana została odciągnieta w tył. Randolph i Travis wraz Danielem skierowali lufy w wyjście z budynku. O'Malley nie dał rady otworzyć drzwi gdyż skrzynia lekko przyblokowała to. Musieliście ją odsunąć na bok jednak to nie zmieniło sytuacji. Drzwi ani rusz, ale czuł, że coś się rusza w zawiasach. Gdy nic nie pomogło wykorzystał stosowaną od starożytności do dziś metode.
Gdy podeszwa jego grubego, skurzanego buta zetknęła się z drzwiami te nagle puściły i otworzyły się w wewnętrzną stronę. W środku panował lekki mrok i jedyna neonowa lampa na końcu sali tryskała iskrami i dawała nikłe światło. Na przeciwko drzwi był podobny mechanizm, z którego zwisały w górnej części kable i latał równierz grad iskier.

Travis Christie

Kiedy wchodzi, rozgląda się uważnie po wnętrzu budynku i upewnia się, że wszystko jest ok, opuszcza karabin i odwraca się do reszty - Tu się widocznie zepsuło coś więcej - mówi i cicho gwizda - Co teraz? - dodaje po chwili, kiedy wszyscy znaleźli się już wewnątrz.

Daniel O'Malley
Po wejściu patrzyłem sie przez chwilkę na ten cały obraz zniszczenia.
-Katzberg, spróbuj się połączyć z bazą i zdaj raport o tym co do tej pory sie działo, Clare pilnuj jej, reszta do środka, Travis, sprawdźmy co jest dalej.
Odbezpieczyłem broń i powoli zacząłem iść do przodu..

Randolph Clare

Odpowiedziałem skinieniem głowy i zaczełem się rozglądac za bezpiecznym miejscem w którym AGNES mogłaby przycupnąc i polączyc się z bazą.

Agnes Katzeberg

Agnes zdjęła kaptur i pośpiesznie według polecenia starała się połączyć z bazą - tzztzzztzz Baza, baza, tu Eta... jesteśmy w stacji, słyszycie mnie? tzztzzztzz - wichura na zewnątrz i cisza wewnątrz rozpraszały ją. -tzztzz Baza, baza tzztzzz - Agnes spojrzała na Randolpha - Kapralu straszna zamieć... - przysłuchiwała się chwilkę świstom i podmuchom z zewnątrz po czym znowu spróbowała połączyć się z bazą.

Travis Christie

W takim razie niech pan prowadzi poruczniku, będę pana ubezpieczał - powiedział w stronę O'Malleya, po czy ruszył za nim powolnym krokiem z karabinem przy policzku, uważnie się rozglądając.

Po wejściu do środka zauważyliście, że sala jest czymś w rodzaju szatni, a jednocześnie przedpokoju, jednak widać, że składowali tutaj sporo rzeczy. Coś jak magazyn. Dookoła ławki do siedzenia, ułożone po środku i sporo pudeł jedno na drugim pokładane. Macie drzwi na lewo i na prawo oraz schody. Podłoga jest biała pełna kafelków. Ściany obite metalem, a sufit ku waszemu zdziwieniu jest cały mokry i kapie z niego trochę kropel. Dopiero po chwili widzicie, że w paru miejscach są jakieś szpary. Dziwne sięwam wydajo to iznikt was nie przywitał. Miejsce wydaje się obumarłe.
Z dworu do wnętrza wlatuje sporo chłodu. Czujecie lekkie rozluźnienie i zwolnienie oddechu. Mimo temperatury letniej nie czujecie jej idealnie gdyż potwornie zmarzliście.
Agnes nie dała rady połączyć się z bazą w tym miejscu. W taką zamieć graniczy z cudem skontaktowanie się nawet z radiostacji, która jest oczywiście na wieży.

Agnes Katzeberg

- Nie da rady... - Agnes zaprzestała prób połączenia się z bazą i spojrzała na kaprala jakby nieco zawiedziona tą sytuacją, i choć wiedziała, że to nie jej wina z tym połączeniem... poczuła się źle, że nie wypełniła polecenia.

Travis Christie

Co tu się do cholery dzieje - odezwał się nagle wzrokiem wodząc po pokoju, po chwili jednak podszedł do szafek i zaczął je otwierać, rozwalając drzwiczki wszystkich tych, które były zamknięte, dopuki nie znajdzie jakichś rzeczy, mogących należeć do obsługi.

Mendoza wszedł do wnętrza zaraz po tym jak dostał sygnał od pierwszej grupy. Z odbezpieczonym karabinem i przymocowaną do jego lufy latarką obejrzał się poraz ostatni na zewnątrz żeby upewnić się czy nikt ich nie obserwuje. Nie podobał mu się panujący półmrok więc rozejrzał się za włącznikiem światła, dopuścił możliwośc że nie ma zasialania ale zawsze warto spróbować pomyślał. Kiedy zobaczył że Travis poszedł już w samopas i rozwala szafki odezwał się w te słowy:
-Jakie są rozkazy Panie poruczniku?

Radzyminsky

-Powinniście powiedzieć: "Sezamie, otwórz się"-rzuciłem z uśmieszkiem.-Piękny wieczór, czyż nie?-mówię do ogółu.-Na brak zdarzeń nie możemy narzekać. Jesteśmy tak "zdarzeni", że aż się rzygać chce.
Wchodzę, już teraz milcząc. Nie jestem aż tak nerwowy, żeby strzelać do własnego cienia (Clare byłby już odpowiedniejszy), ale strzeżonego od sprawy z urzędem ubezpieczeniowym Pan Bóg strzeże. Rozejrzałem się, po czym spojrzałem za drzwi.
-Potrącą nam z żołdu te drzwi.-mruknąłem z niesmakiem.

Daniel O'Malley
Zlustrowałem otoczenie i powiedziałem:
-Katzberg, Clare do środka. Przydałoby się zamknąć te drzwi, bo inaczej temperatura tutaj nie bedzie się wiele różniła od zewnątrz.
Reszta zabezpiecza teren, nie wiem co się tutaj stało, ale prawie na pewni będziemy potrzebowali jakiejś bazy wypadowej w pobliżu wyjścia.

Wyszczekawszy rozkazy, zaczynam przetrzasać okolicę, pomagając w rozwalaniu szafek i zastanawiając sie co też się tutaj do cholery stało..

Agnes Katzeberg

- Przecież musieli brać pod uwagę zamieć i problemy z połączeniem się z bazą... to Antarktyda, wiedzieli przecież, że z stacji się nie połączymy, bo tu się antena zepsuła. A właśnie... gdzie ta radiostacja? - Agnes rozejrzała się - Trzeba znaleźć kogoś, ktoś tu musi być no i radiostacja też... - powiedziała

Radzyminsky

-Panie poruczniku-powiedziałem podchodząc do O'Malley'a.-Może by tak zasłonić czymś te drzwi...A raczej to, co z nich zostało? Odsłonięte nie przydadzą nam się, bo ciągnie od nich jak z tunelu aerodynamicznego i śnieg dostaje się do środka, jak pan widzi.-uśmiecham się ironicznie.-Na rzucanie śnieżkami ani na lepienie bałwana nie będzie czasu, panie porucznik. A nie widzę innego zastosowania dla śniegu w środku budynku. Może zagrodzimy je skrzynią? Zostanie wyjście w razie użycia taktyki "zając", a przynajmniej zostanie trochę osłonięte.

Lana stanęła nz uboczu i patrzyła na mokry sufit "z czego tak kapie? Jeżeli trwa to od jakieś czasu to podłoga powinna być mokra a jeśli woda(czy coś innego) dopiero zaczęła się przesączać to lada chwila sufit może nam runąć na głowy "
Zaczęła dokładnie oglądać pomieszczenie.

Randolph Clare

Rozglądam się w koło widze dwoje drzwi na lewo i prawo i schody.
Podchodze do drzwi po prawej stronie i delikatnie prubuje je otworzyc.

Agnes Katzeberg

Podeszła do Lany - Co tak kapie z sufitu? - przyjrzała się uważnie cieczy, po chwili Agnes poszła za Randolphem, *Tu się dzieje coś niedobrego... jak tylko znajdę jakiegoś naukowca to go chyba uduszę, najpierw nas tu wzywają ,a teraz nikogo nie ma...*

 

Travis obłupywał szafki i znalzł w nich sporo ubrań, które zakładałoby się gdy ktoś chciał opuścić ten budynek. Snalazł też parę apteczek oraz narzędzi o niskim stopniu zaawansowania, dość standardowym. W szafie przy drzwiach po prawej znalazł metalowy okrąg, do którego zaczepione były trzy klucze. Przyglądający się temu Radzyminsky, który szukał porządnych skrzyń do zastawienia drzwi wpadł na genialny pomysł jakim byłoby zastawienie ich szafami...
Gdy Mendoza znalazł przycisk wcisnął go i iskry z neonówka po lewej na końcu wraz z iskrami panelu położonego naprzeciwko drzwi przestały lecieć.
Reszta, która starała się niczego nie dotykać tylko pacyfikować otoczenie spojrzeniem nie zauważyła niczego, prawdopodobnie przez mrok.

Travis Christie

Cholera nie wiem co tu się stało, ale ci naukowcy napewno stąd nie wyszli - mówi wskazując ubrania - Sam nie wiem co o tym myśleć, prawdę mówiąc nie zdziwił bym się widząc ich ciała - kręcąc głową złapał klucze - To się może przydać... - skończył podchodząc do O'Malleya.

Agnes Katzeberg

Agnes zauważyła panel na przeciwko drzwi. *Kable, ktoś poprzecinał kable...* lecące stamtąd iskry mówiły o tym, że prąd w budynku się znajdował wystarczy jedynie znów kable połączyć... Mendoza wyłączył prąd. Agnes podeszła do kabli i przycupnęła, wyjęła ze skrzynki z narzędziami lutownicę (musi być, nie?) i zaczęła spawać kable.

Katzberg wyjątkowo szybko pozespawała kable nawet jak na elektryka, zrobiła to oczywiście tradycyjnym sposobem. Przymknęła kabinkę na panel i ponownie w tej sali gdzie był mrok panowała cisza. Jedynie przez zamarznięte, małe okna wpadało jakieś światło.

Agnes Katzeberg

- Powinien być prąd - powiedziała zadowolonym głosem Agnes, nareszcie coś zrobiła dobrze. Spojrzała na szafki i rzeczy znajdujące się w nich - Gdzie tych naukowców mogło wywiać... - spojrzała na Travisa.

Lana zaczęła mieć złe przeczucia jeżeli komuś woda albo coś innego zalewa ubrania i ten ktoś nie próbuje ich ratować to znaczy że nie może tego zrobić. Ponownie zaczęła się zastanawiać nad powodem kwarantanny - [I]gdyby powodem była jakaś epidemia wysłaliby korpus sanitarny a nie żołnierzy.

Daniel O’Malley
-Zatrzymaj klucze..-powiedziałem do Travisa po czym chrząknałem, żeby zwrócić na siebie uwagę…
-No więc chłopcy…-przerwałem i popatrzyłem na Smith i Katzberg-..i dziewczyny…-dodałem
-Nie mam pojecia co sie tutaj stało, jestem pewien jednego, a mianowicie teog co wszyscy już zauważyliście, to nie jest żadna rutynowa misja, a ten problem to nie jest zwykła awaria…
Miejsce w którym się znajdujemy zamienimy na coś w rodzaju bazy wypadowej, Katzberg, twoim zadaniem jest przywrócenie tu porządku. A przynejmniej jego namiastki. Pomogą ci w tym Smith i Clare. Clare- ty tutaj dowodzisz pod moją nieobecność. Reszta pójdzie ze mną na mały rekonesans.
Jakieś pytania?

 

Agnes Katzeberg

- Prąd wrócił, ale nie wiem jak jest w innych pomieszczeniach… to zależy od łączenia kabli… tu napewno jest radio, o wiele silniejsze niż nasze falówki, myślę, że warto jak najszybciej je znaleźć, i połączyć się z bazą, co Pan o tym myśli? – powiedziała Agnes do O’Malleya.

Daniel O’Malley
-Jeżeli bedziecie mieli czas to możecie spróbowac znaleźć to radio, tylko nie oddalajcie się za bardzo od wyjścia..

 

Agnes Katzeberg

- Tak jest! – powiedziała Agnes i spojrzała na Clare’a i Smith. - Kapralu, co robimy? – spytała po czym rozejrzała się po pomieszczeniu.

Lana na jedną stertę złożyła znalezione apteczki i narzędzia, powkładała wywleczone przez Travisa ubrania z powrotem do szafek i zaczęła przeglądać zawartość apteczek. Pracując zastanawiała się – Jeżeli mieli tu jakieś kłopoty to w zestawach powinno brakować określonych grup leków, może w ten sposób uda się odkryć co tu się wydarzyło.

Agnes Katzeberg

*Schody w górę, drzwi na lewo i na prawo* spojrzała na ewentualne wejścia do przeszukania - Czy uważacie, że naukowcom nic nie jest, że gdzieś tutaj są i czekają aż ich znajdziemy? – spojrzała po chwili na Clare’a i Smith. Na jej twarzy było widać duże zaintrygowanie całą tą sytuacją…

Radzyminsky

-Panie poruczniku-podchodzę do O’Malley’a.-Melduję, że szafy nadadzą się do zamknięcia drzwi, nie chcemy przecież, żeby nam wiało.
Potem zamilkłem i rozejrzałem się znowu.
-Coś mi tu śmierdzi…Czuję się wrobiony. Lepiej się nie rozdzielajmy-zadrżałem lekko.-Może tutaj być każdy wirus, a ja nie chcę spotkać jajogłowych z ebolą bez wsparcia.

Travis Christie

W takim razie zajmij się przenoszeniem szafek – powiedział zerkając na niego z lekkim uśmieszkiem – Tak czy siak zawsze lepiej znaleźć tą ebolę, niż czekać aż ona nas znajdzie – przycichł na chwilę i zmierzył Radzyminskyego – Chyba, że się boimy panie Radzyminsky… – skończył i spojrzał na O’Malleya – No to jak ruszamy? – na jego twarzy pojawiło się zniecierpliwienie.

Daniel O’Malley
-Ruszamy, ruszamy..
Co do szaf, to zajmie się tym Clare, Radzyminsky, rozdzielimy się, gdyż i tak w ciasnych korytarzach nic w 7 nie zrobimy. A ciebie wezmę z jednego prostego względu. Nie zostawię cię z Clarem i dwoma kobietami.
Najpierw sprawdźmy te drzwi na prawo.

Podszedłem do drzwi z bronią w ręku i sprawdziłem czy sa otwarte. Jeżeli nie zastosowałem uniwersalny wytrych(but)..

Radzyminsky

Patrzę na Christie’ego wzrokiem człowieka, który właśnie zauważył wielce interesującego robaka.
-Nie “panie Radzyminsky”, tylko “panie starszy sierżancie Radzyminsky”-mówię tonem nieco podobnym do tego, którym O’Malley wyprowadził mnie z tego samego jakże karygodnego błędu. Zwracam się do porucznika głosem pełnym goryczy:-Skoro tak, to ruszajmy.
Po chwili wpadam na jeszcze jeden pomysł i pytam się niewinnie:
-Bardziej lękasz się mnie zostawić z Clare’em czy z dwoma niewiastami?
Po czym pierwszy raz uśmiecham się szczerze.

Travis Christie

Na odpowiedź Radzyminskyego szeroko się uśmiecha, patrząc na niego wzrokiem, który na pewno nie wyrażał szacunku. Po chwili nadal w niezwykle dobrym humorze, odszedł parę kroków w bok, ruchem ręki nakłaniając O’Malleya do “kontynuowania” rekonesansu.

Agnes Katzeberg

Nie słysząc żadnej odpowiedzi na zadane pytanie Agnes nie obraziła się, ani nie zmieniła nastroju, częściej i tak spędzała czas na rozważaniach z samą sobą niż z ludźmi. *Naukowców nie ma, a my zostaliśmy w coś wrobieni, to nie jest zwykła stacja, napewno…* pomyślała i obejrzała dokładnie ściany, podłogę pomieszczenia. Następnie zerknęła co robi Lana i Randolph, spojrzała jak druga grupa oddala się korytarzem… – Chyba nie ma tu zbyt dużo do roboty, Lana porządkuje apteczki, rzeczy są już w szafkach, jeżeli Kapralu zadecydujesz, możemy poszukać tego radia, jest naprawdę ważne… w taką zamieć tylko dzięki niemu będziemy mogli się stąd wydostać – rzekła utrzymując dyscyplinę.

Lana oderwała się na chwilę od apteczek i krzyknęł za wychodzącymi : Panie pruczniku może znajdziecie jakieś laboratorium, wartoby przebadać tą ciecz. Wszędzie jej pełno wolałabym mieć pewność że to czysta, nieskażona niczym woda.- Po czym wróciła do sortowania leków.

Randolph Clare

- Ok Katzeberg , a tak na wstępie to jak jestesmy tutaj sami i wam nie przeszkadza to możemy mówić sobie po imieniu będzie łatwiej.
Wyciągam rękę do dziewczyn i mówie – mam na imie Randolph

- Lana , czy przeglądając apteczki rzucił ci się w ocz[I]y brak jakiejś grupy leków bądz innego wyposażenia które powinno być w apteczce a go nie ma.

Agnes Katzeberg

- Agnes – podała rękę Randolph’owi, i spojrzała na Lanę.

Lana – uśmichnęła się do nich Lana znad apteczek.

Randolph Clare

- Popraw mnie jeżeli sie mylę Agnes ale wydaje m i sie że w tym pokoju raczej nie znajdziemy radia- mówiąc to do niej puszczam szelmowskie oczko

- Przejrzyj jeszcze raz ten pokój a ja te puste szafki przesunę pod drzwi bo tu strasznie wieje . Mówiąc to zabieram sie do roboty tak długo aż nie zaslonie całkowicie wejścia.

Agnes Katzeberg

Agnes zarumieniła się – Tak… - ominęła Randolpha i dokładnie zaczęła przegolądać wszystkie kąty pomieszczenia. Co chwilę zerkała w stronę gdzie poszła druga część grupy… *Ciekawe co tam znajdą…*

Randolph Clare

Kończąc zasuwanie szafek trochę się zasapałem ale wiejący wiatr i dostajacy się do środka snieg wystarczająco mnie zmotywowal aby dokończyć pracę w szybkim tempie.

Agnes Katzeberg

Pomieszczenie wydawało się być czyste, bez żadnych większych szczegółów. Agnes wróciła do pozostałych szafek i powkładała w nie jeszcze niektóre rzeczy, które leżały na podłodze, po czym zamknęła szafki. Spojrzała na Lanę potem na szafki zasłaniające drzwi *Nareszcie tu będzie cieplej*. Uśmiech zagościł na twarzy Agnes.

O’ Manley wraz z gadatliwym Radzyminskym, pracusiem Travisem i rzeczowym Mendozą ruszył w stronę lewych drzwi. Pomacał pare razy nerwowo klamkę gdyż drzwi okazały się być zamknięte. Jednak tradycyjna metoda zapłodnienia drzwi podeszwą twardego i grubego, skórzanego buta otworzylo drogę do ciemnego pomieszczenia. Jedynie światło z przedpokoju wpadało do pomieszczenia i ukazało oczom czwórki żołnierzy zaschniętą krew po jej kałuży na podłodze. Obawialiście się najgorszego
Lana przeglądająca swoją apteczkę nie zauważyła żadnych braków.

 

Travis Christie

Cholera – wymamrotał jedynie kiedy ujrzał plamę krwi, jednocześnie włączając latarkę, zawieszoną niedaleko prawego barku i uważnie strumieniem światła zbadał całe pomieszczenie

Przeleciałeś światłem wylatującym falami z latarki. Stojąc w miejscu ujrzałeś najbliższe meble, jakimi były stoły wzdłużścian i takie po środku, na których znajdowały się komputery. Przy prawej ścianie zauważyłeś coś podłużnego jak robak, pasożyt. Wyjątkowo blade, leżało bezładnie na podłodze.

Travis Christie

Poruczniku – stuknął O’Malleya łokciem, wskazując na robaka – Co to do cholery jest? – spytał, wyjmując pistolet i celując w to coś, po chwili obracając się w jego stronę z pytaniem wymalowanym na twarzy, po chwili spojrzał na robaka nie odwracając się cicho powiedział – Czy ludzie zawsze muszą się pchać tam gdzie ich nie trzeba?

 

Skierowałeś lufę pistoletu oraz latarkę na coś co przypomina robala i czekasz. To coś nie wydaje żadnych oznak życia.

 

Daniel O’Malley
Przyglądałem się temu czemuś.
Co to do ciężkiej cholery jest?
Wyjąłem nóż i mruknąwszy tylko do Travisa “Ubezpieczaj mnie” podszedłem kilka krokówmi rzuciłem nim(nożem) w to coś.
Staram się nie stać na lini Travis-Robal

Rzuciłeś nożem w stronę robactwa, a on odbił się decymetr dalej od jego matowej powierzchni “skóry”. Ów coś jest nieruchome nadal.
Gdy podeszłeś do tego bliżej okazało się, że jest to ludzki palec serdeczny…

Randolph Clare

Po chwili odpoczynku wstaje i podchodzę do schodów , zerkam na nie i pomału z lufą karabinu wycelowaną przed siebie wchodzę do góry uważając na co stąpam.

Randolph skierował się w stronę metalowych, zespawanych schodów na piętro. Zauważył iż prowadzą one też na drugie. Po wejściu na piętro zauważyłeś, że okna są większe i wpuszczają trochę światła, pomieszczenie rozmiarów poprzedniego oraz dwoje drzwi ustawionych naprzeciwko siebie. Wszystko odpowiadało parterowi.
Może poza tym iż zauważyłeś, że to pomieszczenie pełne jest pustych regałów oraz stołów po środku pokoju, na których są komputery, w tym jeden z nich miał zniszczony monitor jakby ktoś w niego porządnie uderzył obuchowym narzędziem.

Randolph Clare

Cofam się po schodach na dół aż będe mógł zobaczyć dziewczyny znajdujace się na dole

- Chodzcie do mnie na góre , znalazłem coś ciekawego - zwracam się sciszony glosem do dziewczyn znajdujących sie na dole.
- Czy któraś z was zna się na komputerach?

Idę na góre o przyglądam sie dokładnie pomieszczeniu.

Agnes Katzeberg

- Ja, ale zależy o co chodzi… - spojrzała nie pewnie. Agnes zerknęła na Lanę, i już po chwili szła po schodach za Randolphem.

Przed Agnes stał rząd komputerów. Przyjrzała się uważnie temu jednemu, którego monitor był nieźle roztrzaskany. Nastała chwila ciszy – Co mam o tym myśleć… – spojrzała na towarzyszy - Ktoś nieźle czymś rąbnął i nie podejrzewam tu bynajmniej użycia pięści… - Agnes rozgląda się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakichkolwiek innych śladów.

Randolph Clare

- Agnes chodz do tego- wskazuje na stojący obok nie rozbity komputer
Odpal go i zobaczymy co nas zaskoczy w środku

Słysząc wołanie Clare’a Lana weszła na górę, przyglądała się przez chwilę zniszczonemu monitorowi po czym zostawiając kwestię ewentualnego odpalenia jednego z komputerów Agnes, zaczęła obchodzić pokój przyglądając się regałom i próbując zgadnąć co się na nich wcześniej znajdowało i dlaczego zostały opróżnione – są tu komputery wobec tego na regałach powinna być dokumentacja tego czegoś czym się zajmowali naukowcy, może coś się jednak zawieruszyło i nie zostało usunięte.

Travis Christie

A może zajęli się tym ci sami, którzy pozbawili kciukiem naszego kolegę – wszedł na górę od razu rozglądając się po pomieszczeniu – To nie plac zabaw, bo w miejscu, w którym w pokoju znajduje się ludzki kciuk i kałuże krwi, to nie dobre miejsce na samotne spacery – ton jego głosu nie wyrażał nic, nie było tu pretensji, rozbawienia, dosłownie nic, prawdę mówiąc wyglądał jak gdyby mówił sam do siebie, ponieważ ani przez chwilę nie spojrzał na żadnego z obecnych.

Katzberg zauważyła, że komputer nie działa mimo, że jest cały. Tak samo działo się z innymi. Najwyraźniej nie ma prądu. Po rozejrzeniu się po pokoju nie zauważyła ona żadnych bezpieczników.

Randolph Clare

Zostawiam Agnes z komputerami a sam pomagam Lanie przeszukać pokój

Clare i Lana przeszukali regały, stoły i biórka w pokoju. Przy wejściu do drzwi na północ znalaźli odciski krwi w kształcie podeszwy. Ustawione były tak jakby ktoś wychodził z pomieszczenia, a następnie zrobił wiele śladów w jednym miejscu. Krew jest zaschnięta i widać nawet porządny jej skrzep zatykający otwór pod drzwiami.

Randolph Clare

Gestem pokazuje Travisovi drzwi na północ i tę rzecz która zatyka szparę pod drzwiami , jednocześnie kieruję w tym kierunku karabin maszynowy i podchodze do tych drzwi . Stoję przy ścianie przytykając ucho do krawędzi drzwi.

Agnes Katzeberg

*Bezpieczniki… kable… hmmm…* rozejrzała się Agnes *Nie ma*, postanowiła zejść na dół po schodach, poszukać ewentualnej skrzynki z bezpiecznikami. Podeszła do grupy – A co tutaj się dzieje? - Agnes przyszła na dół z nadzieją odnalezienia bezpieczników, ale postawa zgromadzonych przyprawiła ją o dreszcze, spojrzała w tą samą stronę co wszyscy – O Boże… co to jest? – przyglądała się chwilę.

Lana zastygła nad śladami krwi, patrząc w podłogę zastanawiała się głośno -jeżeli but zostawaia ślady krwi to najpierw musiał w nią wdepnąć, to tak wygląda jakby ktoś wycofywał się z za tych drzwi, za którymi musiała być niezła jatka, a potem z powrotem został za nie wciągnięty, chyba że upaprał się na dole a potem przefrunął bez kontaktu z podłogą. Tak sobie głośno myśląc wyciągnęła i odbezpieczyła broń i odsunęła się trochę na bok jeżeli coś rzeczywiście wciągnęło tego faceta to może tam dalej być.

Travis Christie

Widząc gest Randolpha podchodzi do niego, bez przerwy zerkając na niego i drzwi, kto wie co się za nimi kryje, może coś usłyszy. Zerkając na drzwi, przeciera lekko dłonią broń i celuje w stronę drzwi.

Randolph Clare

Kiedy Travis podszedł już do drzwi i stał z wycelowaną bronia pokazałem mu że ,,na trzy otworze drzwi”
Zaczynam odliczać pokazując palcami – raz , dwa trzy – gwałtownie szarpie za klamkę u drzwi….

Klamka szarpnięta przez Randolpha pociągnęła za sobą drzwi, które osuwając się wydały dźwięk plasku galarety połączonego z odsysaniem gdy odczepiły się o warstwy skrzepu krwi połączącego progi.
Zauważyliście, że jest to magazyn. Ciemny magazyn, pełny pudeł, w pokoju nie było żadnego światła, jedynie to, które trafiało z poprzedniego pomieszczenia. Nic się nie dzieje.

Randolph Clare

- Travis chodz tu i poświeć latarką bo panują tu egipskie ciemności a niechciałbym
aby coś mi na łep spadło – rzekłem spoglądając na stojacego obok Travisa

Travis Christie

Posłusznie i bez słowa zaczął świecić latarką po całym pomieszczeniu, jednak cały czas nie wchodząc, sprawdza nie tylko podłogę, ale i sufit. Jeśli nie zauważył zagrożenia wchodzi w głąb pomieszczenia jednak nadal pozostając w zasięgu światła wpadającego z drugiego pomieszczenia.

Randolph Clare

Patrzę jak Travis oświetla pomieszczenie i dokładnie przyglądam się całemu pomieszczeniu

Weszliście do środka gdy zauważyliście brak niebezpieczeństwa. Stróżki zachniętej krwi odnaleźliście na skrzyniach i podłodze. Nie ruszyliście się poza światło wpadające z poprzedniego pokoju.

Randolph Clare

Wchodzę do pomieszczenia i dokładnie przeszukuje je całe.

Clare pozostawił Travisa z tyłu i wkroczył w mrok, co było niczym wyrok śmierci. Jednak nic się nie działo, ale poczuł, że chodzi po jakiejś cieczy i czuje mocny odór. Im dalej idzie w mrok tym on jest mocniejszy.

Randolph Clare

Ciarki na plecach mówią dużo i właśnie powiedziały mi że koniecznie potrzebuje latarki .Pomału wycofuje się z pomieszczenia w kierunku stojącego na zewnątrz Travisa ( oczywiście wycofuje sie tyłem ) cały czas trzymając palec na spuście karabinu maszynowego.

Wycofuje sie aż dojde do Travisa który chyba niebardzo wie co zorbić !. Jeżeli on się nie ruszy to biorę mu z ręki latarkę i podchodzę do ziejącego ciemnością otworu drzwi i kieruję do środka strumień światła.
Agnes Katzeberg

Ponieważ Agnes nikt nie odpowiedział sama zbliżyła się do ściany, aby przekonać się co tam leżało - Ludzki palec!? - krzyknęła. – Co to ma znaczyć!? - po chwili się uspokoiła *Dobra, jasne… spokój…* rozejrzała się, pomieszczenie było ciemne, ale przecież gdzieś muszą być te korki… rozglądając się czuła się zagrożona, spojrzała na ekipę – Czy ktoś zauważył tu lub gdzieś indziej skrzynię z korkami? – zadała pytanie.

Travis oświetlił tylko część pomieszczenia znajdującą się najblizej drzwi i przerwał gdy napotkał palec. Dalsza część pomieszczenia była w oceanie mroku, a samo patrzenie w ciemność sprawiało ból. Mieliście dziwne wrażenie, że zaraz coś z tamtąd wyskoczy i rzuci się na was, ale to tylko wasze lęki.

Agnes Katzeberg

- Jeżeli mamy zobaczyć zawartość komputerów, które są na piętrze, musimy znaleźć korki – Agnes spojrzała na palec pod ścianą, a potem na tą ciemność w głębi – Hmm… to… kto idzie? – spojrzała po twarzach, sama wyprawa w takie pomieszczenie nie wyglądała zachęcająco… i jeszcze ten organ. Przerażenie Agnes rosło, aż w żołądku coś się skręcało kiedy tylko spojrzała na ten paluch po raz kolejny…

Randolph Clare

- No cóż raz kozie śmierć - mówię do obecnych – wchodze tam ponownie ale tym razem świeć dokładnie – - zwracam sie do Travisa

Kiedy snop światła omiata pomieszczenie krok po kroku wchodze w ciemność

por. Daniel O’Malley
Przerywam badanie pomieszczenia w którym wcześniej znaleźliśmy palec i dając znak Radzyminsky’emu żeby kontynuował idę szukać reszty zespołu. Po odnalezieniu Travisa i Clarega mówię:
-Wchodzisz jescze raz? A co cię z tamtąd wykurzyło..?
Radzyminsky zwrócił się do Jesusa – Chodź, sprawdźmy dokładniej to pomieszczenie – Jednak nie ruszył się z miejsca, wyraźnie czekał na pierwszy ruch towarzysza.

Randolph Clare

- Szczerze mówiąc nic porucznku , tylko tak jakoś nieswojo mi się zrobiło a w szczególności potrzebowałem trochę światła bo nic nie widziałem ale teraz mam latarkę i już wszystko w porządku , możemy tam zajrzeć
Mówiąc to pokazuje mu latarkę i gestem pokazuję że wchodzę do środka

Lana zeszła na dół i stanęła na progu pomieszczenia z palcem poświećcie mi na ten palec, chciałabym go obejrzeć może uda się stwierdzić kiedy mniej więcej go obcięto

Radzyminsky odparł do Lany – No cóż, żaden z nas w tym pokoju nie ma latarki…

Agnes Katzeberg

Agnes przeszukała swoją skrzynkę z narzędziami… - Mam! O Boże co za szczęście, że ją zabrałam! – powiedziała i pokazała latarkę, odrazu poświeciła po pomieszczeniu. - Co my tu mamy… – powiedziała rozglądając się w snopie światła.

por. Daniel O’Malley
Podczepiłem latarkę pod lufe, zapaliłem ją i wszedłem do srodka..

Lana weszła do pomieszczenia z palcem. Podniósłwszy delikatnie palec wycofała się z powrotem. Ułożyła palec na skrzyni i zaczęła mu się przyglądać aby stwierdzić kiedy oraz czym został obcięty bądź oderwany. Przypominając sobie wszystko co mogła z dziedziny patologii myślała: jeżeli Cię gorszy źrenica oka Twego wydłub ją, hmm czy można sobie odciąć palec?

Lana dostknęła gołymi rękoma palca, który okazał się być oślizgły. Jakby znaldował się na nim jakiś śluz albo ślina. Był wyjątkowo blady, położyła go na skrzyni, z którą gdy się zetknął, to wessał z dźwiękiem przypominającym położenie galarety na talerzu. Lana odczuła odruch wymiotny, ale powstrzymała się. Dreszcz przebiegł po kręgosłupie i poczuła chłód po czym dziwne gorąco. Z medycyny i doświadczenia wiedziała, że tak się dzieje gdy skacze nam puls. Ze strachem stwierdziła, że palec wygląda, jakby był odcięty, jednak obecność śliny wskazuje na odgryzienie.
W pokoju panował nieprzyjemny odór. Agnez razem z Radzyminskim wkroczyła do wnętrza pomieszczenia, w którym panował dźwięk burczenia wentylatora, któy głuszył ciszę. Lekko was to niepokoiło, ale chyba lepsze to niż złowieszcza cisza. Zaczęliście obserwacje od lewej strony. Stało tam sporo paneli z kablami i taśmami filmowymi, które poszarpane wisiały. Wszystkie były puste. Czuliście, że światło latarki zaraz zgaśnie i coś rzuci się wam na plecy, czuliście tu czyjąś obecność jednak panowała cisza. Po tym natrafiliście na parę lodówek zaś obok zmywalka, w której ktoś musiał upuścić krew, nie wiadomo czy leciała ona z nosa. Nad kranem były stłuczone lampy neonowe. I tak aż do ściany na przeciwko drzwi. Po środku stały niesymetrycznie rozsawione okrągłe stoły, w tym jeden z nich przewrócony. Widać to miejsce jest kuchnio-jadalnią. Na ziemi znaleźliście sporo zaschniętej krwi. Na jednym stole znaleźliście kwas żołądkowy razem z jedzeniem czyli jednym słowem haft, w połączeniu z krwią. Po drugiej stronie bylo trochę pudeł i stołów, a także szafki, ze zlewami w paru miejscach i suszarkami i tak, aż do końca gdzie zobaczyliście coś co sparaliżowało Radzyminskiego i padł na ziemię i skulił się ze strachu. Agnes poczuła potężny odruch wymiotny i czuje, że go nie powstrzyma. Poczuła, że pod pulsem łzy gotują się jej w oczach, a głowa pęknie. Nie możecie na to patrzeć ze strachu.
To co was przeraziło, było zwłokami mężczyzny z otworzonym spektakularnie wnętrzem, z którego wystawała dziwna macka bez zakończenia.

Agnes Katzeberg

Agnes na widok rozbebeszonego ciała naukowca o mało nie zemdlała, czegoś tak potwornego to nawet na wydziale kryminalistycznym się nie ogląda. Mdłości chwyciły ją za żołądek i kazały zwrócić śniadanie, ledwo zobaczyła te zwłoki, a odrazu odwróciła snop światła i z przerażającym, głośnym krzykiem wybiegła z pomieszczenia. Przerażenie było wielkie - Na Boga! Przecież nie jestem detektywem żeby bawić się w takie obrazy! – wystraszona siedziała pod ścianą na korytarzu. Oddychała strasznie szybko, była przerażona… ta macka… ten rozcięty, rozszarpany brzuch! *Co to było?!* Agnes patrzyła w drzwi pomieszczenia z lękiem. Zapewne krzyk słychać było także na górze…

Lana wytarła ręce o spodnie i spodlądając na palec pomyślała :śluz, ślina czy cokolwiek to jest jeszcze nie wyschło, czyli cokolwiek się tu wydarzyło musiało stać się niedawno. Słysząc przeraźliwy krzyk Agnes wyjęła broń i ostrożnie podeszła do drzwi.

Agnez wybiegła z pomieszczenia zostawiając Radzyminskiego, znajdującego się w dziwnym stanie. Po paru chwilach usłyszeliście krzyk mężczyzny, wyjątkowo okropny. Zagłuszyło to wszystkie dźwięki jakie was otaczały. Katzberg musiała zwrócić pożywienie jakie miała w żołądku i poleciało ono na kawalki obijające podłogę. Czuła, jak kwas żołądkowy gryzie ją i piecze w całych ustach, jest głodna.

Agnes Katzeberg

- Okropność – ledwo powiedziała wycierając usta, nadal miała w głowie obraz rozbebeszonego naukowca. Spojrzała na Lanę - Radzyminsky! – krzyknęła - Pomożcie nam! – zawołała ekipę stojącą na górze. Sama wyjęła pistolet i czekała na wsparcie *Tam wewnątrz coś jest*Radzyminsky odezwij się! – powiedziała w stronę drzwi. Nastała cisza, Agnes pomału rozumiała, że ucieczka z krzykiem jest czasami świetną formą obrony… nie chciałaby być na miejscu Radzyminsky’ego… co tam się stało?

-co się stało?- Lana patrzyła na roztrzęsioną Agnes -co z Radzyminskim?- drgnęła słysząc dochodzący z góry krzyk. Co się tu dzieje, myślała, jestem pewna że ten palec do kogo by nie należał został odgryziony a skoro nie widać śladów zębów to musiał to załatwić jeden za to ogromny. Mocniej zacisnęła dłoń na pistolecie i patrzyła to na Agnes to w stronę schodów.

Clare wraz z porucznikiem O’ Manley’em wkroczyli po zimnej podłodze w głębię pomieszczenia, w którym panował dziwny nastrój. W powietrzu unosił się odór fermentacji i rozkładu. Światło latarki okładało pudła ułożone chaotycznie w kupkach, które tworzyły się na kształt labiryntu. Niekiedy cienie na ścianie przybierały powykręcane, nieludzkie kształty. Okazało się, że całe pomieszczenie to wielki magazyn, ale jednej kupki skrzyń i pudeł kartonowych i drewnianych dochodził potężny odór, aż trudno się wam oddychało. Na pudłach leżała brązowawa warstwa mazi, która okazała się zaschniętym skrzepem krwi.

Opublikowany w Inne | Zostaw Komentarz »

Expansion pack do Obliviona

Opublikował/a mrcollector w dniu styczeń 7, 2007

Przeglądając Gamespot’a natrafiłem na news’a który informuje o nowym, dużym dodatku, ba! Nie dodatku, tylko expansion pack’u do jednego z najlepszych RPG w historii. Nazywa się Shivering Isles i zostanie według wstępnych doniesień wydany w lecie 2007r. W skrócie zapewni nam 30h zabawy, całkowicie nowy ląd do eksplorowania, który – UWAGA!! - będzie zamieniał się wraz z decyzjami gracza. Poniżej macie cały news, po angielsku oczywiście:

The first official expansion pack is on its way for the hugely popular The Elder Scrolls IV: Oblivion, report British gaming magazines PC Gamer and PC Zone. The title has already spawned one add-on big enough to be sold on its own in The Knights of the Nine.

Titled The Shivering Isles, the first full Oblivion expansion will add a whole new land to explore. The Isles, which are also known as the Realm of Madness, will be divided into a northern area (Mania) and a Southern area (Dementia). A town called Split on the Mania-Dementia border has two of every citizen, and one of the quests will be to solve this doppelganger mystery.

The Shivering Isles are reachable through a door set in a strange statue and located on a small island that appears in the water in Niben Bay near Bravil. Players will be able to move between Cyrodiil–the realm of the original Oblivion–and the Shivering Isles freely.

The expansion will contain more than 30 hours of new gameplay with branching quest storylines, and the landscape itself will change according to the decisions players make during their adventures. There will also be new creatures, dungeons, and quests. Two of the new monsters include a Gatekeeper, a golem-style creature made up of stitched together body parts, and the Knights of the Order, which are made from tree roots.

Released in November, the boxed PC edition of Knights of the Nine featured a new multipart quest, as well as all of the game’s previous pay-per-download updates. The Knights of the Nine was also released on the Xbox 360 as a download available through the Xbox Live Marketplace and will be included in the PlayStation 3 edition of Oblivion when it releases later this year. Neither magazine mentioned whether or not the expansion pack content would be available on other platforms.

Opublikowany w Gaming live | Zostaw Komentarz »

Na własną odpowiedzialność

Opublikował/a mrcollector w dniu styczeń 7, 2007

Żeby była jasność. Korzystacie z tego na własną odpowiedzialność, jeżeli coś się stanie, nie moje wina. Jeżeli tego nie akceptujecie nie wchodźcie w link Najlepszy Warez w Necie. Samo odwiedzanie tych stron nie jest przestępstwem. Ale jak korzystacie…wiadomo… Dla odważnych i oszczędzających. Remember, to jest mój blog i robie co mi się podoba. To na przyszłość do fanatyków oryginałów… Taki update – naprawdę mają całą masę najróżniejszego stuffu. Od filmów po gry na programach i emulatorach kończąc. Jak ktos ma szybki net to praktycznie może stamtąd nie wracać :P

Opublikowany w Inne, Real Life | Zostaw Komentarz »